Nieprzyjazna szkoła

Po drugiej wojnie światowej, w szkołach nie było zbyt elegancko. Lekcje odbywały się w małych izbach, a wychowanie fizyczne, z powodu barku sal gimnastycznych, na dworze. Na lekcje religii dzieci uczęszczały po południu do kościoła.
Chodzono w ujednoliconych mundurkach. Moja babcia chodziła w granatowym fartuszku ze spódniczką. Fartuszki były wykonane z tworzywa sztucznego. Na ramieniu miały obowiązkowo przyszytą tarczę z herbem szkoły. Ujednolicone ubrania nie wyróżniały dzieci biedniejszych od bogatszych.

W szkole lat powojennych obchodzono ważne w tamtych czasach uroczystości, takie jak: „rewolucja październikowa” (wypadała w listopadzie) albo „powstanie PKWN” (tzn. 22 lipca). Świętowanie prawdziwie ważnych dni, 3 maja i 11 listopada, było w tamtych czasach zakazane. Uczniowie musieli chodzić na pochody 1-majowe, pod rygorem wyrzucenia ze szkoły.

Codziennie w szkołach robiono inspekcje. Sprawdzano, czy uczeń ma czystą szyję, ręce, uszy oraz kołnierzyk. Kołnierzyk przy mundurku był biały i bardzo pilnowano tego, aby był on czysty. Za nieprzestrzeganie czystości groziła uwaga do zeszytu.

W tamtych czasach nie było jeszcze długopisów. Pisano stalówkami, które maczano w kałamarzach stojących po środku ławki. Pisano w jednakowych zeszytach. Były one seledynowe i posiadały tylko 16 kartek. Przy tej metodzie pisania powstawało wiele kleksów. Wycierano je bibułką, którą uczeń miał w swoim wyposażeniu. Musiał on również posiadać inne przyrządy – linijkę, kątomierz i bibułkę do wycierania.

Moja babcia miała do swojej szkoły aż trzy kilometry. Mieszkała ona w dzielnicy domków jednorodzinnych, o małym zaludnieniu. Obok domu nie miała żadnych koleżanek, ponieważ jej najbliższe przyjaciółki mieszkały na sąsiednim osiedlu, oddalonym o półtora kilometra.
Wstawała wcześnie rano, aby zdążyć do szkoły na czas. Lekcje zaczynały się punktualnie o godz. 8:00. Kiedy spadł śnieg, moja babcia miała większe problemy z dotarciem do szkoły. Zazwyczaj wracała obsypana po szyję i przemoczona do suchej nitki.

Klasy dawniej posiadały czarną tablicę wiszącej na ścianie z przodu klasy. Moja babcia i inni uczniowie siedzieli przy pulpitach (ławkach). Były to stoły, przy których zasiadało dwoje uczniów. Po środku ławki znajdywał się kałamarz. Niektóre z pulpitów podnosiły się i miały w środku komorę, do której można było schować książki lub plecak.

Moja babcia była jedną z pilniejszych uczennic. Jej ulubionym przedmiotem była fizyka. Na przerwach bawiła się ze swoimi koleżankami w klasy i skakała na skakance. Chłopcy grali w piłkę nożną lub w kapsle.
Za złe zachowanie nauczyciele wymierzali kary. Jedną z nich było bicie linijką po rękach. Było to bardzo bolesne.

Poza językiem ojczystym nauczano również języka rosyjskiego. Był on obowiązkowy i bardzo przestrzegano, aby wszyscy pilnie się go uczyli. Nauka języka niemieckiego i angielskiego nie była możliwa.
Wielu przedmiotów uczono w sposób wygodny dla ówczesnych rządzących, bardzo często fałszowano rzeczywistość. Zatajano fakty dotyczące historii Polski, wiele z nich przedstawiano tak, aby były zgodne z linią rządzącej partii komunistycznej.

Jako uczeń szkoły XXI wieku uważam, że teraz jest lepiej niż dawniej. Szkoły są bardziej przyjazne dla swoich uczniów.

Tomasz Bartos, kl. VI SP 74 w Szczecinie
Opiekun: Anna Witkowska

Ten wpis został opublikowany w kategorii Pamiętać Szczecin. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.