Szczecin – miasto portowe

Może to są jakieś niezdrowe tęsknoty po literaturze podróżniczej, ale wydaje mi się, że miasto portowe, powinno mieć jakiś charakter „portowy”. Powinno mieć w ogóle jakiś charakter. Jaki charakter ma Szczecin? Najzupełniej nijaki. Jest to miasto ciszy i mroku. Gdy wieczorem z centrum miasta idzie się do Teatru Współczesnego, mija się po drodze półtora dychawicznej latarni ulicznej. Gdy wraca się do domu, przemykając z duszą na ramieniu (Szczecin jest miastem, w którym statystyki milicyjne notują więcej niż gdzie indziej przestępstw i chuligańskich wybryków) pomiędzy pustymi uliczkami, ciszy nocnej nie przerywają odgłosy portu. Żeby choć głupia syrena okrętowa! Gdzie tam.

Wpada się do pustej czarnej bramy, zawsze całą noc otwartej, szuka się po omacku poręczy przy schodach, nigdy niczym nie oświetlanych i wita domowników pytaniem:

– Nabraliście wody?

Bo w Szczecinie woda w wodociągu dochodzi do III piętra tylko nocami. I to nie zawsze. Wówczas nabiera się wody do wszystkich czajników i garnuszków, żeby starczyło na cały dzień. Przed udaniem się na spoczynek idzie się… no właśnie tam, gdzie z dziką radością pociąga się za sznurek. Woda!!! Raz na dobę ma się tę przyjemność.

Wody nie mają nie tylko mieszkańcy drugich i trzecich pięter. Wody nie ma też port. Zagraniczny statek, zdążając do Szczecina, musi tankować wodę w… Danii. W czasie postoju w porcie, statek musi ograniczać zużycie wody przez swoją załogę. Mało tego. Polski statek, nasz własny, gdy wyjeżdża ze Szczecina daleko w drogę, wypływa w morze bez wody. Zaopatruje się w nią dopiero w najbliższym porcie europejskim, płacąc za tankowanie oczywiście w dolarach!

Czy to jest malkontenctwo? Czy napiszę tylko o tym, co w tym przesmutnym mieście jest złe? Ach, niewątpliwie są i dobre strony. Postaram się nie zapomnieć i o nich. Ale przedtem o tym ogólnym wrażeniu przybysza.

Więc miasto jest nijakie. Obszarem jedno z największych w Polsce. Zniszczenia wojenne straszliwe. Całe dzielnice w gruzach. Odbudowa minimalna. 240 000 mieszkańców – prawie tyle co przed wojną. Sklepy szablonowe. Ruch na ulicach słaby. Bardzo mało aut. Jakie takie tramwaje. W całym mieście tylko dwa miejsca postoju taksówek – jedno przy dworcu, drugie „w mieście”. Pokazują mi z dumą: To nasza „Es de em” czyli SDM, to znaczy Śródmiejska Dzielnica Mieszkaniowa. Mruczę z uprzejmości „yhm” – a myślę – biedni ludzie. Oni te dwie nowo wybudowane kamienice nazywają dzielnicą. Przyzwoitej kawiarni ani jednej. Przyzwoita restauracja – tylko „Orbis” – to jest jedyne miejsce miasta, gdzie można „coś zjeść”, „kogoś zobaczyć”. A wieczorami – choć urwij się z nudów: ponuro i ciemno.

A gdzie jest port?

No, przecież wiemy, że tu jest port. I to ten ważny port, który wyznacza swym położeniem nasze 500 kilometrów wybrzeża. Boć przecież od Gdańska do Gdyni jest zaledwie 25 km. Dopiero Szczecin stwarza nową imponującą morskość kraju. Wiemy, że jest to port, który się rozbudował, w który się inwestuje, który w porównaniu z okresem przedwojennym zwiększył swoje roczne przeładunki z 3 do 6 milionów ton! To jest cyfra imponująca. Dlaczegóż tego portu nie widać tu, w mieście? Dlaczego miasto nie żyje portem, nie żyje dla portu?

Nie wiem, czy potrafię dać trafną odpowiedź na to pytanie. Chyba jest mnóstwo odpowiedzi, nie jedna.

Po pierwsze nie jesteśmy z urodzenia ludźmi morza. Zobaczmy ile o sprawach morskich pisze polska prasa, posłuchajmy ile o morzu mówi nam nasze radio, zobaczmy co na ten temat pokazuje nam kronika filmowa. Ba! Cóż szukać w głębi kraju? Gdy byłem w Szczecinie, chciałem zebrać jakieś ciekawsze informacje o tym mieście i o porcie z miejscowej prasy. Wychodzą tu dwa dzienniki i jeden, bardzo ładnie wydawany tygodnik literacko-społeczny. Przeglądałem tę prasę od deski do deski. O sprawach morza i portu zabawnie mało. Nawet wydawana w porcie własna gazetka „Port Pokoju” (cztery strony!) jest dziwnie mało „morska”.

Gdy wśród wyborców całej Polski rozeszły się wiadomości o tym, iż posłowie w polskim Sejmie zaczynają być aktywni, że „coś robią”, wówczas prasa szczecińska zażądała od posłów, ażeby ci załatwili w Warszawie wlokącą się sprawę odbudowy zamku szczecińskiego. O ten zamek jest od wielu lat wojna. Specjalna delegacja udawała się w tej sprawie do samego premiera.

No, wiem, że odbudowa zamku, rzecz ważna. Ale czy istotnie zamek szczeciński to rzecz pierwsza? Jest sto tysięcy spraw, tysiąc razy ważniejszych w tym mieście, niż odbudowa Zamku. Przede wszystkim Szczecin powinien stać się miastem. Stać się miastem funkcjonującym (elektrownia! wodociągi!). Powinien stać się także miastem portowym. Ale do tego wszystkiego trzeba, ażeby ludzie Szczecina czuli się zrośnięci z miastem i ażeby oddychali morzem.

Z miastem nie czują się powszechnie zrośnięci. To, co napiszę poniżej, jest beznadziejnie głupie, ale doskonale charakteryzuje nastroje niektórych mieszkańców miasta. Otóż powiadają oni, .że ile razy tylko na horyzoncie politycznym pokaże się cokolwiek niepokojącego, wszystko jedno czy będzie to Korea czy Wietnam, czy Suez, to zaraz „po przeciwnym brzegu Odry widzi się Niemców, którzy czekają z walizkami” żeby wrócić do swoich mieszkań w Szczecinie.

Są i tacy, którzy mówią: tak jest wszędzie na kuli ziemskiej – nigdy państwo nie inwestuje w miejscowości, leżące tuż nad granicą. Dlatego nie można wymagać od „Warszawy”, by dala pieniądze na nasze wodociągi, latarnie uliczne, mosty i domy mieszkalne.

I ten pogląd jest całkowicie niesłuszny. Gdyby tak było, to w okresie międzywojennym Katowice nie posiadałyby wodociągów ani kanalizacji, ani tramwajów, ani teatru, albowiem… było to miasto leżące o półtora kilometra od granicy polsko-niemieckiej.

Zresztą w Szczecinie inwestujemy: w port. Właśnie kończy się tara montaż nowych wielkich dźwigów mostowych. Powinniśmy inwestować także w miasto. Na tyle, na ile nas stać, ale mądrze i celowo, tak, aby pomóc miastu związać się z portem i ożywić.

A na razie miasto sobie a port sobie… W mieście – o porcie nie ma z kim mówić. Natomiast gdy się pójdzie do portu, na miasto żalą się wszyscy. Żale są następujące:

Miasto nie utrzymuje komunikacji z portem. Trzeba tu wyjaśnić, iż miasto leży na lewym brzegu Odry, zaś port wśród wysp, pomiędzy dwiema odnogami rzeki, czyli – jak się tu mówi – „po tamtej stronie”. Portowcy mówią: powinno być kilka linii autobusowych pomiędzy miastem a portem. Robotnicy (w porcie pracuje 4500 mieszkańców miasta!), chodzą kilometrami do przystanku tramwajowego. Miasto nie zakłada na terenie portu ani sklepów, ani choćby kiosków ulicznych. Robotnikom portowym nie przydziela mieszkań. Zasłania się tym, że jakoby zarząd portu powinien dla nich budować baraki, zwane nie wiadomo dlaczego „hotelami” robotniczymi. Miejska Rada Narodowa nie ma wcale wydziału ani portowego, ani morskiego. W ogóle władze miasta nie interesują się portem. Jak zaktywizować Szczecin? Będą się nad tym zastanawiali z pewnością nowi posłowie ziemi szczecińskiej. I myślę, że zamiast męczyć ich oraz rząd problemami zamku – choćby on był nie wiem jak piastowski – warto pomyśleć o takiej choćby sprawie: Rząd przyznał daleko idące ulgi dla rzemieślników, otwierających swoje zakłady w małych miasteczkach. A gdyby tak nowi posłowie Szczecina przekonali kogo trzeba w Warszawie, że tu także powinny obowiązywać przywileje dla nowo otwieranych zakładów rzemieślniczych. Jak by to ożywiło gospodarkę miasta, ilu ludzi mocniej związało z miastem!

Port i rybołówstwo mają wielkie potrzeby. Całe rybołówstwo Zalewu Szczecińskiego, wszystkie małe miasteczka – Trzebież, Lubin i ileż tam jeszcze, czeka jak na zbawienie, na uruchomienie w Szczecinie drobnego przemysłu i rzemiosł, które by dostarczyły tysięcy drobiazgów potrzebnych do codziennego życia, począwszy od haczyków na ryby, a skończywszy na… zakładzie fotograficznym.

Rozmawiałem z ludźmi portu. Mają obecnie wielkie nadzieje na reformy jakie powinny nadejść wraz z nowym ministrem żeglugi. Narzekali dotychczas na brak elastyczności handlowej portu. Na złe przepisy dewizowe. Na to, że portem rządzą właściwie aż trzy resorty: żegluga, handel zagraniczny i ministerstwo kolei, nie licząc dalszych drobiazgów jak np. zakłady zbożowe. Żal im okropnie Czechów, którzy już na dobre zagospodarowali się w porcie szczecińskim, a po pewnym czasie jako dobrzy handlowcy przenieśli się do… Hamburga, bo tam otrzymali korzystniejsze warunki, przede wszystkim rozliczeniowe.

Port oczekuje nie tylko na linie autobusowe, ale także na interklub dla marynarzy obcych bander, którzy zostawią w mieście spore dewizy, dając interklubowi i miastu poważny dochód. A wszyscy czekają na jakiś ruch, jakieś życie w tym mieście – życie związane z morzem, z portem.

Ot, taka Politechnika Szczecińska: czy to nie zabawne, że na tej wyższej uczelni nie ma wydziału np. budowy okrętów, lub nawigacji, lub czegoś w tym rodzaju?

Ot, takie sprawy sportowe: czy nie powinno się. zorganizować czegoś w rodzaju dorocznej spartakiady wodnej o zasięgu ogólnokrajowym, lub nawet międzynarodowym? Wody Szczecina są najbardziej w Polsce predestynowane do tego, ażeby tu, i tylko tu, urządzać wielkie regaty żeglarskie, motorowodne, kajakowe i wioślarskie. Tak pięknych naturalnych trybun na sto tysięcy widzów, jakimi są Wały Chrobrego, nie ma nie tylko nigdzie w Polsce, ale chyba mało gdzie na świecie.

To wszystko dałoby się załatwić bez nazbyt wielkich, wielomilionowych sum z budżetu państwa. Potrzebna jest przede wszystkim inicjatywa, rzutkość, trochę odwagi.

A na odbudowę zamku też kiedyś przyjdzie wtedy pora.

Roman Burzyński, Szczecin – miasto portowe, „Przekrój” 1956.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.