Opublikowane przez w Historia, Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże, Szczecinianie.

Spotykam się często z poglądem, że za komuny owszem, prześladowani byli bohaterowie tacy, jak Kuroń czy Michnik, ale w końcu to byli bohaterowie, wiedzieli na co się porywają. Zwykli ludzie mogli spać spokojnie, nie było tak źle. Spisałam więc swe wspomnienia, by pokazać, co mogło spotkać właśnie takie zwykłe kobiety, które nie były żadnymi bohaterkami, a tylko próbowały zrobić coś sensownego zgodnie ze swymi przekonaniami.

Pod koniec kwietnia przyszło pismo urzędowe, że na początku maja będzie pierwsza sprawa w sądzie. Moja, Danki, Ryśka (tego kolegi, którego trzymali na Kaszubskiej, a teraz był w więzieniu w Goleniowie) i Barbary (tej, której coś nieopatrznie się wymsknęło i odpowiadała z wolnej stopy). No i od razu miałyśmy z Danką temat do gorących dyskusji, bo ona zamierzała na rozprawę jechać w mundurku, jeszcze kombinowała, żeby ją w kajdanki zakuli, a ja uważałam, że mamy być piękne, eleganckie i pachnące i niech ich wszystkich szlag trafi, że nas nie złamali. Ta dyskusja była nam bardzo potrzebna, bo pomagała nie myśleć, jak sprawa będzie wyglądać, jak się będziemy trzymać przy składaniu zeznań i, przede wszystkim, ile lat nam dowalą.

W końcu przekonałam Danusię i postanowiłyśmy wystąpić po cywilnemu. Przez parę nocy przeglądałam w myślach całą moją szafę, a potem napisałam mężowi, jaki kostium, jaka bluzka, bielizna, buty, bransoletka. Jednym słowem wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Chyba nawet na bal maturalny nie szykowałam się z takim przejęciem.

Wyznaczonego dnia z samego rana przyniosła klawiszka zamówione rzeczy, ubrałam się i z miejsca nabrałam odwagi i pewności siebie. Wieźli nas takim małym busikiem na tylnych siedzeniach, oddzielonych od kabiny gęstą siatką. Szyby były mocno przyciemnione, ale przez siatkę widać było przednią szybę i drogę przed nami. Kiedy mnie zgarniali pod domem Danusi, na ulicy leżał śnieg. Teraz maj był w zielonym rozkwicie! Mniej więcej w połowie drogi przystawiłyśmy twarze do siatki i zaczęłyśmy błagać eskortujących nas konwojentów: panowie, zatrzymajcie się na chwilę, wypuśćcie nas na siku. Przecież nigdzie nie uciekniemy, chociaż na malutką chwileczkę… I usłuchali! Samochód zatrzymał się przy skrzyżowaniu z jakąś polną drogą obsadzoną topolami i konwojent otworzył drzwi. Wyskoczyłyśmy i pobiegłyśmy drogą aż do zakrętu skąd nie było widać naszej więźniarki. Było pięknie, pachniała trawa, śpiewały ptaki. Oparłam się plecami o pień topoli i przez krótką chwilę byłam wolnym człowiekiem…

Przywieźli nas do sądu przy ulicy Kaszubskiej w Szczecinie i zaprowadzili „na dołek”. Coś potwornego! Najbardziej zasyfiona dworcowa toaleta publiczna z tamtych czasów wydawała się pałacem w porównaniu z tym, w czym się znalazłyśmy. Ściany, malowane ostatni raz jeszcze „za Niemca”, pokryte obrzydliwymi, wulgarnymi rysunkami i napisami, pomazane jakimiś nieczystościami. Podłoga, która kiedyś była parkietem, jak klepisko. Czarny, wżarty w każdą szparę i deskę brud, większość klepek dawno powypadała. Zakratowane z zewnątrz i zasiatkowane z wewnątrz okno ledwo przepuszczało dzienne światło. Za oczkami siatki pełno kipów, ogryzków i nie wiadomo czego. Pełno śmieci na podłodze. Pośrodku duży ciężki drewniany stół i ławka, na której brzydziłyśmy się usiąść. Był tam jeszcze maleńki korytarzyk, na końcu którego była ubikacja, ale tam to już nie odważyłam sie zajrzeć.

Nie wiem, ile czasu spędziłyśmy na dołku. Upiorne otoczenie, strach przed tym, co nas czeka spowodowały, że zupełnie straciłam poczucie czasu. Może to była godzina, może dwie. W każdym razie w końcu zjawiło się dwóch milicjantów i poprowadzili nas do sali rozpraw.

Szłyśmy długimi korytarzami Sądu Okręgowego, a z daleka słychać było coraz głośniejszy szum rozmów. Pod wyznaczoną na rozprawę salą stał tłum. Rodziny, przyjaciele, koleżanki i koledzy z pracy, a i sporo nieznanych mi osób (wśród nich też paru tajniaków). Witano nas entuzjastycznie, na wszystkie możliwe sposoby – wołano „trzymajcie się!”, „jesteśmy z wami”, ściskano nam ręce… Sala rozpraw była zamknięta, milicjanci starali się odgrodzić nas od przybyłych ludzi, ale przyjaciele i tak stanęli bliziutko i wspierali nas serdecznie. Zauważyłam stojącą przy drzwiach Barbarę – tę, od której nieostrożnego zeznania wszystko się zaczęło. Stała z mężem pod ścianą, otoczona maleńką grupką przyjaciół. Pochylona, ze spuszczoną głową. Podeszłam, podałam jej rękę, za mną podeszła Danka – przywitały się, a potem na króciutką chwilkę przytuliłyśmy się serdecznie. Przyszła jakaś sądowa urzędniczka, otworzyła drzwi i okazało się, że wyznaczona sala jest malutka i absolutnie nie pomieści zgromadzonej publiczności. Rozległy się głośne protesty, zrobiło się wielkie zamieszanie, a gdy pojawił sie sędzia protesty jeszcze się nasiliły. Sędzia i cała reszta weszli do sali, naradzali się chwilę przy zamkniętych drzwiach i urzędniczka oznajmiła, że rozprawa odbędzie się za kwadrans w sali numer… (nie pamiętam, jaki to był numer).

Z eskortującymi nas milicjantami na czele ruszyliśmy. Ta sala była bardzo duża, posadzili nas na ławie oskarżonych (milicjanci na końcach ławy, my trzy między nimi), publiczność pozajmowała miejsca i wtedy wprowadzili naszego kolegę Ryśka – w więziennym mundurku, skutego kajdankami. Przez moment bardzo głupio się poczułam w mojej eleganckiej garsonce…

Rozpoczęła się sprawa. Sądził sędzia Lesław Barcew, oskarżał prokurator Kazimierz Maroński, mnie i Ryśka bronił mecenas Jerzy Chmura, Danusię – mecenas Jerzy Konwisarz. Staliśmy w ławie oskarżonych, a prokurator odczytywał akt oskarżenia. Trwało to bardzo długo, bo było to siedem bitych stron maszynopisu pełnego danych osobowych każdego z nas, wyszczególnionych przestępstw, jakie popełniliśmy wszyscy razem i każdy z osobna, wykaz wszystkich paragrafów, jakie złamaliśmy oraz wykaz dowodów rzeczowych znalezionych przy nas i w naszych domach. Potem siedliśmy i zaczęły się kolejne przesłuchania każdego z nas. Trzeba było znowu wstać, tym razem pojedynczo, wysłuchać ponownie odczytanych z aktu oskarżenia „swoich” zarzutów i odpowiadać na pytania. Stałam w tej ławie oskarżonych, myślami byłam właściwie daleko i od tych zarzucanych mi przestępstw i od zadawanych mi pytań, bo dopadło mnie nagle takie potworne poczucie krzywdy i taka wielka żałość nad samą sobą, że skupiałam się tylko nad tym, żeby się tu przed wszystkimi nagle nie rozbeczeć. I wtedy spojrzałam na mego męża. Siedział dokładnie naprzeciw mnie i z takim swoim charakterystycznym, kpiącym uśmieszkiem pracowicie na różne sposoby przykładał do siebie swe zwinięte w pięści dłonie…

Był wtedy popularny dowcip o tym, jak Kowalskiego wyrzucali z partii. Zebrała się egzekutywa, każdy towarzysz występuje i wygłasza swą mowę. Jeden mówi, że Kowalski po kryjomu do kościoła lata i właśnie ochrzcił dziecko – a Kowalski siedzi, głowę spuścił i pracowicie przykłada zwiniętą pięść do pięści. Drugi mówi, że Kowalski nie jest taki zły, bo składki płaci regularnie i żadnego zebrania nie opuścił – a Kowalski kombinuje, jak złożone pięści do siebie dopasować. W końcu I sekretarz mówi: towarzyszu, my tu dyskutujemy o waszym losie, a wy zupełnie nie uważacie. Może macie coś na swoją obronę albo chcecie zadać jakieś pytanie? Podniósł Kowalski głowę, spojrzał jeszcze raz na bezradnie niedopasowane pięści i spytał: towarzyszu, JAK te żółwie się pierdolą?

Spojrzałam na pięści mego męża, popatrzyliśmy sobie w oczy, oduśmiechnęłam mu się i wszystko ustawiło mi się we właściwych proporcjach. Zobaczyłam cały absurd tej rozprawy, bezsens wszystkiego, co się tu działo i już byłam pewna, że dobrnę do końca przesłuchania.

Nie pamiętam już, czy w tym dniu zostali przesłuchani wszyscy, w każdym razie rozprawa ciągnęła się bardzo długo i została odroczona na czas nieokreślony.

Nasze wyjście z sali rozpraw przekształciło się w malutką manifestację, wszyscy nam gratulowali, wyściskałam się i wycałowałam z mnóstwem ludzi, dostałyśmy kwiaty i, mimo że czekała nas droga powrotna, zrobiła się optymistyczna atmosfera. Wróciłyśmy do Kamienia wymęczone, ale podniesione na duchu. Dumne weszłyśmy na Oddział niosąc nasze piękne bukiety kwiatów. Jeszcze długo w nocy opowiadałyśmy Alince i Tereni o wszystkich przeżyciach tego dnia.

 Rozprawa minęła, ale jeszcze długo rozpamiętywałam każdy szczegół tego dnia – wszystkich znajomych, którzy byli w sądzie, każde ich słowo, uśmiech, uściśnięcie ręki. Przepowiadałam sobie jak zeznawałam, zastanawiałam się nad każdym swym słowem. Zapełniałam tym rozpamiętywaniem pustkę i beznadzieję mijających dni, które robiły się coraz dłuższe i dłuższe… W naszej sprawie nic się działo, nikt nie wiedział kiedy można spodziewać się jej dalszego ciągu.

MTrembilska_015

Decyzja IPN z dn. 21.05.2001 r. potwierdzająca, ze Małgorzata Trembilska była więźniem politycznym

Drzewa otaczające mur wokół spacerniaka okazały się kasztanowcami, najpierw porozchylały się palczaste liście, a wkrótce pojawiły się piękne białe kwiaty. Na spacernikowych rabatach zakwitły czerwone róże. Im było piękniej, tym większy rósł we mnie żal. Najchętniej w ogóle nie wychodziłabym na spacernik, zaszyłabym się w najciemniejszym kątku celi i tak bym już została. Któregoś razu wróciłyśmy po spacerze, oddziałowa jak zwykle przesunęła rękoma wzdłuż naszych boków, otworzyła celę i ustawiła się w drzwiach, by nas przepuścić. Wchodziłam jako ostatnia, gdy mijałam ją w progu szepnęła mi do ucha: „dziś wychodzicie” i zamknęła drzwi.

Jakby grom we mnie strzelił! Sama nie wierzyłam w to, co usłyszałam. Aż nie byłam pewna, czy sobie tego nie wymyśliłam. Powiedziałam dziewczynom: „wychodzimy”, a one rzuciły się do mnie wypytując, co, jak, kiedy i, najważniejsze – czy wszystkie? Wypytywały mnie i wypytywały, choć przecież jasne było, że nie znam odpowiedzi na żadne z ich pytań. Siadłyśmy przy stole w niezwykłej ekscytacji i międliłyśmy wiadomość na wszystkie możliwe strony. Popadałyśmy na przemian to w euforię, że zaraz otworzą się drzwi i wymaszerujemy wszystkie cztery na wolność, to w czarną rozpacz, że coś pokręciłam albo, że to wredna podpucha. W dodatku Alinka z Terenią bały się, że jeśli wyjdziemy, to tylko ja i Danka, bo jesteśmy w jednej sprawie.

Przyszła pora obiadu i oddziałowa potwierdziła, że wychodzimy i że tylko dwie – ja i Danusia. Powiedziała też, że jak zdążą po nas przyjechać do piętnastej, to wyjdziemy dziś, jak nie – to jutro. No, tego obiadu to już żadna z nas nie tknęła. Teresa z Alą rozpaczliwie płakały z wielkiego żalu, ja z Danką wstydziłyśmy się same przed sobą okropnie, bo nie umiałyśmy opanować obezwładniającej radości mimo że nasze koleżanki pozostawiałyśmy za murem. Pocieszałyśmy je, jak potrafiłyśmy, tłumaczyłyśmy, że zaraz będzie amnestia, że jeszcze tylko troszkę, troszeczkę im zostało i też będą na wolności, ale same widziałyśmy, jak marne to pocieszanie…..

To, co zaszło znam z późniejszej relacji mego męża: na godzinę 9.00 tego dnia wyznaczona była kolejna rozprawa. Gdy mąż zjawił się w sądzie, pod salą (tą samą, co poprzednio) stał już spory tłumek. Tuż przed dziewiątą pojawiła się odpowiadająca z wolnej stopy Barbara i dalej nic się nie działo. Minął kwadrans, minął następny i dalej nic. Po dobrej godzinie otworzono salę, wpuszczono publiczność i sędzia obwieścił, że rozprawę odracza się na czas nieograniczony, ponieważ oskarżonych nie dowieziono z aresztu. Wtedy mecenas Chmura i broniący Danusi mecenas Jerzy Konwisarz natychmiast złożyli wnioski o uchylenie nam aresztu i zgodę na odpowiadanie z wolnej stopy. Wnioski uzasadnili tym, że trzymanie nas w areszcie tylko dezorganizuje i opóźnia pracę sądu, czego dowodem fakt, że oskarżona odpowiadająca z wolnej stopy stawiła się i jest do dyspozycji sądu. Sąd przyjął wniosek do rozpatrzenia, i po 20-minutowej naradzie, ku zaskoczeniu wszystkich, wniosek uwzględnił.

Było południe. Powiedziano naszym mężom, że jeśli do godz. 15 dostarczą do Kamienia postanowienie sądu, wyjdziemy jeszcze dzisiaj. Mecenas Konwisarz miał znajomą w sądowym sekretariacie – uprosił ją by natychmiast zadzwoniła do Kamienia i zawiadomiła areszt o naszym zwolnieniu i, co ważniejsze, jak najszybciej skompletowała i wydała adwokatom wszystkie potrzebne dokumenty. Pani się uwinęła i w ciągu godziny wszystkie papiery były wydane, a areszt powiadomiony. Wsiedli nasi mężowie w samochód i trochę przed czternastą stawili sie pod więzienną bramą.

Otworzyły się drzwi celi i klawiszka przyniosła nam ubrania. Przebrałyśmy się, ze strasznym żalem, że tylko dwie, ale też niebotycznie szczęśliwe. Wyściskałyśmy biedną Alinkę i Tereskę i poszłyśmy za strażniczką do aresztowego biura. Tam już czekały na nas wszystkie rzeczy z depozytu, podpisałyśmy stosowne papiery i strażnik poprowadził nas przez oddział, a potem przez dziedziniec do bramy, za którą czekali nasi mężowie.

Był 19 czerwca 1984 roku, dochodziła godzina piętnasta – przeszłam przez bramę i pół roku i trzy dni zostało za mną.

22 lipca rzeczywiście uchwalono amnestię i wszystkie nasze sprawy zostały umorzone.

Z Danusią już się nie spotkałam. Krótko po wyjściu na wolność rozwiodła się z mężem, zabrała synów i wyemigrowała do Kanady. Nie odezwała się nigdy do nikogo z naszych wspólnych znajomych.

Terenia zadzwoniła do mnie po wyjściu z więzienia, spotkałyśmy sie parę razy, ale potem kontakt nam się urwał.

Barbary właściwie nie znałam i nie korciło żadnej z nas do nawiązywania kontaktów towarzyskich.

Rysiek to był mój kolega z pracy, spotykaliśmy sie później od czasu do czasu, a teraz, choć już kontaktów nie utrzymujemy, telefon do niego mam wciąż w swoim notatniku i wiem, że gdybym czego od niego potrzebowała, zawsze spotkam się z pomocą i serdecznością. I jestem pewna, że on w stosunku do mnie też tak ma.

Alinka z mężem wyjechali do swych dzieci w Ameryce, spędzili tam parę lat i powrócili do Polski. W 2002 roku zmarł jej mąż i spotkałyśmy się w smutnych okolicznościach na Jego pogrzebie. Potem od czasu do czasu dzwoniłyśmy do siebie i parę razy Alinka mnie odwiedziła.

W 2007. roku szczeciński fotografik, Andrzej Łazowski, zrobił wystawę „Matki Solidarności”, poświęconą kobietom szczecińskiej opozycji. Wśród jej bohaterek znalazła się również Alina i ja. Spotkałyśmy się na otwarciu wystawy, a potem odwiedziłyśmy wspólnie kilka niemieckich miast, gdzie wystawa była prezentowana. Na bazie tej wystawy powstała pięknie wydana książka, w języku polskim i niemieckim: Kinga Konieczny, Andrzej Łazowski: „Matki Solidarności”, Szczecin, Stowarzyszenie Czas Przestrzeń Tożsamość, 2010.

 Ja po wyjściu miałam ogromne kłopoty ze znalezieniem pracy. Jeszcze w czasie przesłuchań mój esbek powtarzał mi, że nawet jak wyjdę to z wilczym biletem i na żadnej uczelni pracy nie dostanę. I faktycznie okazało się, że gdy tylko jakakolwiek kadrowa obejrzała moje papiery, zaraz stwierdzała, że nie mam odpowiednich kwalifikacji do żadnego zajęcia. Bardzo to szarpało mi nerwy, ale w październiku zdobyłam jednak pracę i to na uczelni, na której wcześniej pracowałam! Przepracowałam tam aż do emerytury. W żadne konspiry się nie wdawałam, bo byliśmy już z mężem jak na widelcu i mogłoby z tego być więcej szkody niż pożytku. Zaangażowałam się dopiero w prace Obywatelskiego Komitetu Porozumiewawczego, przygotowującego wolne wybory w roku 1989.

Z nowej “Solidarności” wypisałam się.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Małgorzata Trembilska (2013)

Pół roku i trzy dni – wspomnienia sprzed wolności

Panią Małgorzatę Trembilską poznałam przy okazji realizacji wystawy „Matki Solidarności” o kobietach szczecińskiego podziemia. Organizowało ją stowarzyszenie Czas Przestrzeń Tożsamość. Małgorzata Trembilska była jedną z bohaterek wystawy. Wówczas przygotowaliśmy jedynie krótkie notki o naszych bohaterkach, parę zdań opisu pod fotografiami. Kiedy rok później pan Andrzej Łazowski zaprosił mnie do współtworzenia książki, w której na historie „Matek…” było zdecydowanie więcej miejsca, z radością się tego podjęłam.

Dziś, po latach, to ona zdecydowała się napisać swoje wspomnienia. Język, jakim są napisane jest dla Małgorzaty Trembilskiej charakterystyczny – kusi, aby go poprawić, ulepszyć, nadać bardziej szacowną formę, ale właśnie tego zrobić nie wolno. Bo ten język świetnie odzwierciedla stosunek autorki do swojej działalności, którą żartobliwie nazywa „konspirą”. Małgorzata Trembilska nie traktuje czasu „konspiry” w kategoriach martyrologii. Ale nie lekceważy tego doświadczenia. Zaangażowanie się w podziemną działalność było dla niej kwestią przyzwoitości, a nie bohaterstwem. Dlatego w jej wspomnieniach bohaterstwa próżno szukać, nie ma go w lapidarnych opisach przesłuchań, krótkich widzeń z mężem, paczek, listów, w tęsknocie i przeraźliwym lęku o rodzinę, dostrzec je można jedynie między słowami.

Kinga Konieczny