Opublikowane przez w Historia, Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże, Szczecinianie.

Spotykam się często z poglądem, że za komuny owszem, prześladowani byli bohaterowie tacy, jak Kuroń czy Michnik, ale w końcu to byli bohaterowie, wiedzieli na co się porywają. Zwykli ludzie mogli spać spokojnie, nie było tak źle. Spisałam więc swe wspomnienia, by pokazać, co mogło spotkać właśnie takie zwykłe kobiety, które nie były żadnymi bohaterkami, a tylko próbowały zrobić coś sensownego zgodnie ze swymi przekonaniami.

Przejechałyśmy więzienną bramę, zaprowadził nas strażnik do jakiegoś malutkiego, obskurnego pokoiku, gdzie stała tylko jedna długa drewniana ława, zamknął drzwi i sobie poszedł. Kilka godzin nic się nie działo. W końcu otworzyły się drzwi i pokazała się strażniczka. Wysoka, postawna tleniona blondyna. Króciutko ostrzyżona, zaciśnięte usta. Typ enerdowski. Ledwo na nią spojrzałam, od razu wiedziałam, że cały ten Kamień jest nie dla mnie. Najpierw wzięła Dankę, po jakiejś godzinie mnie. Następny pokój był już przyzwoity, czysty i zadbany. Nawet jakieś kwiaty stały na parapecie. Enerdówka siadła przy biurku, na stoliku leżała złożona pościel, obok spora sterta ubrań – drelichowych spodni, bluz i chustek na głowę. Na podłodze stał duży kosz.

Kazała mi się rozebrać do naga. Wrzuciłam ubranie do przygotowanego kosza, stanęłam, a ona przeciskała mi głowę w poszukiwaniu wszy. Potem musiałam zrobić kilka przysiadów, żeby wypadło to, co ewentualnie „w tym miejscu” usiłowałabym przemycić. Po tym obrządku stałam goła pośrodku pokoju, a klawiszka pogrążyła się w wypełnianiu jakichś papierów leżących na biurku. Trwało to i trwało, zmarzłam trochę i w końcu spytałam – „może pani pozwoli mi się ubrać?” W babę jakby grom strzelił! Zerwała się i się wydarła: „do mnie się mówi OBYWATELKO ODDZIAŁOWA!!!”.

„W życiu żadnej babie nie powiem tu obywatelko oddziałowa” postanowiłam w myślach i powiedziałam – „przepraszam panią, nie wiedziałam”. Zmierzyła mnie wzrokiem i warknęła: „ubierać się!”. Z moich rzeczy wolno mi było tylko założyć majtki, biustonosz i bawełnianą podkoszulkę. Ze sterty dopasowałam sobie granatowe drelichowe spodnie, bluzę khaki z granatowym kołnierzykiem, granatową kieszonką na piersi i ogromnymi granatowymi literami ZK na plecach. Wystrojona w to wszystko wzięłam pod pachę naszykowany komplet pościeli i wyruszyłam na Oddział.

W celi była już Danka i jeszcze dwie kobitki – Teresa i Alina. Wszystkie „solidarnościówy”. Danusia, Terenia i ja byłyśmy mniej więcej w jednym wieku, Alinka dobrą dychę starsza. Teresa wpadła na kolportażu, Alinę zapuszkowali właściwie za męża. Jej mąż, żołnierz AK, więzień stalinowski, stoczniowiec, organizator strajków w roku 1970 i 1980, prześladowany był od zawsze. Alina twierdziła, że wzięli ją chyba dlatego, że już im zabrakło pomysłów, co by mogli wyrządzić jej mężowi.

MTrembilska_013Bloczek ze znaczkami solidarnościowej poczty podziemnej z wizerunkiem
więźnia politycznego Gosi Trembilskiej. Z lewej strony zdjęcie M. Trembilskiej, które posłużyło jako wzór.

Cela była malutka: wzdłuż lewej ściany mieściły się kibel, umywalka i piętrowe łóżko, wzdłuż prawej – stolik z czterema taboretami i znowu piętrowe łóżko. Mnie przypadło dolne łóżko po lewej. Między łóżkami było okno. Nad stolikiem szafka na blaszane talerze i miski, sztućce oraz drobiazgi toaletowe. Wszystko bardzo czyste i aż pachnące świeżością. Zwłaszcza położenie się w bielusieńkiej, świeżej pościeli na miękkim materacu, w porównaniu z legowiskiem szczecińskim – z drewnianą pryczą i kocem tak brudnym, że rano wstawało się z „żałobą” pod paznokciami – dawało poczucie niebywałej przyjemności. Ale gdybym tylko mogła, wróciłabym kiblować na Małopolską.

Po pierwsze, na cztery kobiety ta cela była stanowczo za mała. W żadnym momencie żadna z nas nie miała najmniejszej chwili intymności. Dzień się zaczynał apelem o 6. rano i od tego momentu łóżko musiało być pościelone, i nie wolno się było na nim położyć ani przysiąść aż do wieczornego gaszenia świateł o 21. Do dyspozycji miałyśmy taborety wokół stolika i wąski skrawek podłogi między łóżkami. Jeśli któraś chciała zrobić siku albo rozprostować kości i przejść parę kroków po podłodze – pozostałe musiały wstać z taboretów, aby ją przepuścić. Dawałyśmy radę, ale były chwile, że tęskniłam za moją obskurną i śmierdzącą celą pojedynką.

Po drugie, na Małopolskiej było się jednak osobą cywilną. Nie było żadnego stawania na baczność, meldowania się, poza oficjalnym wzywaniem na przesłuchania, zwracano się do mnie przez „pani”.

Tutaj – od otwarcia oczu do zaśnięcia czuło się, że jest się tylko „osadzoną”. Po pobudce trzeba było natychmiast wstać z łóżka, dyżurna klawiszka otwierała celę i zabierało się wystawione na noc taborety z ubraniami. Myłyśmy się, ubierałyśmy i ustawiałyśmy pod drzwiami do apelu – otwierały się drzwi, za którymi stał dowódca zmiany i dyżurna oddziałowa, a Tereska, którą wrobiłyśmy w funkcję „starszej celi” meldowała coś takiego: „obywatelko oddziałowa, melduję celę gotową do apelu: stan cztery, obecne cztery”. Potem ścieliłyśmy łóżka (o ścieleniu łóżek będzie oddzielny rozdział), a kiedy na korytarzu zaczynał się hałas, z talerzami i kubkami w ręku ustawiałyśmy się pod drzwiami. Śniadanie pod kontrolą klawiszki rozwoziły dyżurne aresztantki. Klawiszka pilnowała żebyśmy w żaden sposób nie porozumiały się z dziewczyną nakładającą na talerz śniadanie, ale podstawowe informacje, skąd się jest, za co, kogo nowego dowieźli na oddział zawsze udawało się wymienić. Tą drogą dowiedziałam się, pod którą celą jest Grażynka i, że cały więzień wie, że my tu jesteśmy bohaterki oraz, że Grażynka wspomina mnie i pozdrawia. Ja też przekazałam Grażynce serdeczne pozdrowienia.

Myśmy nigdy do żadnych prac nie były brane, bo bardzo starannie izolowano nas od całej reszty. Po śniadaniu czekało się na spacer. Spacer był codziennie, trwał półgodziny i był obowiązkowy. Na ogół odbywał się przed obiadem, ale o różnych porach zależnie, jak się oddziałowym ułożyło. Kiedy przychodziła na nas kolej, wychodziłyśmy na korytarz, ustawiałyśmy się na baczność w szeregu, oddziałowa obmacywała skrupulatnie od stóp do głów każdą z nas i przy akompaniamencie kluczy pobrzękujących o kratę prowadziła nas na spacernik.

Spacernik to był olbrzymi dziedziniec, otoczony wysokim murem. Na narożnikach muru były wieżyczki ze strażnikami pod bronią. Dziedziniec był podzielony na duże prostokątne place, ogrodzone wysokim siatkowym płotem i przykryte siatką również od góry. W środku tych placów były jakieś rabaty (wiosną okazało się, że obsadzone różami), a dookoła alejki spacerowe. Stało kilka ławek, ale nie pozwalali nam usiąść. Wolno było tylko chodzić w kółko. W drodze na spacernik i na samym spacerniku nie mogłyśmy też rozmawiać. Po spacerze procedura powtarzała się – strażnik odprowadzał nas do budynku, tam przejmowała nas oddziałowa, ustawiałyśmy się w szeregu, obmacywanie i wracałyśmy do celi. Tam zastawałyśmy rozwaloną na podłodze pościel zrzuconą z łóżek.

Nie było w pierdlu ważniejszego i ambitniejszego zadania niż prawidłowe pościelenie łóżka. Prześcieradło musiało być idealnie naciągnięte, na nim w wymyślny sposób złożony koc, na to idealnie równo wywinięte brzegi prześcieradła. Już nawet dokładnie nie pamiętam, jak to wszystko się składało, ale było tyleż skomplikowane, co bezsensowne. Tłumaczyły nam klawiszki, jak osiągnąć maestrię w ścieleniu, opowiadały jak to „kryminalne” cierpliwie moczą brzegi prześcieradła wodą i naciągają na drewnianych bokach łóżka, aby osiągnąć idealne rozprasowanie materiału, pokazywały jak rozłożyć prześcieradło tak, aby wykładane na koc brzegi były idealnie równe. Słuchałyśmy cierpliwie, a potem ścieliłyśmy normalnie – wygładzałyśmy prześcieradło, przykrywałyśmy w miarę porządnie kocem i już. No to nie dziwota, że gdy wracałyśmy ze spacernika zastawałyśmy pościel na podłodze. Zbierałyśmy to wszystko i ścieliłyśmy od początku tak samo, jak poprzednio. Przychodziła oddziałowa, zwalała pościel z łóżek i zabawa zaczynała się od nowa. Nieraz i parę razy. Kłopot polegał na tym, że to nie oddziałowa, a my miałyśmy dużo czasu. Któregoś razu po spacerze zamiast do naszej celi, zaprowadziła nas klawiszka do pustej celi „kryminalnych”, żebyśmy zobaczyły, jak te łóżka mają wyglądać. Weszłyśmy i szczęki nam opadły – wszystkie osiem łóżek idealnie wygładzone, równiuteńko przykryte – no, dzieła sztuki! Popatrzyłyśmy na łóżka, popatrzyłyśmy na oddziałową, potem na siebie: no pięknie, powiedziałyśmy, tak jak u nas! Trwała ta przepychanka parę tygodni i w końcu im się znudziła. Już tylko gdy któraś z nas naprawdę przesadnie nonszalancko pościeliła, zastawała pościel na podłodze.

Druga zabawa, to była zabawa w składanie ubrania w przepisową kostkę. Co wieczór, przed położeniem się do łóżek musiałyśmy ułożyć na taborecie całe dzienne ubranie ściśle według instrukcji i wystawić taborety przed drzwi celi. Kładłyśmy się spać, na korytarzu odbywał się wieczorny obchód funkcjonariuszy, słychać było ich kroki, a kiedy docierali pod naszą celę, rozlegało sie kopnięcie w taboret, otwierały się drzwi i całe układanie było do poprawki. I znów czas i cierpliwość były naszą najlepszą bronią. Po niedługim czasie kopali nam w taborety najwyżej raz na tydzień.

Rozwalanie łóżek, ubraniowych kostek, obmacywanie przy każdym wyjściu z celi, stanie na baczność przed każdym podaniem talerza zupy – to wszystko było uciążliwe, ale powiedziałam sobie, że „oni nie mają zdolności honorowej” i to nie mnie to wszystko upokarza. Najgorszym moim zmartwieniem, które prześladowało mnie nieustannie było to, że wyliczyłam sobie, że kiedy wrócę do domu, to córka moja będzie już dorosła i wszystkie jej pierwsze randki, całe dorastanie przejdą beze mnie. Dopiero, kiedy przyjechał do mnie mecenas Chmura i powiedział o prawdopodobnej amnestii, zaczęłam nabierać nadziei, że nie będzie aż tak tragicznie.

Ciężką dolegliwością było to, że widzenia z mężem stały się już bardzo rzadkie. W Szczecinie mąż niezmordowanie nachodził prokuratora i prowadzącego śledztwo esbeka. Wyrzucony jednego dnia pojawiał się w dniu następnym, naprzykrzał się, groził i prosił, i w rezultacie udawało mu się te widzenia dość często wywalczyć. Tutaj nie było zmiłuj, widzenie przysługiwało raz w miesiącu i koniec. Nie było odwołania. Licznik bił od momentu przybycia do Kamienia i cały pierwszy długi miesiąc tęskniłam przeokropnie i zamartwiałam co się w domu dzieje. Listów do siebie nie pisaliśmy z założenia i wiedziałam tyle, co mi dziecko napisało: że tatuś całuje i pozdrawia. Widzenie, jak już w końcu przyszedł na nie czas, było za to bardziej prywatne niż na Małopolskiej. Tutaj był specjalny pokój widzeń, z kilkoma stolikami i krzesłami dla odwiedzających. Śledztwo już było zamknięte, więc nikt nie pilnował i nie nasłuchiwał, co mówimy. Była tylko jedna osoba pilnująca, żeby nie doszło do jakichś ekscesów fizycznych, albo podania czegoś niedozwolonego. Bywało, że kilka stolików było zajętych i można sobie było wyobrazić, że jest się w jakiejś kawiarence. Tym bardziej, że odwiedzający przynosili zwykle jakieś łakocie, rozmawiając się pojadało i robiło się naprawdę miło. Nie wolno było dawać nam w paczkach kawy i bardzo marzyłam o choćby maciupeńkiej filiżance z gorącą, pachnącą kawą. No i na któreś widzenie mąż przyjechał z termosikiem i w ciągu tej króciutkiej pół godzinki wyżłopałam wszystko do ostatniej kropelki. Nie pomyśleliśmy, co znaczy paromiesięczny odwyk. Już w drodze powrotnej uginały się nogi pode mną, serce trzepotało mi jak oszalałe i ledwo dolazłam do celi. Nie wolno było się kłaść, więc pół siedziałam pół leżałam na taborecie przy stoliku i ledwo dotrwałam do wieczornego apelu. W nocy fruwałam na moim łóżku wysoko pod sufitem i poważnie myślałam, że wykorkuję.

Bardzo tęskniłam za córką, ale nie wyobrażałam sobie jej prowadzonej przez te wszystkie kraty i zasieki, oglądającej mnie w tym ohydnym więziennym mundurku i zdecydowałam, że lepiej będzie tego wszystkiego jej oszczędzić. Pisałam za to do niej długie listy. Tu już w ogóle nie dbałam o cenzurę, pisałam szczerze i starałam się ją pocieszyć i dodać jej sił najlepiej jak potrafiłam.

Raz odwiedzili mnie rodzice. Bardzo się ucieszyłam, ale to było okupione tym, że z mężem nie widziałam się całe dwa miesiące.

Skończyły się częste widzenia, skończyły się też częste paczki. Paczka przysługiwała jedna w miesiącu, niezbyt duża (zdaje się, że 1,5 kg, ale nie pamiętam dokładnie). Później nasi mężowie dogadali się ze sobą i wysyłali paczki tak, żebyśmy je dostawały w odstępach jedną po drugiej i żebyśmy zawsze jakieś wsparcie jedzeniowe miały. Tutaj to było ważne, bo jedzenie było marne. Na śniadanie najczęściej zbożowa kawa, chleb, kawalątek margaryny i plaster marmolady. Ja ani margaryny, ani wstrętnej marmolady przełknąć nie byłam w stanie i jadłam sam chleb z kawą.

Nieraz zdarzało się, że był jakiś kawałek wędliny. Na obiad była zawsze zupa, ziemniaki z proszku (z ropy naftowej, jak mówi mój mąż), jeśli jakaś jarzyna lub surówka, to w śladowej ilości. Czasami był kompot. Na kolację herbata i chleb z wędliną albo żółtym serem. Porcje były skąpe, nieraz zastanawiałyśmy się, jak radzą sobie te dziewczyny, które nie dostają paczek z domu.

Najbardziej mi brakowało jakiegoś zielska. Tereni z dawniejszej paczki zostało parę cebul. Uprosiłyśmy oddziałową, żeby nam dała dodatkową miskę, nalałyśmy wody, wsadziłyśmy w nią cebule i rozpoczęłyśmy uprawę szczypioru. Marzył mi się ten szczypior, jak największy skarb. Wszystkie miały ochotę, ale mnie żądza szczypioru wprost opętała. Stałam pod oknem i wgapiałam się w miskę, jakby od tego szczypior mógł wyrosnąć prędzej. Kiedy na cebulach pojawiły się pierwsze zielone wypustki, co chwilę liczyłam ile ich jest i skrupulatnie przeliczałam po ile wypadnie na głowę. Potem opowiadałam dziewczynom jakie to najwymyślniejsze frykasy pooddaję im z mojej paczki, jeśli oddadzą mi swój przydział szczypioru. One z kolei wymyślały jakich robót będę musiała się za nie podjąć – ścielić im łóżko, składać kostkę, szorować kibel – za każdą podarowaną łodyżkę. Kiedy szczypior podrósł na tyle, że już nadawał się do jedzenia, ale jednak był jeszcze malutki, robiłyśmy jego codzienną inwentaryzację, a ja wysłuchiwałam barwnych opowieści, co ze mną zrobią, jeśli ośmielę się przed czasem skubnąć choć ociupinkę. To oczywiście były wygłupy bardziej dla zabicia czasu, ale coś z prawdy w tym było. Kiedy przyszły żniwa, dziewczyny hojnie dały mi największą porcję, a ja się nie oparłam…

Wreszcie przyszła do mnie paczka. Same pyszne rzeczy i ucztę miałyśmy wspaniałą, ale zamiast wspaniałej niemieckiej czekolady, jaką dostawałam na Małopolską, znalazłam w paczce czekoladopodobny „wyrób z masy tłustej”, jaki wtedy występował w sklepach. Zawiedziona i trochę zła wrzuciłam dwie tabliczki tego świństwa do szafki. Dziewczyny też były złe, bo za wszystkimi już ta czekolada „chodziła”. Mniej więcej po dwóch dniach Danusia skusiła się i odpakowała tabliczkę, a tam…. pyszna orzechowa czekolada w całej krasie!

Opowiadał mi później mąż, że gdy przywiózł pierwszą paczkę do Kamienia, została ona dokładnie przejrzana i wszystkie rzeczy „z Zachodu” zakwestionowano jako nie mające polskich atestów sanitarnych i mogące spowodować ciężkie zaburzenia zdrowotne. Zabrał więc pakunek, wsiadł w samochód i wrócił do Szczecina wszystko przeorganizować. Kupił to czekoladopodobne nieporozumienie, starannie zdjął opakowanie i przepakował groźną niemiecką tabliczkę tak pięknie, że nikt się nie poznał na podmianie. Patent ten był stosowany aż do końca odsiadki.

Główne oddziałowe na naszym piętrze były dwie. O „Enerdówie” już pisałam. Druga, młoda dziewczyna, była jeszcze gorsza. Wydzierała się niemiłosiernie, poszturchiwała przy rewizjach, co zajrzała do celi, to o coś się przyczepiała. Stoczyłam z nią wielką batalię i wygrałam! Było tak: na ścianie obok drzwi wisiał REGULAMIN – godziny pobudki, apelu, ciszy nocnej. Było o obowiązku spacerów, o meldowaniu się i wszystkie zwyczajowe duperele oraz punkt absolutnie absurdalny i groteskowy w sytuacji kobiet, które 12 godzin na dobę spędzają siedząc na taborecie: „godz. 16–17: ZAJĘCIA WŁASNE”. Ubawiło mnie to nieprzeciętnie, ale okazało sie przydatne. Bardzo nam dokuczał zakaz leżenia w ciągu dnia. Chodzić po celi się nie dało, bo jedna o drugą się potykała, zostawało więc siedzenie na twardym taborecie. Dodatkową dolegliwością było, że taboret nie ma oparcia i po paru dniach kręgosłupy bolały nas niemiłosiernie i nieustająco. Od czasu do czasu któraś nie wytrzymywała i kładła się na łóżku, a pozostałe starały się zasłonić judasza we drzwiach. Ale jak tylko judasz był dłużej zasłonięty zaraz wpadała oddziałowa, robiła awanturę i groziła zabraniem widzenia. Przestudiowałam regulamin i kiedy tylko wybiła szesnasta wzięłam książkę, wetknęłam sobie pod głowę paczkę waty i wyciągnięta na podłodze między łóżkami spokojnie sobie leżałam. Jak tylko oddziałowa zerknęła przez judasza, zaraz wleciała do środka. Baczność! Co wy tu wyczyniacie?! A ja nonszalancko wyciągniętym paluchem wycelowałam w regulamin i wyrecytowałam: zajęcia własne. No to się narobiło… zakaz wizyt, zabranie zezwolenia na paczki, czym mi tam jeszcze nie groziła, a ja: paluch w regulamin i „zajęcia własne”. Na drugi dzień zaprowadzili mnie do pedagożki od zadań specjalnych, potem do samego naczelnika, a ja byłam twarda jak opoka!

Tym regulaminem ich ograłam. Dumna byłam niesłychanie i satysfakcję miałam ogromną. I teraz już spokojnie, jak którą bardzo bolały plecy, kładła się między łóżkami i odbywała przez nikogo nie niepokojona swoje zajęcia własne.

Gdzieś tak na początku marca wyszłyśmy na dwór przekonane, że idziemy na spacernik, tymczasem pod drzwiami czekała „Nyska”, do której nas zapakowali. Usłyszałyśmy, że jedziemy do przychodni miejskiej na badania kontrolne. Dziś do internisty, a pojutrze do ginekologa. Zajechałyśmy pod przychodnię, weszłyśmy do środka, a tam masakra – długaśny korytarz zatłoczony zbitymi w tłum ludźmi, wszystkie oczy na nas, a my w burych chusteczkach na głowach, w paskudnych drelichach z tym wielkim „ZK” na plecach. W dodatku Dance odbiło, wyciągnęła w górę rękę z charakterystycznym „V” i wrzasnęła „niech żyje Solidarność!”. Tłum zafalował, zaszemrał, ciężar spojrzeń czułam niemal na każdym centymetrze skóry. Prowadzący nas strażnik nerwowo przepychał się między ludźmi. Może i ta Danka miała rację, może właśnie należało pokazać ludziom, że więźniowie polityczni to nie wymysł solidarnościowej propagandy, zburzyć ich spokój, ale psychicznie zupełnie nie byłam gotowa do wstępowania na trybuny i manifestowania. Podobnie pozostałe dziewczyny wolały raczej pod ziemię się zapaść niż wystawiać na te wszystkie spojrzenia. Był to jedyny raz, kiedy pokłóciłyśmy się wszystkie przeokropnie. Myśmy wyzywały Dankę od idiotek i prowokatorek, ona nas od tchórzy, a jak już się zaczęło, to tama puściła – wygarnęłyśmy wszystko, która co której powiedziała, która zostawia włosy w umywalce, która zżarła coś sama ze swojej paczki i nie podzieliła się z resztą – a jak już wykrzyczałyśmy z siebie cały żal i siły zaczęły nas opuszczać, nie bacząc na wszelkie zakazy, siadłyśmy na łóżku całą czwórką i ciasno objęte długo, długo płakałyśmy niczym małe dziewczynki. Co ciekawe, w celi było naprawdę głośno i nie ma siły, żeby klawiszka nie zaglądała przez judasza. Nikt jednak nie zareagował, drzwi się nie otworzyły i nikt nie zrobił awantury za siedzenie na łóżku.

MTrembilska_014

Kartki z kalendarzy, które Małgorzata Trembilska zrobiła w celi. Pierwszy – stworzony na małej białej kopercie listowej – odliczał dni w areszcie przy ul. Małopolskiej.
„MADZIA-HARI” – tak żartobliwie określiła siebie autorka. Drugi kalendarz (ciemniejszy) – jest z aresztu w Kamieniu Pomorskim. Powstał na kartoniku od galaretek owocowych z paczki.

Przy wieczornym apelu oświadczyłyśmy stanowczo, że jeśli nie wydadzą nam cywilnych ubrań, do żadnego ginekologa nie pojedziemy. Oddziałowa powiedziała, że przekaże wyżej, a rano powiedziała, że niestety, regulamin tego nie przewiduje i zawiozą nas tak, jak to było wcześniej.

Nie ma takiej możliwości – odpowiedziałyśmy – położymy się na podłodze i będziecie nas nieść na siłę. Minął wyznaczony termin i nigdzie nas nie zabrali. Jeszcze parę dni się denerwowałyśmy, czy jednak nie będą nas ciągnąć, ale nic się działo. Do ginekologa nie pojechałyśmy.

Kończyła się zima. Dzień się wydłużał. Na spacerniku, gdy zadarło się głowę, widziało się wysoko nad murem korony drzew z otaczającego areszt parku. Czy to ta zapowiedź wiosny, czy to leciutka, ledwo widoczna zieleń na drzewach za murem spowodowały, że swoje zamknięcie zaczęłam odczuwać ze zdwojoną intensywnością. Cela działała na mnie klaustrofobicznie, nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Potwornie męczyło mnie wczesne chodzenie spać. Leżałam bezsennie długo w nocy nasłuchując odgłosów z korytarza. Równie ciężkie było ranne wstawanie. Pocieszające było to, że wyraźnie zmalał rygor, z jakim nas traktowano. Powoli, powoli nasze oddziałowe miękły i zaczynały pokazywać ludzką twarz. Najpierw zauważyłyśmy, że przy codziennych rewizjach już nas nie szarpią i właściwie nie obmacują, tylko markują rewidowanie paroma ruchami rąk. Potem zorientowałyśmy się, że gdy jest ładna pogoda, spacer trwa dłużej, niż regulaminowe pół godziny. Gdy w celi było bardzo duszno, klawiszki na trochę zostawiały otwarte drzwi. Poprawiło się też z paczkami – gdy któraś z naszych oddziałowych przyjmowała paczkę, pozwalała wsunąć do niej zabronioną paczuszkę kawy (co prawda drugą się wsuwało jej do kieszeni) i nie pilnowała zbyt skrupulatnie ustalonej wagi. Tak to się jakoś porobiło, że starszej nie nazywałyśmy już Enerdówą, tylko ciocią Wiesią, a młodszą również nazywałyśmy jej imieniem (jakie to było imię wyleciało mi z głowy).

Myślę, że początkowo były takie okropne ze zwykłego strachu. Byłyśmy pierwszymi więźniarkami politycznymi w kamieńskim areszcie. Na pewno na nasze przyjście były jakoś przygotowywane. Indoktrynacja wtedy była taka, że o „politycznych” mówiło sie przeróżne rzeczy. One nie były pewne, co z nas za kobiety i na wszelki wypadek przybrały pozycję „twardej” władzy. Po pewnym czasie przekonały się, że nie jesteśmy takie straszne. Wprawdzie niechętnie stajemy na baczność, nie meldujemy się i nie mówimy „obywatelko oddziałowa”, nasze łóżka są beznadziejnie ścielone, a ubrania na taboretach złożone niedbale, ale w celi jest zawsze czysto, nigdy nie odzywamy się do nich po chamsku, nie wydzieramy się, nie tniemy, nie robimy połyków. I tak powoli strach i niechęć przekształciły się w cień współczucia i leciutkiej sympatii. Niewielkiej, nawet bardzo malutkiej, ale zawsze…

A kiedy przyszła Wielkanoc, okazało się, że ta sympatia i współczucie może nawet nie są takie malutkie.

W 1984 roku Wielkanoc wypadła pod koniec kwietnia, ale już w końcówce marca stała się głównym tematem naszych rozmów i wspomnień. Szczegółowo omawiałyśmy wszystkie świąteczne potrawy, podawałyśmy sobie przepisy na domowe specjały, opowiadałyśmy rodzinne anegdotki związane ze świętami.

Terenia i Alinka kiblowały od połowy stycznia i Święta Bożego Narodzenia spędzały jeszcze w domu, ale we mnie i Danusi, pod wpływem tych wielkanocnych rozmów odezwało się przemożne rozżalenie za tę pierdlową Wigilię. Teraz dopiero zaczęłyśmy się użalać nad sobą i rozpamiętywać, jak strasznie było w tę wigilijną noc. No i stopniowo z tematów wielkanocnych nasze wspominki przeszły na Wigilię i Boże Narodzenie. Jak to baby, najwięcej czasu poświęcałyśmy żarciu. I wtedy Ala powiedziała o rybie w grzybach. Ta ryba to w gruncie rzeczy nic nadzwyczajnego, przepis bardzo prosty: robi sie rybę tak, jak po grecku, tylko zamiast warzyw dodaje się gotowane suszone grzyby duszone na oliwie z cebulą. Rozmawiałyśmy o różnych potrawach i jedzeniowych tradycjach wigilijnych. Mówiłyśmy o sporządzanej na różne sposoby kutii, o grzybowych zupach, barszczu i uszkach, ale to właśnie ryba w grzybach poruszyła nasze serca i wyobraźnię. Godzinami wypytywałyśmy Alę o najdrobniejsze detale, o wszystkie szczegóły przyrządzania, a potem o smak, zapach i niemal wszystkie odczucia przy konsumowaniu. Kiedy leżałyśmy już wieczorem w łóżkach, niczym małe dzieci o bajkę, prosiłyśmy Alę, żeby opowiedziała nam o rybie. Opowiadała, a my słuchałyśmy zaślinione niczym psy Pawłowa. W końcu Ala wymyśliła, że poprosi rodzinę, by na widzenie wielkanocne zrobili jej tę rybę i przynieśli nam na spróbowanie.

Nadeszły święta. Trzeba przyznać, że w odróżnieniu od aresztu szczecińskiego, w Kamieniu nie były zignorowane. Nic nadzwyczajnego, ale jedzenie było wyraźnie lepsze, do obiadu na deser po kawałku jakiegoś ciasta, a na śniadanie jajko na twardo. Było więc czym się podzielić przy składaniu życzeń. Przy porannym apelu „ciocia Wiesia” powiedziała, że widzenia będziemy miały w drugi dzień świąt.

Już pierwszym zaskoczeniem było, że na widzenie zawołali nas wszystkie razem. Poszłyśmy do sali widzeń – a tam nasi mężowie i nikogo więcej! Pilnować nas miała pedagożka, miła młoda kobieta, która od samego początku na miarę możliwości starała się nas wspierać na duchu. Złożyła nam życzenia, podzieliła się ze wszystkimi jajkiem i sobie poszła. Zsunęliśmy stoliki w jeden wielki świąteczny stół, pośrodku królowała wigilijna ryba w grzybach, wędliny, mięsa, domowe ciasta, mazurki i przepiękne kolorowe pisanki – wśród nich, najpiękniejsza, zrobiona przez moją córeczkę Dorotkę.

Poznawałyśmy nawzajem naszych mężów, wycałowałyśmy się ze swoimi. Zajadaliśmy się wszyscy pysznym świątecznym jedzeniem, oni opowiadali, co w domach i na świecie; my o naszym codziennym życiu. Było miło, świątecznie, uroczyście i szczęśliwie. Minęło przepisowe pół godziny i nic się nie działo. Minęło drugie i dalej nikt nam nie przerwał. Podarowali nam dobre dwie godziny prawdziwych świąt! W końcu widzenie się skończyło. Do celi wracałyśmy z żalem, ale szczęśliwe i naprawdę bardzo pokrzepione na duchu.

Pół roku i trzy dni – wspomnienia sprzed wolności

Panią Małgorzatę Trembilską poznałam przy okazji realizacji wystawy „Matki Solidarności” o kobietach szczecińskiego podziemia. Organizowało ją stowarzyszenie Czas Przestrzeń Tożsamość. Małgorzata Trembilska była jedną z bohaterek wystawy. Wówczas przygotowaliśmy jedynie krótkie notki o naszych bohaterkach, parę zdań opisu pod fotografiami. Kiedy rok później pan Andrzej Łazowski zaprosił mnie do współtworzenia książki, w której na historie „Matek…” było zdecydowanie więcej miejsca, z radością się tego podjęłam.

Dziś, po latach, to ona zdecydowała się napisać swoje wspomnienia. Język, jakim są napisane jest dla Małgorzaty Trembilskiej charakterystyczny – kusi, aby go poprawić, ulepszyć, nadać bardziej szacowną formę, ale właśnie tego zrobić nie wolno. Bo ten język świetnie odzwierciedla stosunek autorki do swojej działalności, którą żartobliwie nazywa „konspirą”. Małgorzata Trembilska nie traktuje czasu „konspiry” w kategoriach martyrologii. Ale nie lekceważy tego doświadczenia. Zaangażowanie się w podziemną działalność było dla niej kwestią przyzwoitości, a nie bohaterstwem. Dlatego w jej wspomnieniach bohaterstwa próżno szukać, nie ma go w lapidarnych opisach przesłuchań, krótkich widzeń z mężem, paczek, listów, w tęsknocie i przeraźliwym lęku o rodzinę, dostrzec je można jedynie między słowami.

Kinga Konieczny