Opublikowane przez w Historia, Miejsca, Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Dwa lata temu na łamach „Głosu Szczecińskiego” zamieściliśmy cykl reportaży poświęconych szczecińskim sołectwom. Są to peryferyjne dzielnice Szczecina o rolniczym charakterze. Często nawet nie mają wyglądu typowych przedmieść. Sołectw jest 11. Od śródmieścia z reguły dzieli je spora odległość. Ona zapewne sprawiła, że problemy mieszkańców tych dzielnic były równie odległe. Staraliśmy się je przybliżyć, przypomnieć — że sołectwa to też miasto.

Pomni więc obietnic złożonych przez poszczególne wydziały Urzędu Miejskiego w Szczecinie ponownie odwiedziliśmy szczecińskie sołectwa. Jak dziś żyje się tam ludziom? Lepiej, łatwiej, czy bez zmian?

Reporterskie powroty – Sołectwa po dwóch latach

Na pierwszy ogień wybrałam trzy sołectwa położone blisko siebie, niemalże graniczące zabudowaniami, ogrodzeniami, ziemią. Pojechałam do: Płoni, Śmierdnicy, Jezierzyc. Nie będę ukrywać niezadowolenia z jakim wróciłam. Tam czas zatrzymał się w miejscu, tak jakby tych dwudziestu czterech miesięcy nie było.

Jezierzyce od dawna stały się miejscem niedzielnych wycieczek. Ci, którzy tu przyjeżdżają mają tylko jedną myśl — jak i gdzie załatwić zgodę na kupno kawałka gruntu i budowę domu. W końcu trafiają do Urzędu Miejskiego i tam się dowiadują, że nie ma takich miejsc w planie budownictwa indywidualnego w Jezierzycach. Władysław Korzyński, kierownik Działu Planowania Przestrzennego Dyrekcji Rozbudowy Miasta Szczecina przypomina, że jezierzyckie tereny zarezerwowane są na rekreację, na odpoczynek sobotnio-niedzielny. Zgodnie z planami zagospodarowane powinny być do roku osiemdziesiątego piątego, ale nie bardzo wiadomo kto i jak ma się za to wziąć.

Jezierzyce są piękne. Położone wśród lasów, przecięte Płonią, z dwoma jeziorkami w pobliżu, z paroma domami szachulcowymi — zachwycają każdego, kto tu przyjeżdża. Stałym mieszkańcom daleko do zachwytów. Zbyt dużo mają kłopotów i problemów na co dzień. Ziemia jest tu kiepska, piątej i szóstej klasy. Nie dość, że zbiory w tym roku były liche, to jeszcze współpraca z Kobylanką żadna: Na kombajn czekało się jak na zmiłowanie. Wielkiego rolnictwa tu nie ma. Kawałek gruntu z reguły uprawia się po powrocie z pracy z zakładu w Płoni lub w Szczecinie. Sporo tu mieszka ludzi w starszym wieku, sporo jest domów, ruder, nie remontowanych, walących się. Ciągle musi wystarczać mieszkańcom jeden sklepik-klitka, w dodatku fatalnie zaopatrzony.

Jakże często po masło, chleb, cukier — podstawowe w końcu artykuły — trzeba wyruszać aż do Śmierdnicy, a nawet do Płoni. Od roku do Jezierzyc można dojechać autobusem. Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Komunikacji Miejskiej spełniło wieloletnią prośbę mieszkańców i przedłużyło linię „72″. Tę spełniono, następne — o naprawę nawierzchni głównej ulicy Topolowej oraz założenie oświetlenia, bo po zapadnięciu zmierzchu cale Jezierzyce toną w ciemnościach, o lepsze zaopatrzenie — czekają na realizację. Ile kolejnych lat musi upłynąć, aby się spełniły?

Dla śmierdniczan, dwa lata temu najważniejszymi sprawami, najczęściej powtarzającymi się w rozmowach były: szkoła i dalszy los budynków gospody oraz kina. Dziś po pochopnej ubiegłorocznej decyzji Wydziału Oświaty i Wychowania UM (szkoła w Śmierdnicy miała nie istnieć) temat bulwersuje jeszcze bardziej. Budynek jako tako wyremontowano ale i tak nie zatarto śladów prowizorki. Trwa jeszcze remont strychu. Tam ma być dodatkowa klasa (aby wreszcie dzieci przestały się uczyć w izbie wynajmowanej u gospodarza), świetlica (wówczas będzie można wydawać obiady przywiezione w termosach z „Fregaty”), oddział przedszkolny (nareszcie wszystkie dzieci będą w jednym budynku).

Wydział Oświaty chcąc zatrzeć poprzedni zgrzyt sypnął pieniędzmi. Dyrektor Rybarczyk z dumą pokazuje wyposażenie klasy nauczania początkowego, mebelki do świetlicy i oddziału przedszkolnego, regały do pokoju nauczycielskiego. Pokazuje i zaciska kciuki, aby nowy wykonawca remontu strychu nie zrezygnował jak poprzedni, a uczciwie wziął się do roboty i przed zimą skończył.

– Tu o wszystko trzeba się starać samemu — podpowiada przysłuchująca się rozmowie matka jednej z uczennic. I dodaje z goryczą w głosie: — Najłatwiej wydać zza biurka nieodpowiedzialną decyzję, trudniej przyjechać tu, zobaczyć, porozmawiać z nami. Czy nasze problemy są mniej ważne od tych jakie mają mieszkańcy Słonecznego? Tyle uwagi im się poświęca. My czujemy się zapomniani, oszukani. Wszystko zostaje po staremu. Ot, chociażby te dwie rudery: kino i gospoda. Ekspertyzy wykazały, że są do niczego, a stoją z oknami pozabijanymi dechami, stoją i szpecą, podobnie jak stara remiza strażacka. Kogo potrzeba do wydania decyzji o rozbiórkach, porządkach? Kogo mamy prosić o lepsze zaopatrzenie sklepu? Jest to jedyne miejsce zakupów, wyboru nie mamy. Więc dlaczego są opóźnienia dostaw, dlaczego brakuje podstawowych artykułów?

O tym samym mówili, o to samo pytali pasażerowie autobusu w drodze do Płoni. Śmierdnica jest rolnicza. Płonia staje się typową dzielnicą robotniczą z zapleczem handlowo-usługowym, służącym mieszkańcom okolicznych sołectw. Do Płoni się jedzie na większe zakupy i mały handel. Każdego dnia przy głównym ciągu z wózków, koszyków, rozłożonych płacht gazet sprzedaje się warzywa i owoce z własnych ogrodów i sadów.

Po latach, gdy już wszyscy przyzwyczaili się do widoku stalowych konstrukcji, wznowiono budowę pawilonu handlowo-usługowego. Prawdę mówiąc jest już na ukończeniu. I już w przyszłym miesiącu w Płoni będzie duży sklep z artykułami gospodarstwa domowego, będzie fryzjer, krawiec, może nawet szewc, będzie punkt naprawy sprzętu domowego. Dotychczas te usługi załatwia się aż w Dąbiu.

Od dwóch lat funkcjonuje w Płoni nowa przychodnia przemysłowo-rejonowa wzniesiona dzięki trzem zakładom pracy. W dawnym budynku przychodni miał powstać żłobek, tak potrzebny w tej dzielnicy, bo w nowych fabrycznych blokach mieszkają sami młodzi. Żłobka nie ma do dziś i chyba długo jeszcze by nie było, gdyby za remont obiektu nie wzięła się Fabryka Kontenerów „Unikon”. Jest więc nadzieja, że zacznie on funkcjonować jeszcze w tym roku. A w ogóle o „Unikonie” słyszałam wiele dobrego. Rozmówcy, mieszkańcy dzielnicy, nawet z tym zakładem nie związani, podkreślali, że dzięki niemu tak szybko zmienia się krajobraz Płoni. Rzecz jasna w tych zmianach partycypują „Gryfbet” i „Keramzyt”, ale ton nadaje „Unikon”. Załatwiono sprawy najpilniejsze — służbę zdrowia, częściowo handel i usługi, od paru miesięcy działa nowa, przestronna restauracja „Fregata” (wydaje dziennie ponad 500 obiadów abonamentowych, około 300 posiłków regeneracyjnych, 300 kilogramów garmażerki dostarcza do pobliskiego sklepu). Teraz powinna przyjść kolej na kulturę i estetykę osiedla. O rolnictwie w Płoni mówi się coraz mniej, o ogródkach przydomowych, działkach pracowniczych — częściej. Mała osada rolnicza szybko awansowała do dzielnicy robotniczej.

Taka perspektywa nie otwiera się ani przed Śmierdnicą, ani przed Jezierzycami. Ale czy ten fakt ma oznaczać zgodę na stagnację, zapomnienie, niedostrzeganie przez władze miasta codziennych potrzeb mieszkańców odległych, jeszcze rolniczych, sołectw?

KRYSTYNA, POHL

 

 

Głos Szczeciński, 11 października 1980

Niniejszy artykuł jest ostatnim z cyklu „Sołtysi wielkiego Szczecina.