Opublikowane przez w Historia, Miejsca, Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Rolniczy charakter peryferyjnych dzielnic Szczecina zdecydował o tym, że na tych terenach utworzono sołectwa reprezentowane przez sołtysów, przedstawicieli najniższego szczebla administracji państwowej. Takich sołectw jest 11: Glinki, Gumieńce, Jezierzyce, Klęskowo, Krzekowo, Osów, Płonia, Skolwin, Śmierdnica, Warszewo i Wielgowo.

W cyklicznych artykułach będziemy się zajmowali problemami tych dzielnic i ich mieszkańców. Tereny te, mimo że leżą w obrębie granic wielkiego Szczecina, ciągle sprawiają wrażenie bardzo odległych, zapomnianych…

Sołtysi wielkiego Szczecina – Pojechać i zobaczyć (Gumieńce)

Krakowska tak właśnie wygląda. Akurat ta część planu, która interesuje mnie najbardziej, jest najmniej widoczna. Ulica — kreski, domy — klocki, wszystko podobne do siebie. No dobrą sprawę nic z tego nie wynika. A już najtrudniej odczytać chociaż przybliżone terminy zagospodarowania przestrzennego Gumieniec, mimo, że opracowano plan prawie 10 lat temu. Zresztą sam kierownik działu planowania przestrzennego DRMS, Władysław Korzyński, mówi wprost, że jeszcze przez parę lat na Gumieńcach będzie tak jak jest. W części dzielnicy przeprowadza się zbrojenie terenu, stąd ten bałagan, wykopy. Ale i tak nowe budynki już powstają. Zmiany się zaczynają. Wystarczy pojechać i zobaczyć.

Ano wystarczy przejść, na przykład, od Wierzbowej ulicą Braniborską i dojść do Krakowskiej. W pewnym momencie kończy się ładniutka, willowa zabudowa najbardziej na południe wysuniętego przedmieścia Szczecina, a zaczyna typowa wioska z domami starymi, zniszczonymi, drogami dziurawymi. Brudno, brzydko, nijako. Z rzadka dom nowy białymi ścianami zajaśnieje, ale to jeszcze bardziej pogłębia kontrast.

Rolnicy — jest ich zaledwie 30 — mieszkają przy Krakowskiej, Zbójnickiej, Zielonej. Przy Harnasiów zaczynają się budować i szklarnie stawiać — ogrodnicy. Ktoś zawyrokował: rolnictwo tradycyjne na Gumieńcach powoli się kończy, jego miejsce zajmuje ogrodnictwo i warzywnictwo gruntowe. Takie są potrzeby miasta, takie możliwości. Uprawne pola się kurczą. Wokół wyrastają zakłady przemysłowe. Buduje się opodal „Famabud”, naprzeciw, na dawnych łąkach powstaje mleczarnia. Trochę dalej za cukrownią ciągną się szklarnie. Początkowo ogrodnicy bali się tej konkurencji, teraz wiedzą, że jedni drugim wadzić nie będą. Warzywa, obojętnie skąd, natychmiast znajdują nabywców.

Jan Borowski dwa lata temu kupił ziemię. Uprawia warzywa. Otrzymał nawet nagrodę jako największy ich dostawca. Helena Chyła sprzedała całe gospodarstwo. Sama nie dawała rady go prowadzić. Podupadło także gospodarstwo Henryka Wojtowicza. Kiedyś Wiktor Maciutkiewicz był najlepszym gospodarzem na Gumieńcach. Dziś już ani siły, ani zdrowie nie te.

Bracia Rzeszotko zaczęli od początku wielkie ogrodnictwo. Są młodzi, z wykształceniem rolniczym. Cieszą się poważaniem i szacunkiem.

Sołtys, Paweł Ugarenko, ma hodowlę trzody chlewnej. Mechanizacja, duży rozmach, duże ilości, ale też na pomoc dzieci może liczyć.

Typowe problemy, typowe życiorysy. Wszyscy jak jeden z pewnym żalem wspominają czasy, kiedy to jeszcze istniały dzielnicowe rady narodowe. Mówią, że było wówczas większe zainteresowanie nie tylko samym rolnictwem, ale także sprawami sołectwa, problemami mieszkańców.

— A teraz taką Krakowską od kilku lat ciągle rozkopują, co jedno przedsiębiorstwo to zostawia po sobie większy bałagan — podaje przykład sołtys — i nie ma do kogo pójść i sprawy załatwić. Ludzie w domysłach się gubią. Przychodzą i pytają: panie sołtys, czy to prawda, że przez moje podwórze i dom będzie przechodziła droga? Albo: panie sołtys, czy to prawda, że mi pole zabiorą pod budowę? A ja co? Powinienem powiedzieć prawdę, ale wstyd przyznać, ja jej nie znam. Nie wiem jakie są najbliższe plany rolniczej części Gumieniec. Ba, odnoszę wrażenie, że nikt nie wie. Nie, nas nie interesuje świetlista perspektywa roku dwutysięcznego. Chciałbym natomiast wiedzieć co będzie się działo do roku osiemdziesiątego na tym placu przy Krakowskiej, co będzie z dołami przy Zielonej, nawierzchnią Reczańskiej i Harnasiów… Ech — nakłada energicznie kapelusz — trzeba pójść i to zobaczyć.

Wystarczyło, że poszliśmy za róg. A tam dwa suche ogromne drzewa ledwie stoją. Trzecie niedawno się zwaliło na ogródki działkowe. Dwa następne polecą prosto na dom i linię wysokiego napięcia. O niebezpieczeństwie sygnalizowano od lat. Przedsiębiorstwo Zieleni Miejskiej nie reaguje.

Następny widok jest bardziej pikantny i szokujący. Przez środek Zielonej ciągnie się głęboki na cztery metry wykop. Na dnie cuchnąca woda, śmieci. Ogrodzenie prowizoryczne, drewniane, obok biegnie wąska ścieżka. Od czterech lat tędy ludzie chodzą do pracy, dzieci do szkoły. Na szczęście ci, którzy się do wykopu sturlali, nie zrobili sobie większej krzywdy.

— Mam troje dzieci — łapie mnie za rękę Jadwiga Kaisiak. — Idę teraz do pracy i za każdym razem drżę czy się któremu co nie stało, bo mieszkamy nad tym przeklętym wykopem. Czy dopiero tragedia spowoduje wznowienie robót?

W ogóle ten fragment ulicy wygląda okropnie. W rozwalającej się ruderze urzęduje bednarz, mieszkają ludzie, wokół pełno żelastwa, bałagan. Zaraz za podwórzem, tuż przy drodze, wyrasta imponujące wysypisko śmieci. Już na pierwszy rzut oka widać, że w znacznym stopniu przyczynili się do niego działkowicze z okolicznych ogródków.

Tylko sto metrów od tej swoistej enklawy smrodu i brudu znajduje się hotel „Reda”.

Ugarenko jest bardzo niezadowolony, że musi mi takie rzeczy pokazywać, ale mieszkańcy już przestali wierzyć, że sami coś zwojują. Sołtys mieszka na Gumieńcach od 1969 roku i doskonale pamięta, że kiedyś panował tu prawdziwy ład i porządek.

Gdy podpowiadam, że przecież chociaż częściowo można ten stan przywrócić, gdyby tylko mieszkańcy sami chcieli coś zmienić, sołtys kręci głową i dodaje, że to są marzenia. Jedni są zapracowani, inni nie mają ochoty. Mijają miesiące, lata, bałagan się powiększa.

W sklepie spożywczym grupka ludzi. Rzucają się w oczy kolorowe kaski, budowlane drelichy. W większości zakupy są nieskomplikowane: piwo, wino. Potem z butelkami w kieszeni, albo wracają na budowę, albo na rozległym placu, za ruinami piją pod palec.

— Pani się oburza? — pyta mnie jedna z kobiet. — Ale co robić skoro libacje odbywają się w jednym z naszych gumienieckich sklepów. Tekstylny całymi miesiącami był zamknięty, a teraz po godzinach pracy jest tam wesolutko.

Tę informację słyszę z wielu ust. Podobnie jak o często nieczynnym kiosku „Ruchu”, jak o zamykanym przedwcześnie sklepie z artykułami gospodarstwa domowego.

Gdyby tu były inne drogi, to i różne kontrole i inspekcje częściej by zaglądały na Gumieńce, a tak każdy się boi, że albo resory połamie, albo się narazi. I dlatego jest tak jak jest — konkluduje jeden z rolników.

KRYSTYNA POHL

 

Głos Szczeciński, 11 listopada 1978, nr 257, s. 5