Opublikowane przez w Historia, Miejsca, Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Rolniczy charakter peryferyjnych dzielnic Szczecina zdecydował o tym, że na tych terenach utworzono sołectwa reprezentowane przez sołtysów, przedstawicieli najniższego szczebla administracji państwowej. Takich sołectw jest 11: Glinki, Gumieńce, Jezierzyce, Klęskowo, Krzekowo, Osów, Płonia, Skolwin, Śmierdnica, Warszewo i Wielgowo.

W cyklicznych artykułach będziemy się zajmowali problemami tych dzielnic i ich mieszkańców. Tereny te, mimo że leżą w obrębie granic wielkiego Szczecina, ciągle sprawiają wrażenie bardzo odległych, zapomnianych…

Sołtysi wielkiego Szczecina – Za kurtyną (Krzekowo)

Samochód przejechał niebezpiecznie blisko i brunatna maź tłustego błota chlasnęła na narożny domek. Upstrzyła ściany, przykryła równomiernie dopiero co uprzątnięty chodniczek. Helena Witek, której idzie siódmy krzyżyk, w bezsilnej złości, pogroziła ręką. Komu? Już sama nie wie. Sama też nie wie co gorsze: czy to przeklęte błoto, czy kurz wiszący w powietrzu przez kilka minut. Z determinacją chwyciła łopatę i poszła znowu odgarniać, aby można było chociaż do domu wejść. Powiodła wzrokiem po wieżowcach osiedla Zawadzkiego, które są tuż za drzewami. Popatrzyła na zagrodę babci Kołodziejki i musiała schować się przed następną brunatną fontanną. Syzyfowa praca.

Do Kołodziejki, mieszkającej przy końcu Szerokiej, nie można się dostać. Nikogo nie wpuszcza, od nikogo pomocy nie chce przyjąć. Staruszka próbuje sama prowadzić gospodarstwo. Za wysokim płotem widok rozciąga się żałosny: rozwalone budy, szopy, śmietnisko — bałagan. W środku zielonkawej gnojówki stoją po kolana dwie krowiny. Stoją i ruszyć się nie mogą. Dwa szkielety obleczone skórą.

Szokujący jest krzekowski świat. Zaczyna się on tak nagle, zaraz tam gdzie kończy się pętla tramwajowa i pojawia bruk, który na Szerokiej ginie pod kałużami i błotem. Krzekowo bardziej przypomina wiochę zabitą dechami, niż dzielnicę wielkiego Szczecina, którą od centrum dzieli kilka minut jazdy samochodem. Wszystko się tu dzieje za kurtyną. Dla wygody się jej nie uchyla.

— Czy pani uwierzy, że kiedyś Krzekowo było dzielnicą róż, oazą ciszy – spokoju? Czy pani uwierzy, że te lipy były regularnie podcinane? — pyta jeden z gospodarzy.

Chciałabym, ale jest mi trudno, gdy patrzę na to, co jest w tej chwili. Porządnej drogi Krzekowo nie ma. Co jedna to bardziej wyboista i dziurawa. A na takiej Żniwnej na dodatek, od ponad dwóch lat nie świeci się ani jedna latarnia, mimo że są nowe, wymienione. Notabene w tak skandalicznym stanie nie miało dróg żadne z odwiedzanych sołectw. Nie ma chodników. Po obu stronach Szerokiej ciągną się zdewastowane, zdziczałe trawniki. Wśród domów starych, koślawych wyrosły nowe, piętrowe, przeszklone wille. Za nimi ciągną się szklarnie. Jest ich około 30, ma być więcej. Rola Krzekowa: ogrodnicze zaplecze Szczecina. Na obrzeżu — kilka sadów, dalej pola uprawne i ogródki działkowe. Rolników jest tu 41. Bliskość miasta, nowego osiedla wycisnęła na malutkiej dzielnicy inne piętno. Jak grzyby po deszczu powstały zakłady i warsztaty świadczące usługi motoryzacyjne. Nie, nie są to nowe obiekty. Rzemieślnicy znakomicie prosperują w dzierżawionych od byłych rolników stodołach i szopach. Na murach przybito duże szyldy, a na podwórzach, w miejsce pługów i siewników pojawiły się naprawiane samochody różnych marek.

Miejscem spotkań, podawania sobie interesujących wiadomości, jest siłą rzeczy sklep. W nim towaru pod dostatkiem i przekleństwa mieszkańców — nie tylko tej dzielnicy — piwa. Wielkie odpijanie odbywa się w rachitycznych krzakach opodal sklepu od wczesnych godzin rannych do wieczora. Podochoceni piwkiem zaczynają rozróby. A to okoliczne działki zdewastują, do altanek się włamią a to zdarzają się pobicia rolników w polu, a to głośnymi śpiewami i wrzaskami zakłócają resztki ciszy.

Do sklepu dochodzi się skacząc przez kałuże i doły. Przy drodze, tam gdzie plac dotyka Szerokiej, znajduje się wysypisko śmieci. Ponoć nie było czym, to odpadkami próbowano zasypać doły.

No więc, jeżeli jest tak jak jest to gdzie tu miejsce i czas dla sadzenia róż i przycinania lip?

Sołtys, Kazimierz Siemański, mieszka przy Żniwnej. Trudno dojechać jeszcze trudniej, dojść. Przyjmuje niechętnie.

— Moje godziny urzędowania się skończyły, a o Krzekowie nie warto pisać, bo to i tak nic nie pomoże. Fermentu się tylko narobi, a wszyscy już przyzwyczaili się — zaznacza na wstępie i kontynuuje wypowiedź w długim monologu:

— Piętnasty rok jestem sołtysem i mam tego dosyć. Jestem zmęczony, stary, nerwowy. Po co mnie oni teraz wybrali, nie wiem. Wcale nie chciałem. Widocznie zaufanie mają. Chociaż ich nieraz zdrowo objadę, no bo jakże to tak przychodzić po zaświadczenia, skoro w telewizji dobry film idzie. Znaleźli we mnie ofiarę. Rolnikiem nigdy nie byłem, jestem ślusarzem, teraz na emeryturze. A ziemię uprawiam tyle co w doniczce. Ja po urzędach nie będę chodził i nie będę załatwiał. Niech to młodzi robią. Ot, do takiego Sularza niech paru pójdzie, on teraz jest podsołtysem, a wielu chciało, aby był sołtysem, ale mu jednego głosu zabrakło…

— A gdzie mieszka? — pytam.

— O, tam — sołtys wykonuje nieokreślony ruch ręką.

Długo chodzę po Krzekowie i szukam Sularza. Owszem, znają go, wiedzą że jest podsołtysem, ale gdzie mieszka — nie wiedzą.

— Przecież Sularz dopiero się buduje — rozwiewa wątpliwości rolnik Tarasewicz. — On tu od kilku lat ma sad, teraz na jego skraju stawia dom, a mieszka chyba w Szczecince. Szkoda, że sołtysem nie został. Tu potrzebny jest taki jak on, młody, aktywny, który chce coś wreszcie w tym Krzekowie zmienić. Podobno już coś załatwia.

Tarasewicz mógłby dłużej rozmawiać, ale 30 świń i 23 sztuki bydła czekają na obrządek. Ojciec z synem prowadzą 10-hektarowe specjalistyczne gospodarstwo. Są najlepszymi rolnikami w Krzekowie.

Zygmunt Sularz, rolnik-sadownik oblicza, że w przyszłym roku będzie już mieszkał w Krzekowie. W sprawie dróg kołatał do niejednych urzędowych drzwi. Wszędzie obiecali.

— A tu nie obietnic trzeba a szybkiego działania — mówi. — Pod ciężkimi samochodami, które tędy jeżdżą Szeroka siadła kilka metrów. Błoto z poboczy trzeba jak najszybciej wywieźć, przed sklepem plac zrobić. To przerasta jednak możliwości mieszkańców w czynach społecznych. W Krzekowie muszą pojawić się specjalistyczne przedsiębiorstwa.

Muszą. Tak mówi każdy kto tu mieszka. Każdy też z ufnością i nadzieją patrzy na tych, którzy w Krzekowie zaczynają w coś inwestować. Tak na przykład jest z „Hydromą” która się wzięła za adaptację i remont starego budynku. Ma tam być przedszkole. Ostatnio jednak tempo prac zmalało, budowy nikt nie pilnuje, można wejść i wszystko wynieść.

— Pani, co to za robota — wtrąca jeden z mieszkańców. — On sam handlował gwoździami i siatką ogrodzeniową.

Nowe przedszkole załatwiłoby dla krzekowian jeszcze jedną ważną sprawę. A mianowicie w budynku obecnego przedszkola zrobiliby sobie klub. Nareszcie byłoby miejsce spotkań i takich zebrań z rolnikami nie trzeba byłoby urządzać w prywatnych mieszkaniach. Bo przecież nikt nie będzie szedł kilka kilometrów do klubu w Bezrzeczu. W dodatku po błocie.

Najmniejszą szczecińską dzielnicę (około 800 mieszkańców) upodobały sobie bociany. Każdego roku ósemka z klekotem powraca do gniazd. Mieszkańcy je skrupulatnie liczą, czy aby wszystkie doleciały i myślą jak swojsko, jak wiejsko musi jednak wyglądać to miejskie Krzekowo, że te bojaźliwe ptaszyska walą tu jak w dym.

KRYSTYNA POHL

 

Głos Szczeciński, 4 listopada 1978, nr 252, s. 5