Opublikowane przez w Historia, Miejsca, Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Rolniczy charakter peryferyjnych dzielnic Szczecina zdecydował o tym, że na tych terenach utworzono sołectwa reprezentowane przez sołtysów, przedstawicieli najniższego szczebla administracji państwowej. Takich sołectw jest 11: Glinki, Gumieńce, Jezierzyce, Klęskowo, Krzekowo, Osów, Płonia, Skolwin, Śmierdnica, Warszewo i Wielgowo.

W cyklicznych artykułach będziemy się zajmowali problemami tych dzielnic i ich mieszkańców. Tereny te, mimo że leżą w obrębie granic wielkiego Szczecina, ciągle sprawiają wrażenie bardzo odległych, zapomnianych…

Sołtysi wielkiego Szczecina – Na żyznej glinie (Glinki)

Grunty Nizowicza dotykają ogrodzeń fabryki domów. Wody po kostki. Wygląda to jak plantacja ryżu. Ryżowym ziarnom woda wychodzi na dobre, ziemniakom na złe. Będą gniły.

– Zaorać zaorałem, pług ciągnęły dwa traktory — opowiada Aleksander Nizowicz, jeden z najlepszych rolników w sołectwie Glinki — ale zasiać nie mogę. Za dużo wody w tej ziemi. Nawóz musiałem wysiać ręcznie, a w szopie rozrzutnik stoi. Jeszcze trochę poczekam, może przeschnie.

— Ech, tu się zawsze czeka — macha z dezaprobatą ręka. — Wiosną późno wychodzi w pole, jesienią późno zbiera plony. Ziemie są żyzne, pszeniczno-buraczane, ale wymagają melioracji. Resztki drenów zniszczono przy zakładaniu rurociągu gazowego, przy stawianiu słupów wysokiego napięcia. Niestety, melioracji nie będzie. Tak powiedzieli w Urzędzie Wojewódzkim. Nie opłaca się, ponieważ rolnictwo długo się tu nie utrzyma. Ustąpi miejsca prostopadłościanom z betonu.

— Może pani wie dokładnie kiedy to nastąpi? — pyta. — Nam, rolnikom nikt o tym nie mówi. Niektórzy dlatego się zastanawiają czy inwestować w gospodarkę A z drugiej strony każdemu żal aby tak dobra ziemia miała dawać marne plony.

Nizowicz na przekór wszystkiemu zainwestował. Gospodaruje na 14 hektarach, ma większość potrzebnych maszyn, łącznie z kombajnem „Vistula”. Tymi maszynami pomaga wielu rolnikom. Nocami, po robocie, obkłada się książkami. Studiuje zaocznie na drugim roku Akademii Rolniczej, oczywiście na Wydziale Rolnictwa. W ciągu dnia znajduje jeszcze czas na prezesowanie w kółku rolniczym.

Rychło okazało się, że niemożliwe jest podanie przybliżonych terminów zabudowy Glinek, a co dopiero dokładnych. W dziale planowania przestrzennego DRMS poinformowano, iż w przyszłym roku zostanie zlecone opracowanie planów szczegółowych. Zaś z planów ogólnych wynika, że budownictwo mieszkaniowe w Glinkach owszem będzie, ale to daleka przyszłość.

Sołtys, Zygmunt Jaz, twierdzi, że jak zna życie, nie nastąpi to wcześniej niż po roku 90. Ale dodaje, że bardzo przydałoby się takie spotkanie z projektantami, przedstawicielami DRMS, aby wszyscy dowiedzieli się czegoś konkretnego, a nie żyli przypuszczeniami.

Za kilkanaście dni Pionier Miasta Szczecina, Zygmunt Jaz, będzie obchodził mały jubileusz. Minie akurat 33 rok jak prowadzi gospodarstwo rolne w Glinkach. Bo do Szczecina przyjechał już na początku sierpnia 1945 roku. Zaczął pracować w Zarządzie Ogrodów Miejskich, jako że z wykształcenia jest ogrodnikiem. Z żoną Zofią dzieli czas między ogrodnictwo i rolnictwo. Trójka dorosłych dzieci owszem, pomaga, ale na gospodarce żadne nie chce zostać. Tak jest w całych Glinkach: rolnicy są starzy, zmęczeni, a młodych nie ma zbyt wiele. Wszyscy się tu dobrze znają, są ze sobą bardzo zżyci i tego zazdroszczą im inne sołectwa. Nie mieszkają przy jednej ulicy tak jak ci w Skolwinie.

— Tu wszystko jest przemieszane, rolnicy i hutnicy — objaśnia sołtys. — Tak było od samego początku. W dużych domach rolników wynajmują pokoje młode małżeństwa hutnicze. Domy hutników graniczą z domami rolników. Zresztą to jest typowa osada rolniczo-robotnicza. Jak trzeba to jedni drugim pomagają. Jak były kłopoty z transportem przy burakach, huta zawsze przyszła z pomocą. Przychodnie lekarską mamy przy hucie, przedszkole i żłobek są hutnicze, ale dzieci rolników też tam chodzą. Nie ma różnicy, nie ma granicy między jednymi, a drugimi. Między Stołczynem, a Glinkami też pani granicy nie znajdzie i dokładnie nie pokaże. Utarło się, że Huta „Szczecin” jest w Stołczynie, a rolnictwo w Glinkach. Ten sam teren jedni nazywają Glinkami, a drudzy Stołczynem. A jak jest naprawdę?

Ano właśnie. Jak to jest z tym nazewnictwem? Na najnowszym planie miasta nazwa Glinki jest wydrukowana większą czcionką (stacja kolejowa jest w Glinkach), obok mniejszą — Stołczyn i Kraśnica. Od razu też widać, że Stołczyn to tylko część Glinek, właśnie ta położona wyżej, zwana również Glinkami Górnymi. Sama nazwa Glinki pochodzi zapewne od gliniastych gruntów. A Stołczyn? Może od stołka w sensie władzy, od kogoś ważnego kto mieszkał na górze. Są to jednak tylko przypuszczenia. Być może dowiemy się czegoś więcej, gdy ukaże się przygotowywana obecnie praca o nazewnictwie na Ziemi Szczecińskiej.

Sołtys zostawił wycinanie kapusty i z podwórza wyszliśmy na ulicę Nehringa. Przy niej mieszka najwięcej rolników. Zakończenie wlokącego się latami remontu jezdni wszyscy przyjęli z uczuciem ulgi. Przed nami rozciąga się duży plac. Jak na pryncypalne miejsce Glinek, szokuje zaniedbaniem.

— Kiedyś był okolony żywopłotem, rosły róże, stały ławeczki, była piaskownica. Parę lat temu przyjechał spychacz, wszystko wyrównał. I tak zostało…

Zostały doły, kałuże, zdziczała trawa. Na końcu placu sklep spożywczy zamknięty od trzech tygodni (całe szczęście, że nie jedyny w Glinkach), obok nieczynny od lat zakład naprawczy „Eldomu”. Przy rolniczych zabudowaniach ze świeżo położonym tynkiem rażą zaniedbane domy należące do PGR w Warszewie. Dziwi nowiutka szklarnia bez szyb, nieczynna. Okazuje się, że w takim stanie bezużytecznie stoi już drugi rok, od czasu gdy jej właścicielem została Spółdzielnia Ogrodnicza w Policach.

Rolnicy mieszkają też przy Kościelnej, stromo biegnącej ku Odrze. Z Kościelnej kominy huty widać jak na dłoni. Przy ulicy skromne centrum handlowe, kilka zaledwie sklepów, żadnych usług. Kilka placówek handlowo-usługowych rozsianych jest przy ulicy Nad Odrą, ale kto tam pójdzie z góry?

— Chyba przesadziłem z tym dziewięćdziesiątym rokiem — zastanawia się sołtys, gdy ponownie wracamy na Nehringa i mija nas samochód z płytami z Fabryki Domków Jednorodzinnych.

— Ani się obejrzeliśmy jak pod fabrykę poszła część rolniczych gruntów. Niektórym nawet się marzyło, że pierwsze domki z tych prefabrykatów powstaną właśnie tutaj. Mrzonki. Chociaż kto wie czy tak szybko jak powstała fabryka, nie wyrosną któregoś roku betonowe domy przy ulicach Doroty czy Kordiana?

Szybko zapada jesienny zmierzch. W zagrodach trwa przedwieczorna krzątanina. Opustoszały uliczki Glinek. Taksówka zatrzymała się przed ulicą Duracza. Dalej nie pojedzie. Kierowca miesiąc temu połamał tu resory. Pasażer wysiada, klnie głębokie doły, klnie niefrasobliwość przedsiębiorstw zajmujących się naprawami dróg.

Sołtys wybiera się po krowy na pastwisko. Po chwili milczenia zaczyna:

— Tu są naprawdę dobrzy rolnicy, ambitni, nowocześni. Ot, chociażby ojciec i syn Ostachowscy, Szumski, Eugenia, Szczepankiewicz z synem. Nie mamy gruntów leżących odłogiem, ale wie pani, to już nie to rolnictwo co dawniej, nie ma po prostu tego zainteresowania, pomocy. A wcale nas więcej nie było.

I zaraz dowiaduję się, jak w czasach gdy jeszcze istniały dzielnicowe rady narodowe przed żniwami i wykopkami robiono narady, wszystko uzgadniano, komu i jak trzeba pomóc, wyznaczano sklep dyżurny przede wszystkim zaopatrujący rolników.

— A sam sołtys? — ciągnie dalej Zygmunt Jaz. — Z sołtysem dzisiaj nie bardzo się liczą. Moja rola praktycznie ogranicza się do inkasenta, regularnie zbieram od rolników podatki, wydaję różne zaświadczenia. Ot i wszystko. A może właśnie taka jest kolej rzeczy?

KRYSTYNA POHL

Głos Szczeciński, 28 października 1978, nr 247, s. 5