Opublikowane przez w Historia, Miejsca, Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Rolniczy charakter peryferyjnych dzielnic Szczecina zdecydował o tym, że na tych terenach utworzono sołectwa reprezentowane przez sołtysów, przedstawicieli najniższego szczebla administracji państwowej. Takich sołectw jest 11: Glinki, Gumieńce, Jezierzyce, Klęskowo, Krzekowo, Osów, Płonia, Skolwin, Śmierdnica, Warszewo i Wielgowo.

W cyklicznych artykułach będziemy się zajmowali problemami tych dzielnic i ich mieszkańców. Tereny te, mimo że leżą w obrębie granic wielkiego Szczecina, ciągle sprawiają wrażenie bardzo odległych, zapomnianych…

Sołtysi wielkiego Szczecina – Bokiem do Odry

W złą porę pani przyjechała — powiedział bez ogródek sołtys Jan Gurman. Starannie wytarł ręce z farby i powiódł wzrokiem po kuchni. Udała się. Ściany w niebieski rzucik, okap nad piecem błękitny i ta podłoga brązowa.

— Musiałem wymalować — dodał. — Prawie każdego dnia mam klientów, ciągle z interesem przychodzą. Teraz będzie przyjemniej pogadać, sprawę załatwić, a i pomieszkać.

Stoję w progu, przepraszam.

— Pora zła nie przez to malowanie — wyjaśnia — a dlatego, że na Inwalidzką przyjechać trzeba wiosną, gdy pięknie drzewa kwitną, gdy ogródki wypracowane. A teraz co pani zobaczy? — martwi się na zapas.

Zobaczyłam dużo. Muszę jednak przyznać, że nie bardzo wierzyłam w to rolnictwo w Skolwinie. Dla mnie była to tylko dzielnica robotnicza, przemysłowa. Zresztą takie robi wrażenie, gdy się jedzie przez Skolwin ulicą Stołczyńską. A wystarczy skręcić w bok i wspiąć się Inwalidzką w górę, aby znaleźć się w zupełnie innym otoczeniu. Niska, solidna zabudowa tkwiąca w zieleni. Z czasów średniowiecznych zachował się tak charakterystyczny dla słowiańskich osad kształt wsi-owalnicy. Owalnice to wioski, w których dwie ulice tworzą owalny plac zwany nawsiem. Zwykle służył on wszystkim mieszkańcom. Tu mieszkali na przykład ci, którzy nie posiadali ziemi. Często na nawsiu był staw, kościół, cmentarz, budowano też obiekty użyteczności społecznej. W Skolwinie pozostał tylko kościółek z XVI wieku. Druga taka charakterystyczna owalnica w Szczecinie znajduje się w Wołczkowie.

Ze skolwińskiego nawsia rozciąga się wspaniały widok na Odrę. Jak na ekranie przesuwają się statki. Z pięterka sołtysowego domu widok jeszcze rozleglejszy. Widać, że domy przy Inwalidzkiej ustawione są bokiem do Odry, a frontem w kierunku pól. Pola w Skolwinie rozległe, ziemie ciężkie do uprawy, wilgotne i żyzne. Udają się zboża, warzywa nasienne. Rolników jest ponad pięćdziesięciu.

— Raz, dwa, trzy, no może pięciu, sześciu nie ma własnego ciągnika — liczy sołtys. — Reszta ma ciągniki, maszyny rolnicze. Gospodarują jak się patrzy. Niektórzy w tym roku i po sześć ton zboża do skupu oddali, a ile buraków, kapusty.

U sołtysa już po robocie. Zwiózł dziesięć ton ziemniaków, piętnaście buraków, jeszcze musi zaorać, pszenicę posiać i jak sam mówi — może spokojnie czekać na zimę.

— Ale jaki tam spokój — zaraz zaprzecza — skoro tyle spraw wypełza z kątów. Z kątów osady rolniczej i Inwalidzkiej, bo głównie przy niej mieszkają rolnicy. Skolwin robotniczy jest na dole – rolniczy na górze. Przydałby się klub?

Pewnie. Od dziesięciu lat stoi pusty budynek przy Inwalidzkiej. Stoi i niszczeje. Piętrowy, z czerwonej cegły. Przed laty mieszkańcy chcieli w czynie społecznym odremontować, urządzić i otworzyć dom kultury. Niestety, znikąd zgody nie było, a co dopiero aprobaty. Minęły lata. Ubyło okien, drzwi. W czynie społecznym zamiast remontować rozebrano wnętrza. Ale to nie jest największy wstyd Skolwina. Największy jest przy końcu Inwalidzkiej.

A tam akurat stoi sklep. Nowy. Wywalczony. Wszyscy na niego czekali. Doczekali się i… kobiety przeklinają.

Z trudem przedzieram się do środka przez wianuszek mężczyzn bełkoczących, rozchełstanych, rzucających „łaciną”, a nade wszystko dzierżących w dłoniach butelki piwa. W sklepie poczesne miejsce zajmują transportery po piwie. Z faktur i prostego rachunku wynika, że tygodniowo sklep otrzymuje trzy tysiące butelek piwa i 720 butelek śmietany. Gdyby ilości były odwrotne — to Skolwin nie miałby tych kłopotów, jakie ma.

— Rano jest jeszcze gorzej — szepcze kobieta z prawej. — Najważniejsze piwo, wino i spragnieni mężczyźni. Zakupy chleba, mleka muszą czekać.

— Jest zarządzenie, aby piwo sprzedawać po dziesiątej, ale.. — milknie nagle sprzedawczyni

Co jest u licha? Aha. sprawa się wyjaśnia. Gromada pijanych jest już w środku. Wrogie spojrzenia, pogróżki. Wychodzimy.

Gdy wsiadamy do samochodu — ręce dwóch panów dotykają zderzaków. Tym razem byliśmy szybsi.

Skąd są ci mężczyźni? Mieszkańcy mówią, że z dołu, że sezonowi pracownicy od rolników. Tych z osady też nie brakuje. Przychodzą każdego dnia. W soboty i dni wypłat spragniony tłumek rośnie.

— Jak pani jest z urzędu, to niech nam pomoże — prosi kobieta w zielonej chustce. — Jesteśmy małą osadą rolniczą, ciężko pracujemy, wszyscy się znamy, ale o zmroku boimy się wyjść z domów. Nasze stodoły przypominają warowne zamki, mają dodatkowe zamknięcia, przybite dachy, na podwórzach chodzą pospuszczane z łańcuchów psy. Musimy tak robić. Boimy się, aby te pijane dziewczęta i tacy sami mężczyźni nie puścili z dymem naszego mienia.

— Dziewczęta?

— Tak, właśnie one, z Państwowego Młodzieżowego Zakładu Wychowawczego, który jest tu, w Skolwinie przy Kamiennej. Uciekają, w zaroślach koło sklepu urządzają libacje, stąd ściąga tam tylu chłopów. A my dzwonimy na milicję, ale ona rzadko tu zagląda. Ot raz na dwa miesiące. Niedawno dzwoniliśmy o siedemnastej, powiedzieli, że będą o dwudziestej. Nie przyjechali wcale.

W rozmowie z dyrekcją zakładu otrzymuję potwierdzenie tych niepokojących informacji. Zakład funkcjonuje na zasadach domu dziecka, są wolne wyjścia. Najwięcej kłopotów sprawia podobno grupa dziewcząt z Bytomia. Pracownicy twierdzą, że są bezsilni, nie mogą sobie poradzić. Młodzieńcy z okolicy potrafią godzinami wystawać pod zakładem. A jak im się coś nie podoba — tłuką szyby. Wczoraj poleciały trzy. A wiosną wszystkie, za 13 tysięcy złotych.

Szokujące? Bardzo! Jeszcze bardziej — dziwne i niezrozumiałe. Jak to się dzieje, że miasto, które się szczyci spokojem i spadkiem przestępczości nie może sobie poradzić z grupką zdemoralizowanych dziewcząt i pijanych mężczyzn? Dlaczego? Czy dlatego, że to tak daleko od centrum?

Ulicą przejechał ciągnik z przyczepą załadowaną burakami. Za nim następny i jeszcze jeden. Skręciły do gospodarstw. Na jezdni zostały grube ślady błota. Po deszczach trudno na pola dojechać, jeszcze trudniej wyjechać.

Chyba dlatego Zenon Kowalczyk, młody rolnik i młody radny MRN w notesie spraw do załatwienia na pierwszym miejscu wynotował: wysypać drogi polne szlaką hutniczą, poczynić starania o położenie nawierzchni na Bernardyńskiej. W następnej kolejności znalazł się problem opróżniania szamb — zmory skolwinian, sprawa sklepu i porządkowania obejść. Do zrobienia jest sporo.

Rolnicy w Skolwinie chcą przecież mieszkać ładnie, wygodnie. Być może ich domy ustawione są bokiem do Odry, ale to wcale nie znaczy, że chcą być bokiem do Szczecina.

KRYSTYNA POHL

 

Głos Szczeciński, 21 października 1978, nr 241, s. 5