Opublikowane przez w Historia, Miejsca, Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Rolniczy charakter peryferyjnych dzielnic Szczecina zdecydował o tym, że na tych terenach utworzono sołectwa reprezentowane przez sołtysów, przedstawicieli najniższego szczebla administracji państwowej. Takich sołectw jest 11: Glinki, Gumieńce, Jezierzyce, Klęskowo, Krzekowo, Osów, Płonia, Skolwin, Śmierdnica, Warszewo i Wielgowo.

W cyklicznych artykułach będziemy się zajmowali problemami tych dzielnic i ich mieszkańców. Tereny te, mimo że leżą w obrębie granic wielkiego Szczecina, ciągle sprawiają wrażenie bardzo odległych, zapomnianych…

Sołtysi wielkiego Szczecina – Przymiarka do makiety (Warszewo)

Na południowych stokach Wzgórz Warszewskich domki rozsiadły się półkolem. Piętrowe tarasy wysunęły ku słońcu. Stąd tylko krok nad basen i do pobliskiej kawiarni. Za kępą drzew, przy drodze, ciągną się zabudowania. Równiutko, jak pod sznurek. Zajmują większą część terenu przeznaczonego pod zabudowę, w samym środku osady strzelają w górę wysokie, bielutkie wieżowce. Zaraz obok ogromna fontanna otoczona wiankiem pawilonów. Patrzymy z góry

— To przy Duńskiej – centrum handlowe. Sklepy, zakłady usługowe, gastronomiczne. Tam dalej, dwa parkingi wielokondygnacyjne. Raz, dwa, trzy, cztery przedszkola, trzy żłobki, dwie szkoły dziesięciolatki, śliczne kąpielisko…

— Stop! Ręka zawisła w powietrzu. Władysław Korzyński kierownik Działu Planowania Przestrzennego URMS przerwał wyliczanie. Jest trochę zawiedziony. Żyje tym planem. Plan zagospodarowania Warszewa do roku 1990 jest gotowy i co najważniejsze — zatwierdzony. Opracowany z rozmachem, z uwzględnieniem naturalnej konfiguracji terenu, z zachowaniem istniejącej zabudowy i zieleni, cieszy nawet oko laika.

Przerwałam jednak to wyliczanie, którego – przyznaję – dobrze się słuchało, aby znaleźć się w Warszewie dnia dzisiejszego. Jakże różnym od oglądanej makiety. Przedszkole jest jedno, żłobka nie ma, stara szkoła przeszła solidny remont, sklepy można policzyć na palcach jednej ręki. Ośrodka rekreacyjnego nie ma, ale jest ogródek jordanowski dla dzieci, z fontanną i kamiennym słoniem pośrodku. Autobus co kilkanaście minut robi pętlę i ulicą Rostocką pędzi ze Wzgórz Warszewskich do centrum Szczecina. Przy Duńskiej rozciągają się pola i szumią sady. Ani śladu przyszłościowego centrum. Na razie.

Warszewo zmienia się. Jeszcze dwa lata temu sprawiało przygnębiające wrażenie. Domy stare z liszajami po odpadniętym tynku, obejścia brudne trawniki zaniedbane, drogi pełne dziur. Ładnie było tylko na osiedlu. Osiedlem nazywano zabudowę domków jednorodzinnych wybudowanych przez stoczniowców, przez pracowników szczecińskich zakładów. Przed laty gdy powstawała ta zabudowa Warszewo podzieliło się na dwie części: osadę rolniczą i osiedle. Podział pozostał (granicą jest ul. Szwedzka), pozostały drobne antagonizmy. Zupełnie bez sensu.

Sołtys, Janisław Bakiu mówi, że zmiany zaczęły się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zabrano się za remontowanie i elewacje domów. Zaczęło, chyba, MPGM swoje budynki a i prywatni właściciele nie siedzieli z założonymi rękami.

– Czy nie przyjemnie popatrzeć teraz na zabudowania przy Szczecińskiej, Poznańskiej? — pyta i rozglądając się wokół dodaje usprawiedliwiająco:

– Jeszcze nie wszystko jest jak potrzeba. Drogi należy naprawić, gdzieniegdzie ogrodzenie, zieleń i trawniki, chociaż Przedsiębiorstwo Zieleni Miejskiej i tak już dużo tutaj zrobiło.

Sołtys, prowadzi na Jantarową pokazać, jak zaczyna się realizować to co widział na makiecie w Urzędzie Miejskim. A przy Jantarowej stoczniowcy z „Gryfii” wznoszą piękne, piętrowe domki. Kilka ulic dalej w budynkach starych, trwają remonty na całego. A to spadziste dachy prostują, okna powiększają, a to tarasy i dobudówki robią. Na osiedlu jest boisko, budka telefoniczna, kiosk „Ruchu” i nowy duży sklep spożywczo – przemysłowy.

Dwa przystanki stąd (ponad półtora kilometra) zaczyna się zabudowa osady rolniczej, do niej przylegają ogrody i pola. Kiosk „Ruchu” od miesięcy zamknięty na głucho, w kiosku spożywczym prowadzonym przez Handlową Spółdzielnię Inwalidów trwa remont. Przez cały tydzień łącznie z niedzielami czynny jest nieduży sklep przy ul. Szczecińskiej.

— Nikt nie pomyślał, że tu mieszkają rolnicy — skarży się zastępczyni sołtysa, Eleonora Szymkowiak.

— Jak nie żniwa, to wykopki, zawsze jest robota w polu. Nie ma zbyt wiele czasu na siedzenie w kuchni i pitraszenie. A w sklepie ani garmażerki nie uświadczysz ani drobiu, czy przetworów. Nie zliczę na ilu zebraniach i spotkaniach myśmy to poruszali i bez zmian.

Robi się szaro. Krowy wracają z łąki pobrzękując łańcuchami. Z kominów snują się siwe dymy. Czasem pies uwiązany zaszczeka. Typowa wioska. Aż nie do wiary, że po kilku minutach jazdy można się znaleźć w tętniącym wielkomiejskim życiem centrum Szczecina.

Zimą jest w Warszewie jeszcze bardziej cicho, jeszcze bardziej pusto. Kiedyś był tu klub rolnika, teraz są magazyny, miała być otwarta restauracja, klub książki i prasy, skończyło się na obietnicach. Funkcjonuje za to „Cafe-Carmen”, ale co z tego, skoro jest zamknięta hermetycznie dla miejscowych a otwarta szeroko dla przyjezdnych. Po prostu ludzi z Warszewa tu się nie wpuszcza. (!?)

Sołtys spojrzał na zachmurzone niebo i powziął decyzję. Nie ma rady, będzie siał ręcznie. Dłużej nie ma co czekać, ziemia i tak nie przeschnie aby można wjechać siewnikiem. Ziemniaki też trzeba będzie kopać ręcznie.

Kilkudziesięciu warszewskich rolników ma podobne problemy. Gospodarstwa są tu duże tradycyjne, tylko niewielu poszło na specjalizację. Są fermy drobiu, trzody chlewnej, ogrodnictwo i sadownictwo. Mimo bliskości miasta rolnictwo na tych terenach nie upadło. Często martwił się o to sołtys, teraz zmartwienia są bardziej aktualne, bo kto wie jak się wszystko zmieni, gdy pod nosem będzie budownictwo, wielka płyta i wielkomiejski blichtr.

— Na pewno rozwinie się specjalizacja, dostosowana do nowych potrzeb – pociesza się sołtys. – Bo przecież nikt nie zostawi odłogiem tak dobrej ziemi i nie zapatrzy się w wielki przemysł.

Rolnictwo ma w Warszewie wieloletnie tradycje. Część starej gwardii rolniczej się wykruszyła, za uprawę ziemi wzięły się ich dzieci. Ludzie bardzo się zżyli, Janisław Bakin podkreśla, że to jest bardzo ważne aby jeden drugiemu tak normalnie, po sąsiedzku, pomógł, pożyczył narzędzia, maszyny rolnicze. Nie zawsze jednak jest tak sielsko. Młodzi czasem sprawiają wiele kłopotu.

— Gdyby tu był klub, działała prężnie organizacja młodzieżowa, toby i młodzież miała zajęcie, toby się mogła wyżyć w czymś dobrym, pożytecznym — wtrąca zapalczywie Szymkowiakowa. – Ale organizacje młodzieżowe preferują duże zakłady, centrum miasta a oddalone osady i osiedla pozostają w cieniu ich działalności. Warszewo wcale nie jest wyjątkiem — zapewnia.

Idziemy z Bakinem przez osadę. Według jego słów przed odjazdem muszę jeszcze coś zobaczyć. Sołtys cieszy się powszechnym szacunkiem. Zna wszystkich, wszyscy jego. Mieszka tu 33 lata, a przez 18 para się sołtysowaniem. Po drodze wylicza co się tutaj zrobi w najbliższym czasie. Jak tylko skończą kłaść rurociąg gazowy poprawione będą chodniki i kawałek drogi, w przyszłym roku powstaną kolejne nowe elewacje. Ale najszybciej trzeba będzie zdopingować WPKM do naprawy przystanku, aby woda nie chlupała, no i załatwić coś z tym kioskiem „Ruchu”.

Za enklawą domków jednorodzinnych ulica Dzierżonia kończy się nagle panoramą Szczecina. Widok piękny. Gdy się to wzgórze przymierzy do makiety, to wyjdzie, że za kilkanaście lat miasto będzie tuż za miedzą.

KRYSTYNA POHL

Głos Szczeciński, 6 października 1978, nr 229, s. 5