Opublikowane przez w Historia, Miejsca, Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Rolniczy charakter peryferyjnych dzielnic Szczecina zdecydował o tym, że na tych terenach utworzono sołectwa reprezentowane przez sołtysów, przedstawicieli najniższego szczebla administracji państwowej. Takich sołectw jest 11: Glinki, Gumieńce, Jezierzyce, Klęskowo, Krzekowo, Osów, Płonia, Skolwin, Śmierdnica, Warszewo i Wielgowo.

W cyklicznych artykułach będziemy się zajmowali problemami tych dzielnic i ich mieszkańców. Tereny te, mimo że leżą w obrębie granic wielkiego Szczecina, ciągle sprawiają wrażenie bardzo odległych, zapomnianych…

Sołtysi wielkiego Szczecina – Śmierdnica

Granicy nie widać. Kończą się zabudowania Płoni, zaczynają Śmierdnicy. Domy frontem zwrócone do E-14. Przed domami rabatki. Z okien mknącego samochodu robi to wrażenie porządku, schludności. Przechodzień dostrzega więcej. W pewnym miejscu do szosy dotyka zupełnie nie ogrodzony, głęboki basen przeciwpożarowy. Podobno kiedyś wpadł tam samochód, a niedługo potem utonęło cielę. Wody nie widać, pokrywa ją rzęsa, zielona jak trawa, obok. Przed nowiutkim samem — rozlewisko kałuż, dalej koleiny błota. Radny, Piotr Baciuk, mówi, że to wielki wstyd dla Śmierdnicy, bo tam powinien być asfalt, albo kostka chodnikowa, parking i kamienne donice z kwiatami.

W końcu są przy drodze międzynarodowej E-14, no i należą do Szczecina. A to zobowiązuje. Ze sklepu wszyscy są zadowoleni, chociaż jego budowa wisiała na włosku. Mieszkańcy nie dali za wygraną. Dla gospody „Pod Lipami” i kina „Stokrotka” przysłowiowy włosek okazał się za kruchy. Nie istnieją. Pod koronami ogromnych lip stoi budynek, w którym czas, woda i wilgoć dokonują dalszej dewastacji. Gospoda nie wytrzymała wymogów Sanepidu, trzeba było ją zamknąć. Budynek przez trzy lata pozostawiony na pastwę losu stał się ruiną. W podobnym stanie jest dom z czerwonej cegły mieszczący kiedyś kino. Kino „upadło” finansowo z braku frekwencji. Sołtys, Jan Mnich wcale się temu nie dziwi:

— Komu tu potrzebne kino, jak u każdego w domu jest telewizor? Guzik naciśnie i ma kino w domu. Kto tam będzie po ciemku chodził po osadzie i marznął w zimnej sali, skoro w domu ma wygody?

Na chwilę przestało padać. Ołowiane chmury z zawrotną szybkością przemieszczają się za horyzont. Zofia Malikowa wyskoczyła do ogrodu. Szybko pozbierała strącone wiatrem śliwki i jabłka. Jutro natnie kapusty, nakopie marchwi, buraków i na wózeczku powiezie do Płoni. Tam sprzeda wszystko. Po co ma się marnować? Dla śmierdniczan Płonia to prawie miasto. Dużo rodzin robotniczych. Kupią chętnie świeże warzywa i owoce.

Sołtys się zamyślił i trochę zmarkotniał:

— Kiedyś — zaczął — jeszcze parę lat temu, w Śmierdnicy można było u gospodarzy kupić masło, śmietanę, jaja a nawet ser. Kiedyś było tu ponad 100 prawdziwych rolników, a teraz jest kilkunastu. Większość z typowego rolnictwa przerzuciła się na ogrodnictwo, warzywnictwo, uprawy truskawek.

Sołtys Mnich wyjmuje specjalny zeszyt i od razu widać czarno na białym, jak to się w Śmierdnicy zmniejsza ilość prywatnych gruntów rolnych, bo starzy rolnicy przekazują ziemię państwu, widać jak maleje ilość koni, bydła, trzody chlewnej.

— Wszystko jest jasne — powiada sołtys — starzy nie dają rady prowadzić gospodarki, a młodzi do rolnictwa się nie garną. Owszem w żniwa i wykopki pomagają, ale na tym się kończy. A szkoda, że się tu bydła nie chowa, tyle dobrej trawy wokół się marnuje. Może byłoby inaczej gdyby zlewnia mleka była na miejscu?

80-letni Jan Mnich (najstarszy ze szczecińskich sołtysów) polubił kilkuletnie sołtysowanie. Zastanawia się tylko czy jego następca będzie miał jeszcze coś do roboty w Śmierdnicy. Płonne to są obawy, bo te ziemie, mimo że nie najlepsze długo jeszcze będą rolniczo-ogrodniczym zapleczem wielkiego Szczecina.

Mnich zjechał na Szczecińską Ziemię w 1946 roku i przez długie lata był leśnikiem w Nadleśnictwie Rozdoły, które swoją siedzibę miało właśnie w Śmierdnicy. Praca była ciężka, zdrowie szwankowało i zostawił lasy.

— A gdzie tam zostawił — odzywa się żona z kuchni — na całe dnie potrafi z flintą zniknąć w lesie…

— Ale to już nie obowiązek, a tylko przyjemność — dodaje Mnich po chwili.

Z taką samą przyjemnością oprowadzi mnie teraz po Śmierdnicy. Może tu jeszcze nie wszędzie jest jak być powinno, ale i tak w ciągu ostatnich dwóch—trzech lat wiele się zmieniło na korzyść.

— Zaglądnęła tu kiedyś Miejska Służba Porządkowa — opowiada — pochodzili, pooglądali. Posypały się wysokie mandaty i poskutkowało. Chociaż to wcale niełatwo utrzymać tutaj porządek. Ze słomą ktoś przejedzie, albo zielsko pogubi, krowy przejdą i bałagan gotowy. Ale jednak niektórzy gospodarze domy poodnawiali, płoty naprawili i jakoś to wszystko wygląda.

Ano wygląda. Na wypielęgnowany domek, otoczony szpalerem róż przy ul. Nauczycielskiej 47 przyjemnie popatrzeć. Opodal przy tej samej ulicy pod nr 27 stoi waląca się rudera, obok prześwitują dziurami stodoły, ze starej remizy strażackiej ubywa dachówek i cegieł, płoty z nowej siatki graniczą ze szpalerem zielska.

Sołtys mówi o spuściźnie po Gryfinie, zresztą usłyszę o niej jeszcze z niejednych ust, mówi o braku gospodarza, zainteresowania. Teraz każdy liczy, że w obrębie granic miasta Szczecina wszystko zmieni się na lepsze, wszystko się odwróci. Nie o wielką płytę tu chodzi, beton, szkło, ale o stworzenie takich warunków i pomocy, aby nikt nie mówił o niechlubnych spadkach, nie wytykał palcem, nie rumienił się.

Zarumieniłam się jednak, gdy przekroczyłam próg szkoły, długiego baraku z czerwonej cegły pełniącego rolę szkoły. Cztery nędzne izby, piąta wynajmowana w prywatnym domu gospodarza, są klasami dla 164 uczniów. Podłoga z dziurami, dach przecieka. Brudno, obskurnie. Warunki nader prymitywne. Zakrawają, na ironię w zestawieniu z rozmachem założeń programu dziesięciolatki.

Jak i gdzie go tu realizować? Zarumieniłam się za niefrasobliwość Wydziału Oświaty i Wychowania UM, za krótkowzroczność Miejskiego Zespołu Ekonomiczno-Administracyjnego Szkół. Odległość 20 kilometrów od centrum sprawiła, że problemy szkoły podstawowej nr 29 znalazły się jakby za zasłoną dymną. Nic nie widać. Numeru telefonicznego tej szkoły nie ma nawet w książce telefonicznej. 164 uczniów nie otrzymuje szklanki czegoś ciepłego do picia, nie mówiąc o posiłku. Jest to jedyna ze szczecińskich szkół nie prowadząca dożywiania. A dzieci są nie tylko ze Śmierdnicy, przychodzą z odległych Jezierzyc, z Osówka. W słotę, skwar, mróz.

Nowa szkoła? Owszem jest przewidziana, ale jej budowa rozpocznie się po roku 1980. I jak każda budowa potrwa zapewne kilka lat. Czy przez te lata uczniowie nadal będą się uczyć w ruderze?

Sześciolatki mają trochę lepiej: udostępniono im pomieszczenia Klubu Książki i Prasy (obecnie remontowane, jakby nie można było tych prac przeprowadzić w czasie wakacji?), dostają nawet ciepłe mleko z bułeczką przygotowane przez rodziców.

Śmierdnica ma jeszcze jeden klub, nową, nawet ładną świetlicę Ochotniczej Straży Pożarnej, wybudowaną w ubiegłym roku. Ale co z tego skoro jest to właściwie budowa nie skończona. Nie ma ogrzewania, zimno jak w psiarni, nie doprowadzono wody, kanalizacji. Czasem są tam zebrania i sobotnie potańcówki.

Sołtys zagląda mi przez ramię i mówi, że czas najwyższy, abym wreszcie napisała o Śmierdnicy coś dobrego. Ot, choćby o tym jak tu się doskonale rozwinęło drobiarstwo, jak jedna za drugą powstają kurze fermy, a przy nich okazałe domy. Ot chociażby o dobrych rolnikach, bo przecież tacy tu też są, na przykład o ojcu i synie Misztalach, o Władysławie Kosmanie, Józefie Dąbku, Janie Czarnieckim, Piotrze Buciaku, który jest także radnym MRN.

Piotra Buciaka zastaję przy obrządku, ale chętnie przerywa pracę, prosi do domu. Gospodaruje na 9 hektarach i w tym roku odstawił już 150 kwintali zboża. Radnym jest czwartą kadencję i jak sięgnie pamięcią to zawsze najważniejszą sprawą były: budowa szkoły, sklepu i troska o ziemię, aby nie leżała odłogiem. A bywało, że w ubiegłych latach nawet po kilkanaście hektarów pozostawało nie uprawianych.

W tym roku wszystko zaorano, wszystko obsiano, a najważniejsze, że zboże szybko zebrano. Buciak jest także prezesem kółka rolniczego w Śmierdnicy i ogromnie mu zależy na tym, aby jednak tutaj nie zaprzepaścić tego rolnictwa, aby zachęcić młodych do gospodarki. Narzeka, że niektórym przez te miejskie granice wszystko się pomieszało. Miasto miastem, a rolnictwo — rolnictwem. Akurat tu na obrzeżu wielkiej aglomeracji jedno drugiemu nie przeszkadza. A jeszcze profity są: komunikacja miejska, światło na ulicach, zaopatrzenie lepsze. Tylko z tym chlebem skaranie boskie. Piekarnia w Starym Czarnowie wyspecjalizowała się w chlebie-glinie, nie dopieczonym, niekiedy wręcz surowym. Prośby, monity nie pomagają.

Na przystanku autobusowym 12-latek tłumaczy koledze z Płoni:

— Stary, nie Śmierdnica, a Smerdnica. Mów prawidłowo. Nazwa nie pochodzi od śmierdzenia, a od nazwiska pisarza Smerda, który tu mieszkał — peroruje zapalczywie.

Ogarnęły mnie wątpliwości. Sprawdziłam na planach miasta, w przewodnikach — wszędzie widnieje Śmierdnica. Pisarza o takim nazwisku nigdzie nie znalazłam. Z pomocą przyszedł mi wybitny znawca Ziemi Szczecińskiej, autor licznych przewodników i monografii, dr Czesław Piskorski:

— Bezsprzecznie prawidłową nazwą dzielnicy jest Śmierdnica. Może to się nie podobać, ale nazwa jednak pochodzi od śmierdzenia. W starych przekazach historycznych można znaleźć zapiski mówiące o ścierwie germańskim, które leżało i śmierdziało po zwycięskiej bitwie stoczonej przez wojska Bolesława Krzywoustego w 1121 roku.

— A smerd to starosłowiańska nazwa bogatego chłopa, kułaka, na tyle bogatego, że miał obowiązek odbycia służby wojskowej.

Wyjaśniliśmy sprawę nazwy, wyjaśnijmy sprawę przyszłości Śmierdnicy. Tym razem Władysław Korzyński kierownik działu planowania przestrzennego DRMS z przykrością rozłożył ręce i poinformował, że szczegółowy plan przyszłościowego zagospodarowania osady nie został jeszcze opracowany. Ma być dopiero w przyszłym roku. A z planu ogólnego wynika to, co jest. Ale nawet bez planu doskonale wiadomo, czego najbardziej śmierdniczanom potrzeba do szczęścia.

KRYSTYNA POHL

 

Głos Szczeciński, 16.września 1978, nr 212, s. 5