Opublikowane przez w Historia, Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże, Publicystyka.

Pełnomocnik Rządu wraz ze swoim kierowcą mieszkali przy ulicy Przerwy-Tetmajera. Podczas wykonywania zajęć służbowych Aleksander Płaksiwy miał okazję… wypić wódkę z premierem Polski. W marcu 1949 roku wyjechał z Leonardem Borkowiczem do Czechosłowacji, gdy ten ostatni złożył urząd wojewody, aby zostać ambasadorem…

Pierwsze dwie odsłony artykułu dostępne są pod tymi adresami:

W dniu 11 lutego 1946 roku Aleksander Płaksiwy przyjechał z wojewodą Leonardem Borkowiczem do Szczecina. Cadillakiem. Zabrali z sobą też BMW. Urząd Wojewódzki był już przeniesiony do budynku na Jasnych Błoniach. Dopiero później urzędowali na Wałach Chrobrego.

W Szczecinie wojewoda Borkowicz zamieszkał w piętrowej willi przy ul. Tetmajera 7, a Płaksiwy w domku naprzeciwko, pod numerem 3. Sprowadził z Łodzi rodzinę, żonę i dwóch synów. W ten sposób został szczecinianinem. Stabilizacja zapowiadała się również w życiu wojewody Borkowicza. Tu w 1946 roku, w willi przy ul. Tetmajera 7, urodził się jego syn Piotr. Ten dom był zawsze pełen ludzi. Borkowicz przyjmował u siebie wszystkich gości, którzy przyjeżdżali z Warszawy. Był tu Bierut, Gomułka, Cyrankiewicz, tu odwiedzali go pisarze Andrzejewski, Gałczyński. Spośród ważniejszych pasażerów, których woził w Szczecinie, obok Bieruta, Gomułki i Cyrankiewicza, pan Aleksander wymienia jeszcze Stanisława Mikołajczyka:

Dwie szklanki z premierem

– Podczas uroczystości „Trzymamy Straż nad Odrą”, w kwietniu 1946 roku, to był Bierut, Osóbka-Morawski, Żymierski, ale wszyscy wznosili okrzyki na cześć Mikołajczyka. Na Jasne Błonia Borkowicz jechał z Bierutem, a ja wiozłem Mikołajczyka. Ledwie tam dojechałem, tak ludzie samochód mi obstąpili. Na zakręcie to chyba dziesięciu z samochodu zrzuciłem. Jak były Dni Morza w 1948 roku, to znowu Cyrankiewicza woziłem. Po defiladzie i uroczystościach na Wałach Chrobrego, Borkowicz przyjmował u siebie w willi Bieruta, a mnie powiedział, żebym był do dyspozycji Cyrankiewicza.

Premier chciał, żeby go zawieźć do Przetacznika, sekretarza PPS-u, tu niedaleko, na Prusa. To ja go zawiozłem i czekam. Aż w końcu przypomnieli sobie, że mają szofera i mnie do siebie zabrali. Wypiłem szklankę, czy dwie, schodzę do samochodu, a ja się przewracam. Jak trzymam kierownicę, to jestem w porządku. Posiedziałem trochę i w końcu pojechałem do domu. Stawiam samochód w garażu, a stary mnie woła: „– Gdzie pan był, panie Aleksandrze? Pięć razy przejeżdżał pan ulicą Tetmajera i nie mógł pan trafić do domu? Przecież pan jest pijany”. „– Tak, bo mi dwie szklanki wódki premier dał”. „– Niech pan idzie spać” – powiedział – „i sprawa załatwiona”.

Dopiero następnego dnia stary dał mi w skórę. Miał pretensję, że piłem i nie mogłem trafić do domu. Ale ja byłem uparty i mówię jak w końcu było naprawdę: „– Panie wojewodo, pan Przetacznik z premierem, nie wiem czy pięć, ale parę razy kazali się wozić z Prusa na Kochanowskiego, do wojewody Kaniewskiego. A ja specjalnie tą ulicą jeździłem, żeby pan widział, że jestem i jeszcze żyję”.

Śmiał się. Był sprawiedliwy i uczynny. Kiedyś przyjeżdżamy z Urzędu Wojewódzkiego na obiad, a moja żona krzyczy z balkonu, że dziecko zachorowało. To Borkowicz mnie pchnął do domu, a sam pojechał po lekarza. Akurat nie było nic groźnego. Chłopak jadł ciepłego pączka i zakrztusił się. Wziąłem tego smarkacza za nogi, potrząsnąłem, i jak stary przyjechał z lekarzem, to już było po wszystkim. Wojewoda Borkowicz nigdy nie dał mi odczuć, że on jest ważnym wojewodą, a ja tylko zwykłym kierowcą.

Paryż – Praga – Mazury – Gdańsk

W lecie 1948 roku Leonard Biorkowicz był na urlopie w Paryżu, u ambasadora Jerzego Putramenta. W drodze powrotnej zatrzymał się na kilka dni u ambasadora Józefa Olszowskiego w Pradze. Stamtąd wysłał list do swojego kierowcy.

Drogi Panie Aleksandrze!
Proszę uprzejmie przygotować Chevroleta i BMW i dnia 24 albo 25 lipca być obu wozami we Wrocławiu. Z Wrocławia Michalskiego, który przywiezie BMW, odeślemy do Szczecina, a sami dwoma samochodami pojedziemy dalej. Dlatego proszę zabrać dostateczną ilość benzyny i talony. We Wrocławiu proszę zgłosić się u wojewody Piaskowskiego i ja Pana już w ten sposób odnajdę.
Serdeczne pozdrowienia
L. Borkowicz
Praga, 21 VII 48 r.

Pan Aleksander, jak zwykle, polecenie szefa wykonał precyzyjnie. We Wrocławiu okazało się, że z Borkowiczem jest Putrament i jego żona. Jak nie trudno się domyślić, celem dalszej podróży były Mazury. Borkowicz prowadził Chevroleta, a Płaksiwy BMW. Po drodze do towarzystwa dołączył jeszcze minister Sokorski. Mazury to była końcówka pierwszego po wojnie urlopu wojewody Borkowicza. Po kilku dniach przez Gdańsk wrócił do Szczecina, a Putramenta i Sokorskiego, jak powiada pan Aleksander, „odesłał” do Międzyzdrojów.

Kierunek – Czechosłowacja

W marcu 1949 roku Leonard Borkowicz, w związku z mianowaniem go ambasadorem w Czechosłowacji, złożył urząd wojewody. Do dziś nikt nie wie, czy tego chciał, czy zadecydowano za niego. W każdym razie Aleksander Płaksiwy twierdzi, że do Pragi jechał tylko na rok: – Tak było ustalone. On w Czechosłowacji miał wymienić Józefa Olszewskiego, który musiał wrócić do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Po nim przyszedł Wiktor Grosz. W Pradze byliśmy rok i trzy tygodnie.

Do Czechosłowacji Borkowicz pojechał z żoną i dzieckiem wcześniej, a ja jechałem taką salonką. Zabrałem stąd, z Tetmajera, jego meble i parę skrzyń z książkami. Bo to był mól książkowy, panie. Z powrotem, z Pragi to już chyba wiozłem dwanaście skrzyń książek. Jak tylko dostał pieniądze, to już był na Vaclawskim Namesti w księgarni. On czytał panie, interesujące książki, po niemiecku również. Bardzo lubił chodzić na filmy. To były takie zamknięte pokazy dla dyplomatów: „– Panie Aleksandrze” – mówił – „idziemy do kina, dzisiaj będą trzy trupy”.

Lubił kryminały. Brałem samochód, pod kinem stawiało się go w takim podziemnym garażu i szliśmy oglądać film. Bez niczego, bez biletu. Na przyjęciu to już człowiek na boku stał. Ale jak jechaliśmy na przyjęcie, to pod Amerykanem czy Anglikiem, ja nigdy nie stałem: „– Niech pan jedzie do domu” – mówił – „i za godzinę wróci”. Nieraz kierowcy wołają, żebym poszedł do nich: „– Polsko, Polsko”. A „Polsko” sobie siedzi w domu i za godzinę podjeżdża, stary wychodzi i sprawa załatwiona. Jak powiedziałem, rok i trzy tygodnie tam byliśmy. Ja nawet miałem tam zostać. Borkowicz mówi: „– Panie Aleksandrze, jak pan chce, to ja panu to załatwię”. Przyboś chciał żebym z nim do Szwajcarii pojechał. Ale ja powiedziałem, że palaczem, ogrodnikiem i kierowcą nie będę. Bo tak pani Przybosiowa sobie zażądała.

„Ja się na tym nie znam”

Jak przyjechaliśmy z Czechosłowacji, to Borkowicz został dyrektorem departamentu w Ministerstwie Komunikacji. Ja też miałem iść do tego Ministerstwa, do Rabanowskiego, miałem już prawie kontrakt podpisany, ale zrezygnowałem. Wróciłem do Szczecina. A Borkowcza później dali na dyrektora Huty Warszawa. On mi powiedział: „– Panie Aleksandrze, przecież to nie jest dla mnie posada. Ja się na tym kompletnie nie znam. Przyszedł do mnie taki inżynier, mówi, i kręci siedmiokolorowym ołówkiem. »- Panie inżynierze« – mówi Borkowicz – »niech pan siada na moje miejsce, bo ja się na tym nie znam«”.

Był tam krótko. Później zachorował. Miał operację żołądka, zaczął też głuchnąć. Na koniec Borkowicz był już zupełnie głuchy. Jego syn, który był elektronikiem i wyjechał do Kanady po naukę, to zrobił ojcu taki aparat, że ten wszystko słyszał, panie. Nauczył też psa, jak dzwonił telefon, to pies leciał do niego i prowadził go do telefonu. Jak był dzwonek do drzwi, to pies leciał do drzwi.

Ciąg dalszy nastąpi (za tydzień)…

Artykuł “Kierowca Pełnomocnika Rządu” jest fragmentem nieopublikowanej książki Andrzeja Androchowicza “Poza kadrem”. Redakcja Portalu Miłośników Dawnego Szczecina sedina.pl przeredagowała powyższy tekst, m.in. wstawiając śródtytuły i dzieląc całość na poszczególne akapity.