Opublikowane przez w Historia, Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże, Publicystyka.

Aleksander Płaksiwy został kierowcą Borkowicza w miejsce radzieckiego żołnierza – sierżanta Gawieli. Wojewoda nie pozwalał jeździć swojemu podopiecznemu w godzinach nocnych. Sam Pełnomocnik Rządu również nie stronił od prowadzenia samochodu – „jeździł często, nawet na długie trasy”.

Pierwsza część niniejszego artykułu dostępna jest pod tym adresem.

[…] Po powrocie do Warszawy, trzy samochody przekazali do dyspozycji Ministerstwa, a dla siebie zatrzymali Mercdesa. Współpraca Płaksiwego z dyr. Krochmalskim zapowiadała się więc atrakcyjnie. Niestety, wyżsi rangą urzędnicy ministerstwa zabrali im tego Mercedesa i pan Aleksander musiał przesiąść się na małego Opla. Tym Opelkiem w lipcu 1945 roku Aleksander Płaksiwy pojechał, oczywiście z dyr. Krochmalskim, w delegację do Koszalina. Tu, od końca maja urzędował już ppłk Leonard Borkowicz, Pełnomocnik Rządu Tymczasowego R.P na Okręg Nr 3 Pomorze Zachodnie. Ten przydługi tytuł dla współpracowników Borkowicza oznaczał, że jest po prostu wojewodą. I tak do niego zwracali się. Adiutantem wojewody był por. Witold Daniłłowicz, a kierowcą żołnierz radziecki, sierżant Gawiela.

– Jak przyjechaliśmy do Koszalina, akurat tego Gawielę zwalniali do cywila. On pochodził z Moskwy i wojewoda obiecał mu, że wyśle go do Moskwy samolotem, ale musi znaleźć zastępcę. I sierżant Gawiela, z tym adiutantem, mnie sobie upatrzyli. Powiedziałem, dajcie mi spokój, ja przyjechałem w delegacji, jestem zaangażowany w Ministerstwie Aprowizacji i nie ma mowy, sprawa załatwiona. Ale Gawiela przez cały tydzień, jak tam byłem, nie dawał mi spokoju, chodził za mną, prosił – Aleksander, Aleksander pomyśl tylko, pułkownik mnie do Moskwy samolotem odeśle… Znudziło mi się to wreszcie i powiedziałem – a leć sobie do tej Moskwy.

„Teren prawie pod Gdańsk”

W ten sposób Aleksander Płaksiwy został kierowcą pułkownika Leonarda Borkowicza, pierwszego wojewody szczecińskiego. Znalazł się u boku człowieka wielkiego formatu, człowieka o niekonwencjonalnym sposobie bycia i działania. Z pozoru srogi, w rzeczywistości był człowiekiem bezpośrednim, niezwykle uczynnym, wrażliwym na ludzką krzywdę i delikatnym. Wymagał od ludzi, ale też troszczył się o nich. Najwięcej jednak wymagał od siebie.

– Borkowicz nigdy się nie oszczędzał, zawsze w ruchu, wśród ludzi w rozjazdach. Nie było tygodnia żebyśmy nie jechali do Warszawy. Czasami dwa, trzy razy. Najczęściej jeździliśmy do Ministerstwa Ziem Odzyskanych, do Gomułki, po pieniądze. Jak przyjeżdżaliśmy Borkowicz mówił: panie Aleksandrze niech pan czeka cierpliwie, to może potrwać długo, ale ja stamtąd nie wyjdę dopóki nie załatwię pieniędzy na wasze pobory, później pojedziemy na obiad. Bywaliśmy też w Ministerstwie Aprowizacji, w Ministerstwie Administracji Publicznej i u wiceministra spraw zagranicznych Józefa Olszewskiego. Oczywiście musowo u Bieruta i Cyrankiewicza.

Ale przede wszystkim musieliśmy jeździć po województwie na zebrania, narady, spotkania. A to był teren panie, od Gorzowa do Szczecina, aż prawie pod Gdańsk. Często jeździliśmy nocami. Jak wiadomo, czasy nie były bezpieczne. Po drogach grasowały różne bandy, maruderzy z jednostek radzieckich. No, ale myśmy mieli obstawę swoich żołnierzy, nie od Kotowskiego z bezpieki, czterech żołnierzy i sierżanta. Razem zajmowaliśmy willę. Obok willi Borkowicza na Gdańskiej w Koszalinie, w pobliżu Urzędu Wojewódzkiego. W podróż braliśmy zawsze jednego żołnierza z pepeszą. Jechał też adiutant wojewody por. Daniłłowicz, z pistoletem ma się rozumieć. Stary i ja, też mieliśmy pistolety, tak że nie było źle. Ale mnie samemu nigdy nie pozwalał jeździć w nocy.

Raz pojechałem po niego do Szczecina w nocy, to mnie zbeształ jak smarkacza: „– Panie Aleksandrze, ja panu zabroniłem jeździć w nocy, niech pan tego więcej nie robi, to się mogło źle skończyć, przecież pan widzi co się na drogach dzieje”. Bardzo się troszczył i dbał o mnie. Nigdy nie byłem głodny i nigdy bez potrzeby nie czekałem w samochodzie. Jak zajeżdżaliśmy gdzieś do starostwa, to pamiętał żeby mi dali obiad. Pamiętam, to było w Słupsku czy gdzieś. W starostwie, w stołówce był na obiad kapuśniak. Wszyscy urzędnicy już jedli. Wchodzi wojewoda i jak zobaczył, że mnie przy stole nie ma, to tak obrobił starostę, że ten skakał koło mnie, że panie …

Trzy zdania = dwie godziny

Jak była okazja, zawsze mnie ze sobą zabierał na obiad. W Wałczu to zawsze wstępowaliśmy do takiej porządnej restauracji, którą prowadził pan Socha. Wcześniej on miał knajpę w Szczecinie na rogu Śląskiej i Ledóchowskiego. On zawsze organizował bankiety w Urzędzie Wojewódzkim. Jak Borkowicz przejeżdżał przez Wałcz, to musiał obowiązkowo zjeść obiad u pana Sochy i sprawa załatwiona. A Socha mówił: „– Panie ja takiego człowieka jak wojewoda w życiu nie widziałem”.

Jak jechaliśmy w teren, na zebranie, to Borkowicz miał zeszyt i tam były zapisane trzy zdania, takie podpunkty tylko, a on potrafił mówić dwie godziny. Skąd u niego się to brało panie, skąd? I mówił prawdę. Ja często siedziałem na tych zebraniach i słuchałem go. Po nim to już nikt nie miał nic do gadania. Ci sekretarze, czterech ich było, od PPR-u, PPS-u, PSL-u i jeszcze demokraci, to chodzili koło niego jak koło jajka. Borkowicz przyciągał do siebie ludzi, miał wielki autorytet, był uważany. Ludzie go lubili.

W Połczynie Zdroju mieszkała matka Borkowicza i on tam często dojeżdżał na wypoczynek. Razem tam sobie wypoczywaliśmy. Borkowicz mieszkał w jednej willi, a obstawa, czterech żołnierzy, sierżant i ja w drugiej. Kiedyś przyjechałem z Borkowiczem na obiad. I przyszedł burmistrz Połczyna. Żołnierzowi, który stał przed willą na posterunku, powiedział żeby go zameldował. Stary wychodzi na ganek:
„– A pan co?”
A burmistrz stanął na baczność i mówi:
„ – Będąc w puszczy, nie wpaść w paszczę lwa? Melduje się Benedykt Polak, burmistrz miasta Połczyna”.

Pamiętam to jak dzisiaj. Borkowicz zaprosił go do siebie, pogadali i proszę sobie wyobrazić, że za kilka dni od burmistrza Benedykta Polaka dostałem Mercedesa 230. On miał koło zapasowe z boku, przykręcone na śruby. Kiedyś śruba się odkręciła i koło uciekło mi w pole, gdzieś w trawie zginęło.

„Dajcie samochód wojewodzie”

W Koszalinie miałem kilka samochodów, Chevroletę, Cadillaca, BMW, no i tego Mercedesa. Najlepiej jeździło się nam małym BMW. Jak ktoś przyjeżdżał z Warszawy i chciał jechać w teren, to się brało Cadillaca. Kiedyś wiozłem jakiegoś wicepremiera ze Szczecina do Koszalina. Premier jechał dalej do Gdańska, a Borkowicz musiał wracać. Ponieważ ten Cadillac był już wyrobiony, pojechałem do warsztatu, do znajomego. Janicki się nazywał, żeby go obejrzał. Na podwórku wjechałem w taki dołek, zabezpieczenie tulei pękło i koło się położyło. Trzeba było toczyć tuleję. A Borkowicz zaraz musiał wracać do Szczecina.

Jak się dowiedział, że wóz się rozkraczył, przyleciał, zbeształ mnie:
„– Jak pan mógł taki samochód w podróż brać?”.
„– Czy ja jestem winien, panie wojewodo, to jest marka Cadillac, ośmiocylindrowy, panie”.
„– Ale ja muszę dostać się do Szczecina”.
„– Niech pan się nie martwi, załatwię”.
Poleciałem do znajomych, do spółki samochodowej i mówię:
„– Dajcie samochód wojewodzie”.

Dostałem Chevroletę odkrytą, taką zwykłą śmieciarę, jak się to mówiło. Borkowicz wsiadł i sam pojechał do Szczecina. On jeździł samochodem często, nawet na długie trasy. Jak trzeba było jechać w dwa samochody, to jeden on zawsze prowadził. Był dobrym kierowcą. Spostrzegawczy był jak diabli…

Ciąg dalszy nastąpi (za tydzień)…

Artykuł “Kierowca Pełnomocnika Rządu” jest fragmentem nieopublikowanej książki Andrzeja Androchowicza “Poza kadrem”. Redakcja Portalu Miłośników Dawnego Szczecina sedina.pl przeredagowała powyższy tekst, m.in. wstawiając śródtytuły i dzieląc całość na poszczególne akapity.