Opublikowane przez w Historia, Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże, Publicystyka.

Leonard Borkowicz poznał swojego przyszłego kierowcę w Katowicach. Na Śląsk Aleksander Płaksiwy, bo o nim mowa, pojechał po wojnie  „na zabezpieczanie magazynów z aprowizacją”. Wcześniej pracował w wielu miejscach, m.in. w Urzędzie Celnym w Łodzi.

Drogi Panie Aleksandrze, drodzy Państwo,
bardzo mnie wzruszył Pański, Panie Aleksandrze, telefon. Często o Was myślę, zawsze robiąc sobie wyrzuty, że w trudnych dla Was chwilach, nic dla Was pozytywnego zrobić nie mogłem. Ale właśnie do tego chcę nawiązać w związku z propozycją przyjazdu do Szczecina. Nie muszę Państwu tłumaczyć jak bardzo miasto to wzrosło w moje serce, bo były to przecież czasy, kiedy i ja byłem człowiekiem wierzącym w to, że robiliśmy coś dla Polski […]

Tak zaczyna się list pierwszego wojewody szczecińskiego, ppłk. Leonarda Borkowicza do swojego kierowcy Aleksandra Płaksiwego. List jest odpowiedzią na zaproszenie do przyjazdu do Szczecina. Legendarnego Wojewodę zaprasza nie pierwszy prezydent prof. Piotr Zaremba, nie aktualnie urzędujący wojewoda, czy sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR, tylko kierowca – Aleksander Płaksiwy.

„Coś więcej” niż służba

Treść i styl listu wskazują na to, że tych dwóch ludzi, kierowcę i wysokiej rangi urzędnika państwowego, łączyło coś więcej niż tylko stosunki służbowe. Takie listy pisze się do przyjaciół. Jeśli równocześnie się zważy, że Leonard Borkowicz po złożeniu urzędu wojewody szczecińskiego w marcu 1949 roku, nigdy nie odwiedził miasta, które, jak pisze, „wrosło w jego serce”, sprawa staje się intrygująca. Aleksander Płaksiwy był kierowcą Leonarda Borkowicza od lipca 1945 do kwietnia 1950 roku. Był z nim w Koszalinie, Szczecinie i w Pradze. Później ich drogi się rozeszły, ale zawsze byli ze sobą w kontakcie.

Aleksander Płaksiwy ma 84 lata. Ten niezwykle sympatyczny pan, wysoki, szczupły, z siwym wąsikiem, uśmiechnięty i bardzo ruchliwy, sprawia wrażenie najwyżej siedemdziesięciolatka. Opowiada barwnie, robi przy tym długie dygresje, ale nigdy nie gubi wątku. Każdy akapit swojej opowieści kończy niezmiennie słowami: „i sprawa załatwiona”. Jest człowiekiem szczerym i wrażliwym. W sposobie mówienia i zachowania jest w nim coś z wojskowego. Ale też wojsko nie jest mu obce.

Urzędnik przyszłym kierowcą

Pierwsze w życiu prawo jazdy otrzymał właśnie w wojsku w 1932 roku, podczas służby w 5 Dywizjonie Samochodowym w Krakowie. W zachowanym dokumencie, z jego zdjęciem w mundurze i dużą okrągłą pieczęcią jednostki, można przeczytać: „Na mocy egzaminu złożonego przed Komisją Egzaminacyjną w myśl Dziennego Rozkazu  Nr 3/23 pkt. 36”, kpr. Aleksander Płaksiwy otrzymał pozwolenie na prowadzenie wojennych pojazdów mechanicznych osobowych, ciężarowych i motocykli. Prawo jazdy podpisał „D-ca 5 Dywizjonu Samochodowego – Madejski, podpułkownik”.  Kiedy 21 maja 1932 roku na uroczystym apelu, Aleksander Płaksiwy odbierał prawo jazdy z rąk dowódcy parku samochodowego kapitana Zawiły, nie wiedział jeszcze, że zostanie zawodowym kierowcą. Nic na to nie wskazywało zresztą, bo po wyjściu z wojska parę lat pracował jako zastępca kierownika Ekspozytury Urzędu Celnego w Łodzi. Dopiero krótko przed wybuchem wojny, w fabryce włókienniczej „Mazo i Lemfert” zasiadł za kierownicą osobowego Chevroleta.

Zmobilizowany w 1939 roku, w szeregach 10 Dywizji Piechoty brał udział w obronie Warszawy. Po kapitulacji dostał się do niewoli i przebywał w obozie jenieckim w Pruszkowie. Ponieważ zachorował na dyzynterię, Niemcy wydali mu zaświadczenie w języku niemieckim i polskim pozwalające na bezpieczny powrót do domu: „Aleksander Płaksiwy jako były niemiecki jeniec wojenny, odprawia się w ojczyste strony na terenie zajętym przez władze niemieckie. Podpisał – Komendant 8. Armii”.

Te „ojczyste strony” Płaksiwego, nazywały się teraz Litzmannstadt. Tam w firmie „Bugen Schleicher” – Spedycja Towarowa, dostał pracę kierowcy. Prowadził samochody ciężarowe – Fiata, Citroena i Forda. Na tym ostatnim jeździł najdłużej. Auto było szczególne, co zresztą w niemieckim zezwoleniu na jego prowadzenie, które pan Aleksander zachował i pokazał jako osobliwość tamtych czasów, wyraźnie odnotowano: „durch Anthracit und Holzgas”.

– To był taki stary trzytonowy Ford. Z boku między szoferką i skrzynią miał kocioł, w którym paliło się drzewem. Naprzód sypało się troszeczkę węgla drzewnego, jak się rozpalił ładowało się w kocioł klocki suchego drewna. Robił się gaz, spuszczało się wodę z baniaka i jechało się, panie, sprawa załatwiona. Jeździłem najczęściej do Łaska, Sieradza, Zduńskiej Woli, Pabianic i Ozorkowa. Rozwoziłem po różnych sklepach brukiew, marchew, buraki, kartofle i naftę. Ostatni raz jechałem tym „Holzgasem”, jak już Niemcy uciekali, do Ostrowa. Kazali mi wieźć żandarmów czy gestapowców, cholera ich wie, w każdym bądź razie byli w czarnych mundurach. Tam ich zostawiłem i do Łodzi wracałem już na piechotę. To był dla mnie koniec wojny.

Samochód nie do wzięcia

Po wojnie od razu zawołali mnie, żeby koniecznie przyjść do pracy w Urzędzie Wojewódzkim w pałacu Poznańskiego. Tam był pełnomocnik Rządu do Spraw Rzeczowych i Wojskowych – Henryk Krochmalski, z Ministerstwa Aprowizacji i Handlu. Zaangażował mnie do siebie i powiedział, że ma samochód Aero. Poszedłem zobaczyć. No jest w szopie, stoi, ale zamarznięty. Znalazłem płyn „Karbo”, zalałem silnik i zostawiłem. Na drugi dzień rano przyszedłem, poruszałem kołem zamachowym, obrócił mi się. Wytarłem raz, drugi, poruszyłem, obraca się. Ale nie ma akumulatora. Zacząłem szukać. Znalazłem jakiś, leżał w kącie garażu. Zalałem kwasem, podładowałem i następnego dnia jak mi zapalił, panie! To był sportowy wóz. Jak nim podjechałem na Ogrodową, to panie, cały Urząd wytoczył mi się na podwórko. I każdy chce samochód. Powiedziałem – nie. Tylko dyrektor Krochmalski i nikt więcej, sprawa załatwiona.

Pan Aleksander rozwija temat w szczegółach, opowiada o tym sportowym Aero jak o własnym dziecku, a ja nie mogę się doczekać kiedy będzie o Borkowiczu.
– Właśnie do tego zmierzam – uspokaja mnie i proponuje kieliszek orzechówki.
– Malutki kieliszeczek, panie redaktorze. To nam dobrze zrobi. Dostałem właśnie od pana profesora buteleczkę takiego soku, wyciągu z orzechów i przygotowałem na nasze spotkanie orzechówkę. Niech pan spróbuje, jest bardzo dobra, nie zaszkodzi. Pan profesor wie co robi.

Pan „profesor” to stomatolog dr Włodzimierz Kuligowski, długoletni sąsiad pana Aleksandra z ulicy Tetmajera. Mieszkali obok siebie w jednorodzinnych domkach. Odwiedzali się często, świadczyli sobie drobne sąsiedzkie usługi. Pan Aleksander zaglądał od czasu do czasu pod maskę samochodu pana doktora, a pan doktor w rewanżu, sprawdzał czy wszystkie plomby sąsiada są w porządku. W połowie lat osiemdziesiątych, po śmierci żony, pan Aleksander przekazał dom na Tetmajera synowi, a sam przeprowadził się do jego mieszkania, tutaj przy ul. Filaretów. Stąd na Tetmajera jest kawałek drogi, ale przy każdej okazji kiedy odwiedza syna i wnuki, wpada na pogawędkę do pana doktora.

Spotkanie w Katowicach

Próbuję kieliszek (wcale nie jest taki „malutki”) orzechówki z rzeczywiście doskonałą przyprawą doktora Kuligowskiego i słucham dalej opowieści gościnnego gospodarza. Dlaczego o tym „Aero” i dyrektorze Krochmalskim mówi? Otóż dlatego, ponieważ właśnie z nim, tym sportowym autem w marcu, jak dobrze pamięta, pojechali na Śląsk, „na zabezpieczenie magazynów z aprowizacją”:

– W Katowicach Krochmalski mi mówił, że pojedziemy, nie pamiętam teraz, na jaką ulicę, i wprowadzimy na urząd śląskiego wojewodę. No, niech pan powie kogo? Generała Aleksandra Zawadzkiego, proszę pana! A kto go wprowadzał? Właśnie Borkowicz wprowadzał wojewodę Zawadzkiego, tak proszę pana! On był najpierw zastępcą Komendanta Głównego Policji i nawet przez krótki czas był w Łodzi, a później Bierut dał mu polecenie, żeby w Katowicach wprowadził wojewodę. I tam, w Katowicach, poznałem pułkownika Borkowicza. Ja nawet nie wiedziałem, że trafię do niego, bo ja byłem w Ministerstwie Aprowizacji i Handlu, u Krochmalskiego. Już się do niego przywiązałem.

Jakby do wyjaśnienia powodu tego „przywiązania”, pan Aleksander serwuje mi śliczną opowieść, jak to z dyrektorem Krochmalskim – przypomnijmy, Pełnomocnikiem Rządu do Spraw Rzeczowych i Wojskowych (!) – pojechali do Sopotu i za dwa kanistry spirytusu, który wzięli z piwnicy urzędującego w tym mieście znajomego prokuratora, kupili od radzieckich żołnierzy, cztery samochody osobowe – Citroena, Renault, małego Opla i Mercedesa, który miał na liczniku zaledwie 40 km!

Ciąg dalszy nastąpi (za tydzień)…

Artykuł “Kierowca Pełnomocnika Rządu” jest fragmentem nieopublikowanej książki Andrzeja Androchowicza “Poza kadrem”. Redakcja Portalu Miłośników Dawnego Szczecina sedina.pl przeredagowała powyższy tekst, m.in. wstawiając śródtytuły i dzieląc całość na poszczególne akapity.