Opublikowane przez w Ciekawostki, Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Prezentujemy szczeciński fragment książki Leszka Szumana „Życie po śmierci”, przywołujący znane wydarzenia sprzed lat. Uwaga – tekst zawiera drastyczne opisy…

Kiedy w lipcu 1945 roku sprowadziłem się do Szczecina, byłem jed­nym z pierwszych mieszkańców naszego miasta. Zająłem wtedy mieszka­nie, w którym mieszkam do dziś. Były to cztery puste pokoje. Dzielnica była jeszcze zajęta przez wojska radzieckiego zaplecza frontowego. Tak więc moja rodzina była jedną z nielicznych w okolicy. Oczywiście, moim pierwszym zajęciem w wolnych chwilach był szaber. Nie żebym miał zamiar zająć się wywozem co bardziej wartościowych przedmiotów… W Szczecinie zamierzałem pozostać na stałe. Zresztą, przy­byłem tu poniekąd na rodzinne śmiecie, bowiem mój stryj, Antoni Szuman, inżynier, pracował tu przed I wojną światową przy rozbudowie portu i zbudował budynek poczty nr 2, duże gmaszysko z czerwonej cegły nad Odrą, w pobliżu dworca PKP.

Szaber, któremu poświęcałem każdą wolną chwilę polegał na organi­zowaniu mebli do naszego mieszkania z pustych willi poniemieckich. Nie było ich za wiele. Przypuszczalnie zostały spalone w piecach centralnego ogrzewania przez marznących żołnierzy radzieckich. A więc tu stół, tam fotel, krzesła. Słowem, jak to się mówi, każde cielę z innej obory. To wy­posażenie pozostało mi do dziś. Mój ówczesny punkt widzenia zrozumie tylko ten, kto widział wojnę. Przecież kiedyś za bochenek chleba dałem złoty zegarek. Graty to rzecz drugorzędna.

W trakcie moich wycieczek dotarłem w końcu i do gmachu dzisiej­szej Wyższej Szkoły Rolniczej przy ulicy Słowackiego. W dniu wybuchu wojny ten potężny kompleks budynków, o dwóch pięt­rach schowanych pod ziemię, był jeszcze niewykończony. Wewnątrz umieszczono więc prowizoryczne magazyny farmaceutyczne. W tej roli doczekał roku 1945. Podczas odwrotu Niemcy co zdążyli, wy­wieźli. Resztę zniszczono miotaczami ognia. Można to było poznać po stopionych żarem rynnach i innych przedmiotach metalowych. Prawdę powiedziawszy, nie znalazłem tam niczego, co by się mogło przydać. Na dworze stało coś ze dwadzieścia pomp do filtrowania płynów pod ciśnieniem, kilkaset zbitych strzykawek, a na najniższej kondygnacji piwnic kilkadziesiąt tysięcy butelek różnego kształtu i wielkości do prze­chowywania leków. I jeszcze coś rzuciło mi się w oczy. W olbrzymim hallu przy wejściu do gmachu leżał stos ramiączek do wieszania ubrań. Ponieważ miałem tylko jedno ubranie, wieszaki nie były mi potrzebne.

Minęło kilka lat. Ruiny wspomnianego gmachu stały nadal nietknięte. Zarząd. Miejski miał bowiem ważniejsze sprawy na głowie. Przynajmniej na razie. U mnie rodzina nieco się powiększyła, a także zasoby garderoby. I wtedy przypomniałem sobie ten dwumetrowy stos wieszaków leżących w hallu starych magazynów.

—   Przyniosę ci wieszaków ile zechcesz — powiedziałem do żony.

—   Michał, chodź — zawołałem do synka, który wówczas był, jak na swój wiek, nad wyraz rozgarniętym dzieckiem, chociaż miał tylko cztery lata.

Było piękne, letnie popołudnie. Bodajże nawet upalnie. Wesoło pogwiz­dując, wszedłem do hallu starego gmachu. Stosu wieszaków już nie było. Nagle przeszył mnie dreszcz. Czułem jak dostaję gęsiej skóry… Mia­łem, wrażenie, że coś mnie chwyciło za gardło… Zabrakło mi tchu… Chciałem postąpić naprzód, lecz nie mogłem. Niewidzialna ściana sta­nęła przede mną. Obok mnie cichutko dreptał w miejscu mój synek, spo­glądając aa ranie pytającym wzrokiem. Bezwiednie położyłem palec na ustach i po cichutku, na palcach, tak aby nikt nas nie słyszał, wyszliśmy szybko na dwór. Dopiero kiedy doszliśmy do ulicy Słowackiego, odetchnąłem swobod­nie. Czułem się tak, jakbym uniknął jakiegoś śmiertelnego niebezpieczeń­stwa.

Minęło kilka miesięcy. Któregoś ranka mieszkańcy miasta zostali wstrząśnięci makabrycznym wydarzeniem. Pewien mieszkaniec Niebuszewa, mieszkający naprzeciwko kina, po­wrócił do domu wcześniej niż zwykle. Mieszkanie zastał otwarte. Garnki stały na palenisku, obiad się gotował. Płaszcz żony był na wieszaku, tyl­ko jej nie było. Chyba jest u którejś z sąsiadek — pomyślał mąż — i zastukał do sąsiednich drzwi.

—  Nie   było   tu  mojej   żony?   Mieszkanie   otwarte,   musiała   gdzieś   na chwilę wyjść, lecz dokąd?

—  Widziałam ją jak przed chwilą wchodziła do tego ponurego faceta, który mieszka na końcu korytarza.

Zatroskany mąż zapukał do niesympatycznego sąsiada.

—  Nie było tu mojej żony? — spytał.

—  Nie — brzmiała krótka odpowiedź antypatycznego draba.

—  Przepraszam — odparł mąż. Lecz kątem oka dostrzegł w kącie po­ mieszczenia na podłodze sukienkę swej żony.

Facet był typem ciężkiej wagi. Posterunek milicji był w pobliżu. Po­biegł tam i opowiedział o swych podejrzeniach. Dwóch posterunkowych poszło z nim.

— Ręce do góry.

Przeszukali mieszkanie. Niestety przybyli za późno. Trup kobiety wi­siał w szafie powieszony za nogi. Głowa była odcięta, do miski spływała krew. Mąż, gdy to zobaczył, zemdlał. Mordercę zabrano i wzięto na przesłuchanie. Z zawodu był rzeźnikiem. Kiedy kazano mu się rozebrać, pod pachą dostrzeżono wytatuowany Hakenkreuz. A więc należał do SS. Morderca — amator? Nie tylko. Morder­ca — handlowiec, jak się później okazało. Sprawie tej nie nadano szczególnego rozgłosu, lecz ludzie i tak do­wiedzieli się szczegółów. Morderca wieczorami wywoził trupy ofiar do opuszczonego gmachu magazynów dzisiejszej Wyższej Szkoły Rolniczej. Tam w piwnicy, prze­rabiał trupy pomordowanych na jadalne produkty. Gdzie je sprzedawał, chyba nie dowiedziano się. Nie ulegało tylko wątpliwości, że bigosy sprze­dawane na bazarze, który wtedy mieścił się na miejscu obecnego dworca PKS, były jego wyrobu.

W śledztwie wyśpiewał wszystko. Naganiaczką była kasjerka przeciw­ległego do gmachu kina. Ona to podsyłała mu dzieci, którym zabrakło kil­kadziesiąt groszy do kupna biletu słowami: Ten pan co tam mieszka da ci tyle, ile brakuje do ceny biletu. Gdy spuszczono wodę ze stawu na ulicy Słowackiego, znaleziono w nim kilkadziesiąt czaszek ludzkich, przeważnie dzieci.

Leszek Szuman – Życie po śmierci, KAW Gorzów, 1985.