Opublikowane przez w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Jak się ubierano

Na starych zdjęciach widać ubiory zgodne z obowiązującą w tym okresie modą. Fryzury też z tamtej epoki. Panowie w większości nosili szerokie marynarki zapinane na guziki, obowiązkowo w dwóch rzędach. Na barkach marynarka taka była wypchana poduszkami (podkładkami) tak, że barki były proste, do tego koniecznie koszula, krawat już nie. Spodnie długie, szerokie w nogawkach i obowiązkowo na dole mankiety. Do tego płaszcze letnie – prochowce i zimowe z gabardyny, z paskiem zapinanym na dużą klamrę. Były również inne stroje jak kurtki – pamiętam, że były skórzane oraz wiatrówki – szyte z różnych materiałów. Obuwie było ciężkie, wykonane ręcznie na grubej podeszwie lub długie buty tzw. ,,oficerki”, do tego spodnie bryczesy. W późniejszym okresie modne było obuwie przypominające buty narciarskie z płaskim noskiem oraz czarne spodnie wpuszczane w obuwie. Na głowie noszono kapelusze na co dzień i od święta. Ale były również furażerki i czapki z daszkiem wykonane ze skóry. Bielizna spodnia to podkoszulek, obowiązkowo biały na ramkach, majtki w większości duże i długie. Były też kalesony letnie wykonane z lnu i zimowe koloru nijakiego, przylegające do ciała. Skarpetki noszone były z tzw. ,,podwiązką”, gdyż w innym przypadku opadały.

Ubiory kobiece. Panie natomiast, jak pamiętam nie nosiły spodni, jak to robią obecnie nagminnie. Królowały sukienki i kostiumy. Letnie sukienki szyte były z kretonu a kostiumy z lepszych, grubszych materiałów. Długość spódnic i sukienek sięgała kolan. Królowały płaszcze również przepasane paskiem. Na nogach noszono pończochy grube i cienkie – nylony lub jego inne wytwory, z obowiązującym w tym czasie szwem, zapinane do pasów używanych do dzisiaj. Buty były różne: od sznurowanych półbutów do zimowych botków, także na wysokim obcasie lub koturnie. W koturnach modny był korek.

A co pod spodem – ano halki.

Na głowie natomiast różnego rodzaju kapelusze, od męsko podobnych po fantazyjne. Pończochy, oczko w głowie każdej pani, leciały nagminnie. Kto dzisiaj w epoce rajstop, pamięta szydełka do ich podciągania lub punkty tzw. ,,repasacyjne”, które to reperowały je, niektóre pary po kilka razy, aż ich żywot dobiegł końca. Zamki błyskawiczne to późniejsza epoka, były w bluzach, butach i torebkach damskich.

Przełomem stał się ortalion, zwłaszcza płaszcze ortalionowe, ale to już lata 60-te. Buty na podeszwie kauczukowej.

Na przełomie lat 50-tych szpanowali tzw. ,,bikiniarze”. Obowiązywała ich kraciasta, trochę przyciasna marynarka, spodnie wąskie w nogawkach i przykrótkie oraz kolorowe, dobrze widoczne skarpetki. Buty na „słoninie” tj. grubej podeszwie z jak największą ilością obszyć z dratwy. Do tego kolorowa koszula z wykładanym na poły marynarki kołnierzem. Lataliśmy za bikiniarzami i przedrzeźnialiśmy ich. W tym okresie królował również skaj podobny do linoleum oraz czapki pilotki.

Moda modą, ale nie było z czego wykonać odzieży. Era sklepów państwowych z gotową odzieżą i obuwiem to okres późniejszy. Do tej pory prym wiedli szczecińscy rzemieślnicy. Jak zdobywali potrzebne materiały to ich tajemnica.. Zdobycie talonu na kupon materiału na płaszcz czy ubranie to był nie lada sukces.

Ubrania dla dzieci. Tutaj bardzo dużą inwencją, prawie twórczą wykazywały się nasze mamy. Pruły, przeszywały, przerabiały i robiły na drutach tak aby w miarę dobrze wyglądać. Maszyna do szycia (a nie wszystkie ją miały) była skarbem. Swetry, rękawiczki o jednym palcu, szaliki, czapki i berety robione na drutach dobrze nam służyły. Te zrobione z króliczej wełny – angory – były szczytem marzeń.

W te same materiały co dorośli chodziły ubrane i dzieci. Ale chłopcy w tym i ja zamiast długich spodni nosiliśmy krótkie na szelkach, do tego grube pończochy. Aby trzymały się na nodze wykorzystano nawet gumy do weków. Buty: latem królowały sandałki ze skarpetami a częściej bez nich. Zimą natomiast trzewiki sznurowane. Pamiętam naukę sznurowania, gdzie śliniło się sznurowadła bo lepiej wchodziły w dziurki. Łatanie i cerowanie to także domena naszych mam. A było co robić. Na porządku dziennym było noszenie odzieży po starszym rodzeństwie.

Niemowlęta. Tutaj len był powszechny, później bawełna. Z tego to okresu pamiętam niezliczoną ilość białych pieluch wiszących za oknami. Tata mawiał, że jest ich znacznie więcej niż zaraz po wyzwoleniu oraz „rośnie nam nowy Szczecin” w tych słowach wyczuwałem dużo sentymentu i dumy z miasta. Z nowości pamiętam białe tenisówki, które jak były brudne pocierało się szkolną kredą.

Co jadano

Z tym było różnie. Ogólnie nikt nie narzekał, bo i nie miał podstaw. Na pewno były potrawy  bardziej lub mniej lubiane. Kaprysy czy dąsy były nam nieznane tak jak obecnym dzieciom które zostały rozkapryszone przez swych rodziców dla świętego spokoju.

Wśród produktów, które królowały na pierwszym miejscu były ziemniaki, później kasze i makarony wyrabiane ręcznie, produkty mleczne i mięso. Tego za wiele nie było ze względu na kartki żywnościowe takie same jak w latach 70-tych oraz ryby. W tygodniu co najmniej dwa obiady składały się z ryb. Dlaczego?. Ponieważ można je było kupić i były tanie. Mamy nasze opanowały przygotowania posiłków po mistrzowsku. Z niczego potrafiły zrobić coś a jak już przygotowywały to obiady lub kolacje były iście królewskie. W domu nie miało prawa się nic zmarnować. Był wielki szacunek do chleba. Piekarnie dwie ulubione pamiętam tj. Piłsudskiego 19 oraz piekarnię Stefaniaka na Wojska Polskiego. Chleb był kilogramowy. Niejeden bochenek zanim trafił do domu został przez nas nadgryziony. Rarytasy z tych piekarni to bułki zwykłe, bułki maślane oraz szneki z glancem /czyli drożdżówki/. W tej pierwszej piekarni pamiętam, że przed świętami piekarz przyjmował do wypieczenia ciasta zrobione w domach.

Potrawy jakie zapamiętałem to: ziemniaki jako placki smażone, kluski, kopytka, smalec ze skwarkami i cebulką, smażony ser topiony z kminkiem, pasta serowa z wędzoną rybą. Znikało to wszystko a pozostało wspomnienie. Jakość towarów była różna, ale towar znikał szybko ze sklepów. Konserwanty i czas do spożycia nieznane. A dzisiaj sprawdzamy czy jeszcze jest ważny termin i ile jest w produkcie chemii. Jadamy to co sprzedają i chorujemy na żołądek. Śmiem twierdzić, że obecna szumnie nazwana ,,Zdrowa żywność” jest gorsza od żywności z mego dzieciństwa.

Słodycze. Tutaj królowały landrynki z metalowej puszki. Lizaki oraz wafelki. Były też suchary i sucharki oraz inne drobne ciasteczka. Cukierki nadziewane i czekoladowe oraz czekolada to szczyty marzeń. Dostępne od święta i na święta. Na niedzielę obowiązkowo musiał być placek drożdżowy z owocami lub kruszonką.

Owoce nasze polskie, przetwory z nich, kompoty, powidła, przeciery, soki. Przypominam sobie jak pan chyba Seredyński, starym samochodem nazwanym przez nas buldogiem /restaurowany obecnie w Tanowie/ opowiedział nam o alei śliwek koło Binowa i zabrał nas tam. Wracaliśmy zadowoleni ze zbiorów. Było ich tyle, że cała kamienica pachniała smażonymi powidłami. Kierowca głowił się, co zrobi z otrzymaną częścią. A to co zostało było sprzedane w prywatnym sklepie pana Przybylskiego, który mieścił się dwie kamienice dalej w piwnicy. Zarobione pieniądze przeznaczyliśmy na słodycze a część na zakup chleba, cukru, herbaty ,,Ulung” /taka była w tym okresie/ oraz wędliny i przekazaliśmy ubogiej rodzinie z kamienicy. Już nas nie nazywali banda łobuzów, ale małymi bohaterami.

Inne rarytasy z tego okresu to lody ,,Pingwin” o kształcie małego walca na patyku. Lemoniada i Oranżada w butelkach zamykanych ceramicznym korkiem z gumką. Woda gazowana w szklanych syfonach. Owoce cytrusowe to pomarańcze i to nie zawsze na święta. Kawa – we wspomnieniach pozostał zapach mielenia jej i to jak z bratem na zmianę kręciliśmy ręcznym młynkiem. Dla nas wtedy była herbatka z sokiem lub napar z kwiatu lipy.

Jak wyglądała kuchnia. Kuchenka gazowa z piekarnikiem oraz węglowa westwalka. Do tego duży kuchenny kredens i zlew z zimną wodą. Zlewozmywak nieznany. Lodówka – ten przedmiot wart jest opisu. Był to mebel na nóżkach, drewniany z drzwiczkami i podnoszoną z góry klapą służącą jako blat, wewnątrz wykonany z blachy ocynkowanej. Taki sam był pojemnik górny. Sprawna była pod warunkiem, że do górnego pojemnika włożony został lód. Lód rozwoził na wózku jeden pan. Takie dwie bryły lodu starczyły na sobotę i niedzielę. Pamiętam składowisko lodu na terenie mleczarni przy ul. Jagiellońskiej, posypane grubą warstwą trocin, aby lód szybko nie topniał.

Takie to otaczały mnie przedmioty. A teraz sama technika. Jednak tęskno do zapachów i smaków dzieciństwa..

c.d.n.

irs6