Opublikowane przez w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Jak już wcześniej wspomniałem ulubioną zabawą było bieganie po alei, niby wyścigi motocyklowe. W szkole podstawowej nie było na mnie równego, ale gdzieś w piątej klasie nauczyciel WF zaproponował inny sport, tj. żeglarstwo. To było to, i tak stałem się zawodnikiem sekcji żeglarstwa klubu „Arkonia”. Akces wyrazili inni koledzy z podwórka. Rozpoczęły się pierwsze szkolenia. Po opanowaniu podstaw żeglarstwa, tj. na sucho, co to jest prawy i lewy hals, zawietrzna i inne, pewnego wiosennego dnia z bazy zimowej klubu, która to mieściła się na nabrzeżu PRCP, wyruszyliśmy na miejsce stałej bazy na małym jeziorze Dąbie.

Całą kawalkadę z barką klubową i jachtami ciągnął holownik. Po przybyciu na miejsce i zacumowaniu oraz rozładunku zobaczyliśmy na czym to mamy pływać. Były to Kadety, które to jeszcze należało doprowadzić do tego, aby wyglądały dobrze. Od tego czasu wszystkie wolne godziny spędzaliśmy na przystani, a po doprowadzeniu Kadetów do świetnego wyglądu, poczyniliśmy pierwsze, jeszcze niemrawe ruchy na wodzie. Z czasem opanowanie było coraz lepsze i nadszedł upragniony start w pierwszych regatach. Pogoda była paskudna, wiało i padał deszcz. Trzy Kadety klubowe spisały się doskonale. Byłem w ich załogach. Następnego dnia była wspaniała pogoda. Ponadto statkiem białej floty, który to zacumował na jeziorze, nasze zmagania obserwowali rodzice. I pech – nasze Kadety były stare i ciężkie, a przy tej prawie bezwietrznej pogodzie stały w miejscu. Zaliczaliśmy tyły kwalifikacji. Ogólnie po tych dwóch dniach pozycje były środkowe. Były podziękowania od trenera pana Stelmaszyka i bosmana klubu.

Dalsza kariera żeglarska to nadal Kadety, ale już nowe lekkie jednostki i pierwsze starty w innych klasach. Gdzieś po dwóch latach trener wybrał mnie i innego kolegę jako załogantów do regat o mistrzostwo Polski w klasie Star. „Rozpiór” – tak się nazywał ten kilowy jacht – był starą ciężką jednostką wybudowaną w 1937 r. Mimo wszelkich naszych zabiegów nadal miał tendencje nabierania wody. Na Zalewie Szczecińskim, gdzie odbyły się regaty, na zmianę z kolegą wylewaliśmy wodę dulkami. Prowadziliśmy żagiel fok i spinaker. I pełnia szczęścia, drugie miejsce w regatach. Po wielu latach, będąc w Stepnicy miałem okazje widzieć jeszcze raz „Rozpióra”. Należał już do prywatnego żeglarza. Spotkałem się z nim, a nawet odbyłem mały rejs. Z trenerem miałem spotkanie po latach, kiedy to byłem na wczasach nad jeziorem Turawa koło Opola. Spotkanie to zaowocowało tym, że następnego dnia wraz z sześcioletnim synem na jachcie typu Omega wystartowałem w małych regatach na jeziorze Turawa. Tyle lat nie żeglowałem, ale dobra szkoła i obycie zaowocowało. Byłem ponownie w czołówce regat, i to z synem, który był pierwszy raz na wodzie i jachcie.

Ale sport to nie tylko żeglarstwo, było też bieganie. W szkole podstawowej jak zaznaczyłem nie było na mnie równych. Po podstawowej szkole dalszą naukę rozpocząłem w Zespole Szkól Gospodarczych (Gastronomicznych) przy ul. Sowińskiego. Na pierwszym miejscu była nauka, o bieganiu nie myślałem. Przypadek sprawił, że jednak bieganie stało się moim żywiołem. Pamiętam, że w czasie zajęć z WF, które to odbywaliśmy na stadionie „Pioniera” znajdującym się opodal szkoły, spotkali się mój obecny i stary nauczyciel z podstawówki. Poznał mnie. Pamiętam jego słowa: „masz tutaj orła”, nowy na to: „to łamaga”. No i stało się. Na szutrowej bieżni, obuty w tenisówki, pobiegłem 100 metrów. Czas był mierzony stoperem. I zaskoczenie, ta łamaga uzyskała czas 12,5 s bez żadnego przygotowania. I tak rozpocząłem treningi w szkolnej sekcji. Reprezentowałem szkołę na międzyszkolnych zawodach lekkoatletycznych, i to z sukcesami. Czasy były coraz lepsze, aż nadszedł pamiętny dzień, kiedy na stadionie „Pogoni” najlepsi na setkę w przerwie meczu piłkarskiego mieli pobiec razem z Maniakiem – srebrnym medalistą igrzysk w Tokio. Tor biegu wylosowałem obok Maniaka. I start. Cały czas oglądałem plecy Maniaka, a kiedy zacząłem się do niego zbliżać setka się skończyła. Mój nowy rekord to 10,8 s. Po biegu sam Maniak gratulował mi i stwierdził, że jak poczuł mój oddech na swoich plecach musiał szybko przyspieszyć, aby nie przegrać.

Dalszą karierę przerwały dokładne badania lekarskie, które zabroniły mi wyczynowego sportu ze względu na fakt odniesionej wcześniej (w wieku 10 lat) kontuzji kręgosłupa. Biegałem jednak dalej, już nie wyczynowo, a dla samej satysfakcji. Były szczecińskie dwudziestki i dwa maratony w Warszawie. Na drugim miałem koszulkę z napisem „Omijać z boku, nie z góry”. I tak skończyłem na pieszych wycieczkach.

irs6

c.d.n.