Opublikowane przez w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Jak trafiłem do Pałacu Młodzieży, tego dokładnie nie przypominam sobie. Co było szybciej – oglądanie relacji telewizyjnej Wyścigu Pokoju (telewizor był ustawiony w sali kinowej i odbierał program berliński) czy oglądanie filmów również w tej sali? Repertuar był różny, od filmów surrealistycznych, przez filmy wojenne i westerny, po dramaty. Ile tam straciłem złotówek! Bilet kosztował 1 zł. Mała salka zawsze pękała w szwach – obojętnie co grano, zawsze była pełna.

Gdzieś w piątej klasie szkoły podstawowej zapisany zostałem wraz z bratem i innymi kolegami do pracowni szkutniczej, w której to wykonywaliśmy modele jednostek pływających. Nie wychodziły mi one najlepiej, młodszy brat miał do tego większą smykałkę. Mnie jednak było tego za mało i udało mi się dostać do pracowni przyrodniczej. Opiekowaliśmy się małym ZOO pałacu, które to było usytuowane na zapleczu i sięgało do ul. Mickiewicza – tam, gdzie obecnie stoi budynek szkoły. Były chyba dwie sarenki i osioł oraz kozy, z mniejszych pamiętam żółwie, króliki, pawia, bażanta i inne ptactwo. Naszym zadaniem było karmienie, czyszczenie klatek i wiele innych czynności, co dla chłopaka z miasta przeżyciem było niemałym. Kiedy zapadła decyzja, że w tym miejscu budowana będzie szkoła-tysiąclatka, ZOO zostało przeniesione do schroniska i częściowo na kąpielisko „Arkonka”. Mnie jednak fascynowały już inne pracownie.

Jedną z nich była pracownia krajoznawcza. Tutaj spędziłem więcej niż rok. Procentowały wycieczki z rodzicami, jak również i nasze młodzieńcze wypady za miasto. Ale dopiero tutaj grupowo byłem na wodowaniu statku w Stoczni Szczecińskiej, oglądałem z bliska pracę portu, papierni „Skolwin”, huty i wielu innych zakładów. Ale największą frajdą były wycieczki statkiem białej floty po porcie. Kto nie pamięta flagowej jednostki noszącej imię „Diana” – starego parowca, który trasę Szczecin-Świnoujście pokonywał w 3,5 godziny. Z innych pamiętam „Telimenę” – ostatni raz odkryłem ją już jako pływającą bazę nn. przedsiębiorstwa na Regalicy przy Moście Cłowym, pomalowaną na kolor stalowy. Były jeszcze dwa małe stateczki o nazwie „Jaś” i „Małgosia”. Historia „Diany” skończyła się na Zalewie Zegrzyńskim koło Warszawy, gdzie zacumowana pełniła rolę lokalu. Losów „Jasia” i „Małgosi” nie znam. Na jednej z wycieczek na przystani młodzi chłopcy zachęcali do kupna mew. Kiedy dowiedzieliśmy się, jak je złapali (moczyli chleb w alkoholu), wywiązała się bijatyka. Mewy odzyskały wolność. Biała flota zmieniła jednostki na filutki, balbiny i serie tzw. „Słowackiego”. Były też dwa tramwaje wodne sprowadzone z Węgier „Juliszka” i „Margitka”, wreszcie wodoloty.

Rozpisałem się, a Pałac Młodzieży został z boku. Nadal spędzałem w nim prawie każdą wolną chwile. Odwiedzałem pałacową bibliotekę i kółko historyczne. W efekcie, kiedy już byłem w szkole średniej, zostałem wybrany do młodzieżowego aktywu pałacu. Organizowaliśmy imprezy dla młodszych dzieci, spotkania z ciekawymi ludźmi i wiele innych. Rozstanie z pałacem nastąpiło, kiedy miałem 19 lat. Obecnie, mimo upływu lat, nadal mile wspominam tamten okres. Młodego chłopaka nie tylko ciągnęło do nauki i książek, ale i do sportu…

irs6

c.d.n.