Opublikowane przez w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Na naszym podwórku królowała słynna futbolówka, ale grało się również i innymi piłkami. Futbolówka przez jakiś czas była robiona z gałganów szmat i wiązana drutem. Ile radości dostarczył mieszkający w kamienicy nestor szczecińskiego sportu (zwłaszcza kolarstwa) pan Bestry, który to sprezentował nam nową, prawdziwą piłkę nożną. Ale nie tylko piłka była na podwórku.

Grało się również w tzw „pikuty,” to znaczy scyzoryk lub inny ostry przedmiot, który wbijał się w ziemię, przykładało do ręki, zaczynając od dłoni a kończąc na barku, i dalej broda, nos, czoło i czubek głowy. Wywijało się tym przedmiotem tak, aby wbił się w ziemię. Wygrywał ten, który najszybciej doszedł do czubka głowy. Były gry kapslami, kamykami, dziewczyny grały w tzw. „klasy”. Inną zabawą była obręcz rowerowa lub gumowa, którą przy pomocy tak skręconego drutu posuwało do przodu lub odbijało patykiem. Kto nie pamięta telefonu wykonanego z dwóch pudełek po paście do butów i długiego sznurka. Była i proca, ale ten to przedmiot był zakazany przez rodziców.

Podchody – ulubiona zabawa, która polegała na tym, że jedna grupa miała za zadanie rysować strzałki w jakim kierunku się udawała, a druga iść po ich śladach. Pierwsza grupa robiła psikusy drugiej, np. strzałki prowadziły w innym kierunku i ukrywała się całkiem gdzie indziej. Pamiętam, że raz w trakcie takiej zabawy zostaliśmy zaproszeni do cukierni „Szarotka” przez właścicielkę, która to również mieszkała w naszej kamienicy. Drugiej grupie nie przyszło do głowy, że jest to nasze jakże przyjemne ukrycie. I zabawa w chowanego. Schować się było gdzie, a zwłaszcza w piwnicy. Te okalały kamienice, ale również miały powybijane przejścia do innych kamienic i zabawa przeradzała się w pierwsze wyprawy do szczecińskich podziemi. Można było tymi piwnicami przejść nawet na al. Wojska Polskiego i ul. Jagiellońską. A ile skarbów kryły. Pamiętam znaleziony niemiecki elementarz, hełm, naczynia i wiele innych ciekawych dla dzieci przedmiotów. Nasze myszkowanie zakończyliśmy, kiedy to w jednej z piwnic nastąpił wybuch i obleciał nas strach. Gryzoni buszujących w piwnicach nie baliśmy się.

Marzeniem każdego był rower. Na naszym odcinku alei, obecnie na przeciw przystanku tramwajowego przy pl. Szarych Szeregów, znajdował się zakład, w którym to naprawiano rowery. Za drobne pomoce z naszej strony pozwalano nam pojeździć rowerem na alejce. Na dużym męskim rowerze, kiedy to nogi nie sięgały do pedałów, przekładało się jedną pod ramą i zwisając z jednej strony jechało. Nie lada sensacją był wyremontowany w tym zakładzie rower, który z przodu posiadał bardzo duże koło i malutkie drugie. Nikt nie potrafił na nim jeździć i tutaj byłem dumny z naszego taty, który to dosiadł ten dziwny rower i przy oklaskach gapiów zrobił dwa kółka na alejce.

Nasza podwórkowa dziecięca społeczność musiała obowiązkowo pod wieczór zobaczyć pana, który przyjeżdżał rowerem i długą tyczka zapalał latarnie gazowe. Przepalone tzw. „koszulki gazowe” były cennym trofeum.

Sport – pierwsze sportowe zawody oglądałem z tatą. Były to mecze piłkarskie, ze słynnymi derbami Szczecina włącznie. Grała Arkonia i Pogoń. Pamiętam nazwiska piłkarzy, jak Kurzyca, Jaworski, Kalinowski, Sowiński. Mecze Pogoni w boksie z braćmi Plińskimi. Tor kolarski i grupę szczecińskich kolarzy ze Zbysławem Zającem na czele. Zawody wioślarskie na Odrze i oklaski dla Kocerki. Wyścig kolarski – Kryterium Asów na Wałach Chrobrego, gdzie skarpy ul. Komandorskiej i Admiralskiej były pełne od oglądających kibiców.

W tym to okresie w Szczecinie na czworoboku dzisiejszych ulic Niedziałkowskiego, Monte Cassino, Wyspiańskiego i z metą przy nieistniejących dziś Zakładach Graficznych przy al. Wojska Polskiego, odbywały się wyścigi motocyklowe. Na zakrętach ulic były poustawiane kostki ze słomy i niejeden motocyklista tam lądował. Pamiętam marki tych motocykli: Nortony, AJS, BMW, BSA i wiele innych. Później, kiedy to wyścigi przeniesiono na Pogodno, startowały również szczecińskie Junaki. Te wyścigi stały się inspiracją do zabawy. Na listewkę, która stanowiła kierownicę, przybijało się kartonik z numerem dobrego motocyklisty i na alei robiliśmy wyścigi biegając. Te nasze wyścigi stały się tak popularne, że udział w nich brały dzieci z innych kamienic czy nawet ulic. Byłem dobry i szybki w tych wyścigach.

Około godz.15:00 podwórko pustoszało, gdyż w radiu leciała audycja dla dzieci. Pamiętam z tego okresu Plastusiowy Pamiętnik. No i staje się – tak myślałem – dorosły, idę do szkoły.

Ale o tym wkrótce.

irs6

c.d.n.