Opublikowane przez w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Ku pamięci tym którzy byli tu pierwsi i już odeszli. A zwłaszcza moim rodzicom dedykuję swoje wspomnienia.

Aby rozpocząć muszę cofnąć się w czasie. Ojciec mój pochodził z Warmii i Mazur, a dokładnie z rejonu jeziora Jeziorak, gdzie moi prapradziadkowie posiadali spory majątek ziemski. Po I wojnie światowej i odzyskaniu przez Polskę niepodległości liczyli, że będą połączeni z macierzą. Jest rok 1921, na Warmii i Mazurach odbywa się plebiscyt. Mój dziadek agitował za przyłączeniem tych ziem do Polski. Za swą działalność miał być aresztowany. Ratował się ucieczką do Torunia. Wynik plebiscytu znamy. Ziemie te wróciły do macierzy, ale w 1945 r. Dalsze zamieszkiwanie dziadków na swej ojcowiźnie wiązało się przyjęciem obywatelstwa niemieckiego. Tego jednak nie uczynili i przy pomocy przyjaciół dochodzi do zamiany majątków – z dużego na znacznie mniejszy w okolicach Poznania z pewnym Niemcem.

Tata w tym czasie miał 11 lat i skończył cztery klasy szkoły, gdzie obowiązkowym językiem był niemiecki. W Poznaniu ukończył szkołę, ale polską, zdobył zawód. Lata wojenne spędził w Poznaniu, gdzie – jak wynika z jego opowieści – działał w AK. Został za to aresztowany i osadzony w tzw. fortach, czyli w Forcie VII Poznań. Pobyt tam skończył się tak, że miał odbitą jedną z nóg, a fort opuścił jako nieboszczyk, bo i tak wyglądały ucieczki. Resztę okupacji spędził działając w podziemiu i pod zmienionym nazwiskiem przetrwał do wyzwolenia Poznania, czyli do 27 lutego 1945 r. Pamiętam opowieść, jak to 1 kwietnia 1944 r. z ukrytej na cmentarzu radiostacji naprowadzali pilotów bombardujących Poznań. Później były to już tematy tabu, a to, co wiem, to opowieści podsłuchane.

Jeszcze za czasów okupacji poznał mamę, która to pochodziła z okolic Poznania i mieszkała u jednej z sióstr. Mama moja była skoligacona z rodziną Baczyńskich – Krzysztof Kamil to jej daleki kuzyn. Rodzice przysięgli sobie, że po wyzwoleniu się pobiorą. Tak więc okres wyzwalania Poznania wiążę ze swym poczęciem.

Po zdobyciu Szczecina ojciec mój odpowiedział na apel w sprawie zasiedlania tzw. ziem odzyskanych i przybył do Szczecina w pierwszej grupie osadników – pionierów naszego miasta. Jak opowiadał, miasto było puste, całe dzielnice w ruinach, ale i miejsca nienaruszone – tak, jakby czas zatrzymał się w miejscu. Szukając lokalu do zamieszkania miał wrażenie, jakby lokatorzy, którzy go zamieszkiwali, opuścili go przed chwilą. W prawie każdym mieszkaniu znajdował się portret Hitlera. Niektóre ocalałe budynki posiadały wywieszone białe flagi. Nad miastem unosił się fetor śmieci, które tak jak na al. Pomorskiej były składowane na alei między kamienicami. Sięgały one pod korony rosnących tam drzew. Ale ojciec zapamiętał również kwitnące dwie magnolie przy al. Wojska Polskiego. Opuścił Szczecin pod koniec maja, przyjechał ponownie w czerwcu, i to na kilka dni, gdyż na początku lipca w Poznaniu zawarł związek małżeński z moją mamą. Po ślubie znów był w Szczecinie, a pod koniec lipca przyjechała moja mama wraz z siostrą i bratem taty. Ojciec swój pierwszy przyjazd do Szczecina odbył przez Piłę. Następne już pociągiem. Opowiadał, że mosty kolejowe na Regalicy i Odrze były drewniane, z pociągu wszyscy musieli wysiąść i przejść go piechotą, a kiedy przejechał pociąg, ponownie do niego wsiadali i tak docierali do stacji Szczecin Gumieńce. W taki sam sposób dotarła mama. Od tej pory, jak to określali, byli na swoim na dobre i złe. Była druga połowa lipca 1945 r.

Pierwsze dni razem

Jak wyglądały wiem tylko z opowieści rodziców i wspomnień innych osób. Ważnym elementem było wyposażenie mieszkania w podstawowe jego sprzęty. Te, które znajdowały się w mieszkaniu, zostały zrabowane pod nieobecność ojca. Do Szczecina ściągali szabrownicy, którzy całymi ciężarówkami wywozili dobra na handel. Robili to również przebywający w mieście żołnierze Armii Czerwonej.

Spotkania z tymi żołnierzami były różne – raz pomagali, a drugi raz zabierali wszystko. Ale za bimber byli skorzy zrobić wiele. Ojciec mój mawiał: jest na czym siedzieć i spać, a gęba pusta. Zapasy przywiezione szybko się przejadły, a zdobyć nowe było trudno. Mimo tych trudności wytrwali. Mieszkanie, które było puste, zajął ojciec i w sierpniu otrzymał na nie przydział. Ciekawy jest dokument sporządzony w trzech językach, ostrzegający przed jego zajęciem, który umocowany był na drzwi wejściowych.

Ojciec mój, jako wzięty rzemieślnik, rozpoczął swoją działalność. Za wykonaną usługę jedzenie miało największą wartość. Kleił, łatał, przybijał, a z czasem zaczął robić nowe… Co? Przecież pionierzy nie mogli paradować na bosaka. Sława jego warsztatu rozniosła się dalej niż sięgało Śródmieście. Wykonywał obuwie dla pracowników magistratu. Sam prezydent Piotr Zaremba paradował w jego butach. Robił je również dla oficerów sowieckich. Zapłatą była mąka, tłuszcz, węgiel czy inne dobra, czasem przystawiony do skroni pistolet.

Tak szybko mijały dni, ale noce wiały jeszcze grozą. Po zmroku obowiązywała tzw. godzina policyjna. Bez ważnej przepustki wypisanej w języku polskim i rosyjskim lepiej było się na ulicach nie pokazywać. Do tego dochodziły odgłosy strzałów. Okna w mieszkaniu były tak zabezpieczone, aby światło świeczki czy lampy naftowej nie zdradzały obecności mieszkańców. Drzwi otwierało się tylko wtedy, gdy za drzwiamy słychać było znajomy głos. Rano sprawdzano co spłonęło. Jak opowiadali rodzice, jednej nocy na balkonie został ustawiony karabin maszynowy, gdyż do ukrytego przez Niemców magazynu alkoholu wtargnęły niedobitki esesmanów i żołnierzy Wehrmachtu. Magazyn ten mieścił się w rejonie kina „Colosseum”. Został on podpalony. Po ugaszeniu to, co pozostało, zostało wywiezione.

Ten okres przejściowy trwał do pierwszych dni jesiennych. W kranach pojawiła się woda. Była już elektryczność. Nie wiem tylko do kiedy trwała tzw. godzina policyjna. Okien nie trzeba było zasłaniać. W tym to okresie do naszego domu przyjechali bracia ojca, którzy wracali z głębi Niemiec czy przyjeżdżali z Poznania. Była to już spora gromadka, która wzajemnie się wspierała i wytrwała przez długie lata w Szczecinie.

Przyszedł pamiętny dzień 11 listopada 1945 r. – Święto Niepodległości. Ogłosiłem wrzaskiem i płaczem swoje przybycie na świat przy pomocy niemieckiej akuszerki.

I rosłem. Będąc już w wieku, kiedy wiedziałem do czego służą nogi, nie potrafiłem spokojnie usiąść w wózku i gdybym nie miał na sobie szelek, już bym biegał po Szczecinie. Za wózkiem wisiałem kilkanaście razy.

Będąc już starszy, podglądałem co robili rodzice. Pamiętam swoje podwórko, na którym rosły drzewa i krzewy. Było ładnie, teraz to wybetonowana studnia. Wszystkie mieszkania w naszej kamienicy były zamieszkałe. Puste były jedynie dwa górne piętra oficyny, gdyż trafiła tam bomba lotnicza.

Na podwórku zaroiło się od dzieci.

irs6

c.d.n.