Opublikowane przez w Biblioteka, Publicystyka, Wydarzenia.

O przygotowaniach do wydania albumu poświęconego szczecińskiemu Grudniowi 1970 r. informowaliśmy już w 2006 r. Za naszym pośrednictwem czytelnicy „Gazety Wyborczej” oraz miłośnicy Szczecina mogli przekazać fotografie przeznaczone do publikacji. Później zapraszaliśmy na promocję gotowego już albumu, a poruszona w nim tematyka gościła na antenie Polskiego Radia Szczecin w ramach audycji „Szczecin we wtorek”.

Dziś oddajemy głos autorom (dr Małgorzacie Machałek z Muzeum Narodowego w Szczecinie, dr. Erykowi Krasuckiemu z Uniwersytetu Szczecińskiego i Pawłowi Miedzińskiemu z Instytutu Pamięci Narodowej Oddział w Szczecinie), by na łamach naszego portalu mogli ustosunkować się do internetowego debiutu dr. Michała Paziewskiego (przy okazji – serdeczne gratulacje Szanownemu Debiutantowi składa redakcja sedina.pl!). Jego recenzja opublikowana została w Szczecińskim Dwumiesięczniku Kulturalnym „Pogranicza”, a przypomniana przez Portal Regionalny stetinum.pl, redakcja którego odmówiła jednak przyjęcia odpowiedzi autorów albumu.

Redakcja Portalu Miłośników Dawnego Szczecina sedina.pl

***

Odpowiadając na recenzję albumu Zbuntowane miasto. Szczeciński Grudzień ’70-Styczeń ’71 autorstwa dr Michała Paziewskiego, zamieszczoną w numerze 4 „Pograniczy”, wypada zacząć od stwierdzenia, wydarzenia Grudnia ’70 i Stycznia ’71 mają znaczenie przełomowe dla całej powojennej historii Polski, a szczególnie Pomorza Zachodniego. Właśnie wówczas, jak pisze we wstępie do albumu dr Eryk Krasucki, szczecińskie społeczeństwo […] zdało sobie sprawę z tego, że stanowi wspólnotę. Mówiąc wprost, Szczecin zyskał szczecinian […]. Grudzień stał się metaforą, niosącą w sobie wieloznaczność, jakiej brak innym wydarzeniom w powojennej historii miasta (E. Krasucki, Grudzień’70 i jego konsekwencje [w:] Zbuntowane miasto. Szczeciński Grudzień ’70 – Styczeń ’71, red. M. Machałek, P. Miedziński, Szczecin 2008, s. 9).

W wymiarze ponadregionalnym wydarzenia szczecińskiego Grudnia ’70 nie zdołały przebić się do świadomości ponadregionalnej. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy była mniejsza niż w innych ośrodkach ilość opracowań o charakterze naukowym i popularnonaukowym. Z tego też powodu w 2006 r. ówcześni pracownicy Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN w Szczecinie uznali, że należy tą lukę wypełnić, a najlepiej to uczynić przygotowując album adresowany do szerokiego odbiorcy.

Przygotowanie albumu to jednak zadanie bardzo trudne, zwłaszcza w odniesieniu do tak złożonego, wielowymiarowego i trudnego do jednoznacznej oceny wydarzenia, jakim był Grudzień ’70. Wymaga on przemyślanej koncepcji, czasami dodatkowych wyjaśnień, a czasem okazuje się, że po prostu nie ma zdjęć, które mogłyby zilustrować jakiś fragment wydarzeń. Zebranie i opracowanie kilkuset zdjęć, z których do albumu wybrano 445 trwało kilkanaście miesięcy. Jednym z najtrudniejszych zadań było zlokalizowanie miejsc i zidentyfikowanie postaci utrwalonych na zdjęciach. Po latach zawodzi pamięć bohaterów wydarzeń, niektórych nie ma już między żywymi.

Znając dotychczasowe zainteresowania historyczne dr. Michała Paziewskiego, ówczesny dyrektor Oddziału IPN, dr Kazimierz Wóycicki, złożył mu propozycję współredagowania albumu. Obecny Recenzent zgodził się napisać tekst wprowadzający oraz uczestniczyć w trudnych pracach redakcyjnych polegających na identyfikacji, selekcji oraz decydowaniu o układzie fotografii. Zadeklarował również, że sam dostarczy kilka cennych fotografii dokumentujących tamte wydarzenia. Zaproponował nawet tytuł albumu Zbuntowane miasto i uczestniczył w kilku spotkaniach redakcyjnych. Miał wówczas okazję przekonać się, jak trudno jest po latach identyfikować postacie i miejsca – wielokrotnie wskazana przez niego lokalizacja okazywała się błędna po dokonaniu wizji lokalnej. Niewykonalnym zadaniem okazała się również podjęta przez niego próba zidentyfikowania wszystkich uwiecznionych na zdjęciu członków komitetu strajkowego ze stycznia 1971 r. – o tym w recenzji dr Paziewski nie napisał. Tak samo jak o tym, że zarówno układ albumu, jak i podpisy pod zdjęciami poznał przed jego publikacją i miał też możliwość przedstawienia własnej wizji wydarzeń. Niestety, przygotowany przez niego tekst wprowadzenia był zbyt obszerny. Został poproszony o naniesienie korekt, jednak poprawionego tekstu nie dostarczył. Mijały kolejne miesiące i zamknięcie prac nad albumem wydawało się coraz mniej realne (IPN wiązała umowa wydawnicza i zobowiązania finansowe, a nie kolejna rocznica wydarzeń). Jedynym rozwiązaniem tej patowej sytuacji było przejęcie całkowitej odpowiedzialności za opracowanie części fotograficznej przez pracowników IPN, a przygotowanie wstępu powierzenie innemu autorowi, co też się stało.

Opisana wyżej sytuacja sprawia, że szczególnie dotkliwy staje się postawiony przez dr Paziewskiego zarzut fałszowania obrazu przedstawionych w albumie wydarzeń. Czy to rzekome fałszowanie polega na przedstawieniu maksymalnie pełnego i zróżnicowanego, na tyle, na ile pozwolił na to zgromadzony materiał fotograficzny – obrazu? Czy może Recenzentowi chodzi o to, że w albumie znalazły się oceny, z którymi on sam się nie zgadza?

Szczeciński Grudzień ’70 i Styczeń ’71 niewątpliwie zasłużyły na rzetelne, udokumentowane źródłowo opracowanie. Mam nadzieję, że nie będziemy długo czekać. Być może napisze je jakiegoś młody historyk zainspirowany naszym albumem. A błędy i usterki, które znalazły się w albumie zostaną usunięte w jego drugim wydaniu.

(MM)

***

Dzięki temu, że żyjemy w wolnym kraju możemy krytykować i być poddawani krytyce. I ja się tej krytyki absolutnie nie boję. I nie dlatego, że uważam, że album nie ma błędów ani wad. Oczywiście, takowe posiada. Pytanie tylko, czy jedynie wady? Może ma też jakieś zalety? Gdyby dr Paziewski zechciał skorzystać z zaproszenia i przybyć na promocję albumu do historycznej świetlicy w stoczni (tam, gdzie w 1971 r. miało miejsce spotkanie strajkujących stoczniowców z Edwardem Gierkiem) to usłyszałby, jak wspominałem o mankamentach albumu. I słyszałby dlaczego do nich doszło. I wiedziałby również, że apelowałem do szczecinian, a szczególnie uczestników tamtych dramatycznych chwil, o pomoc w badaniach nad Grudniem, o pomoc w rozwikłaniu „białych plam”.

Niestety, Recenzent z zaproszenia nie skorzystał.

Pozwolę się zatem odnieść do zarzutów, jakie dotyczyły przede wszystkim fotograficznej strony albumu, pozostawiając ewentualną polemikę z Recenzentem pozostałym autorom wydawnictwa.

Przynajmniej setka odbitek z tej fotodokumentacji wcześniej była już prezentowana, nierzadko wielokrotnie, w różnych wydawnictwach zarówno krajowych (cenzurowanych), jak i pozacenzuralnych, a także emigracyjnych czy w prasie zachodniej. To zarzut? Album to pierwsza tak kompleksowa publikacja dotycząca 1970 r. w Szczecinie. Trudno, aby nie znalazły się w niej ikony tamtych dni. Może powinienem był nie zamieszczać zdjęcia płonącego komitetu partii? Przecież to znane zdjęcie. Albo zdjęcia z wizyty Gierka w stoczni? Też były wielokrotnie publikowane. Ba. Nawet ich autor zdobył za nie nagrodę w konkursie fotograficznym.

Pomijając fakt, że nie „przynajmniej setka” a zaledwie kilkadziesiąt zdjęć było publikowanych to przecież pozostałych kilkaset było publikowanych po raz pierwszy! To dla Recenzenta zapewne nieważne. Chociaż pamiętam jak ze zdumieniem spoglądał na zdjęcia, jakie udało mi się zeskanować z materiału filmowego, który kilkadziesiąt lat przeleżał w archiwum MSW w Warszawie.

Michał Paziewski ma swoją wizję Grudnia. Autorzy swoją. Jak pisze Osiem fotograficznych części wypacza rzeczywisty obraz i przebieg zdarzeń […] Przyjęta koncepcja doboru i prezentacji fotografii tworzy w istocie fałszywy obraz tego najważniejszego rozdroża w dziejach Polski Ludowej. Bardzo mocne słowa. Wolałbym, aby to ocenili Czytelnicy. Myślę, że album obroni się sam.

Fotki te w większym stopniu odzwierciedlają mentalność esbeków i inspirowanych oraz kontrolowanych przez bezpiekę żurnalistów, aniżeli rzeczywistość społeczną późnego Gomułki czy wczesnego Gierka. A moim zdaniem połączenie zdjęć życia codziennego miasta w zestawieniu z fotografiami sygnalitycznymi doskonale ilustruje tamte dni. Z jednej strony ludzie, którzy szykują się do Świąt Bożego Narodzenia a z drugiej ci, którzy siedzą zatrzymani w areszcie. Ale może Recenzent zna lepsze zdjęcia opisujące epokę późnego Gomułki czy wczesnego Gierka.

O tym jak trudno opisać fotografię sprzed kilkudziesięciu lat wie dobrze sam dr Paziewski. Wszak jako konsultant został poproszony o przyporządkowanie nazwisk do postaci na zbiorowym zdjęciu członków komitetu strajkowego (fotografia 425). Próba ta nie udała mu się. Zatem nie dziwię się, że akurat ten zarzut nie znalazł się w rzeczonej recenzji.

Jako swoiste kuriozum uważam uwagę o zamieszczeniu przedruku „Kuriera Szczecińskiego” z 18 stycznia 1971 r. Ten przedruk ukazuje, jak ówczesna władza potraktowała ofiary tamtych dni. O dziwo nie dostrzega tego Michał Paziewski.

Lucjan Adamczuk rozmawiał ze mną na temat Grudnia. Oglądał próbny wydruk albumu. Poproszony został przeze mnie o pomoc w interpretacji i podpisie zdjęć ze styczniowego strajku. Na promocję albumu przyjechał specjalnie z Warszawy. Jeżeli naprawdę tak powiedział, jak przytacza Recenzent to czuję się niesprawiedliwie skrzywdzony. Bywa i tak.

Faktycznie. Jedno (a nie dwa) zdjęcia mają lustrzane odbicia. To błąd. Zasugerowałem się oryginałem odbitki. To prawda, że fotografia numer 47 nie została wykonana przez funkcjonariusza Wydziału „B”. Pomyliłem się. Ale udało mi się ustalić poprawnie autorstwo setek innych zdjęć. I to pomimo ich zagmatwanych losów. Przecież te zdjęcia były ukrywane, kopiowane, reprodukowane. Zmieniali się właściciele odbitek, po latach liczne zdjęcia krążyły wśród kolekcjonerów. A nawet były przywłaszczane. Ale jednak… Jedno zostało błędnie podpisane. Mea culpa.

Za żenujące uważam argumentowanie, iż dokonano „zaniechań i niedpowiedzeń”. Recenzent uważa, że należało dodać kolejne zdjęcie z „Żałobnej manifestacji” 1 maja 1971 r. 15 fotografii to za mało? Na wstępie swej recenzji utyskiwał, że zbyt dużo miejsca poświecono walkom ulicznym…

Na zakończenie dodam jeszcze, że album, i to zauważył Recenzent, ma częściowo uzupełnić wiedzę o tych ważnych wydarzeniach z naszej przeszłości i przypomnieć, jak doniosłą rolę odegrał wówczas Szczecin. Nie rości sobie praw do bycia monografią, nie stanowi kompendium wiedzy. Nie takie były intencje autorów. Mam nadzieję, że każdy, kto chce wyrazić swą opinię najpierw album zobaczył, przeczytał, a później ją formułował. Natomiast zdaje się, że dr Paziewski zastosował w tym przypadku radę prezesa KS „Tęcza” kierowaną do wyjeżdżających na Zachód: „rozchodzi się jednak o to, aby te plusy nie przesłoniły wam minusów”.

(PM)

***

Małgorzata Machałek i Paweł Miedziński powiedzieli niemal wszystko, co niezbędne. Chciałbym przeto zwrócić uwagę na jedną rzecz, która w ich odpowiedzi się nie pojawiła. Chodzi o niezrozumienie przez dr. Paziewskiego różnicy między pisaniem „naukowym” a „popularnym”. Tekst do albumu Zbuntowane miasto miał być z założenia esejem, próbą przybliżenia wydarzenia w sposób lekki i łatwo przyswajalny. Nie chodziło o epatowanie czytelnika mnóstwem przypisów, odnośników, mnożeniem wątków i szczegółowymi informacjami. Autor recenzji zdaje się tej prostej prawdy nie rozumieć, przywiązany do źle pojętego akademizmu. Forma eseistyczna narzuca również daleko posunięty subiektywizm wypowiedzi. To nie jest tekst pisany na zamówienie czy pod założenia jakiejś „idei pamięci narodowej”, o której wspomina, i o którą upomina się dr Paziewski, ale wyraz osobistych przemyśleń na temat wydarzeń z roku 1970 i 1971. Mogę zrozumieć, że mojego punktu widzenia recenzent nie podziela, ma do tego pełne prawo, ale zarzucanie komuś „powielania stereotypów ukształtowanych jeszcze przez peerelowską propagandę” jest lekką przesadą. A cóż to znaczy? Czy nie jest to aby element symbolicznego naznaczenia kogoś? Swego rodzaju splunięcia mu pod nogi i okazania swojej moralnej wyższości, zwłaszcza teraz gdy czarno-biały obraz historii powojennej staje się obowiązującą normą.

No, ale załóżmy, że dr Paziewski nie to ma na myśli i chodzi mu o rzeczy „wyższe”. Szczególnie oburzyło go bowiem wspomnienie o agresywnym tłumie demonstrantów, czemu dał wyraz w przytoczeniu i skomentowaniu kilku wyrwanych z kontekstu zdań. Recenzent podsunął też własną interpretację, wedle której 17 grudnia 1970 r. mieliśmy w Szczecinie do czynienia z pokojową demonstracją robotników. Jeśli tak, to rzeczywiście jestem spadkobiercą propagandy poprzedniego systemu. Mogę się tego wstydzić, ale nie opuszcza mnie myśl, że nie jestem sam; co więcej, że znajduję się w całkiem ciekawym gronie. Dobrze widać to w publikacjach prof. Jerzego Eislera (nota bene, recenzenta wydawniczego albumu), również w tej ostatniej – Grudzień ’70 – pamiętamy – wydanej przy okazji gdańskiej konferencji, o której dr Paziewski w swoim tekście wspominał. Czytelnik znajdzie w niej mnóstwo, częstokroć drastycznych, przykładów, ukazujących rosnącą z minuty na minutę agresję demonstrantów, przerażenie sił porządkowych i wojska. Nie cofa się również, przed opisem tego, co stało się w mieszkaniu zabitej Jadwigi Kowalczyk, które zostało obrabowane w momencie kiedy znajdowało się w nim ciało martwej dziewczynki. Profesor Eisler niczego nie pomija i nie ukrywa. Czy zatem i on powiela stereotypy peerelowskiej propagandy? Wspomnieć warto również, że i sam dr Paziewski w swoich artykułach nie stronił od ukazywania tego ciemnego, ale przecież też prawdziwego oblicza Grudnia. Nie nazywał może spraw wprost, posługując się eufemizmami, ale uważny czytelnik jego tekstów mógł się wielu rzeczy domyślić. Szkoda, że dziś zapomniał o tym, a może po prostu dla potrzeb recenzji to świadomie przemilczał. O poklask, z tezą o „pokojowym wymiarze demonstracji robotników”, wszak nie trudno.

Jest w tekście dr. Paziewskiego jeszcze coś – frustracja. Uczucie ludzkie, ale i niskie, które bywa z reguły złym doradcą. To ona chyba w największym stopniu podyktowała mu taki, a nie inny ton recenzji. Jak wiele złej woli potrzeba, aby w omawianej książce nie dostrzec ani jednego pozytywnego elementu. Niczego, co mogłoby złagodzić w jakiś sposób wydźwięk wskazanych błędów, zarówno tych rzeczywistych, jak i wydumanych. To w pełni ilustruje skalę rozżalenia autora, który od kilku lat zapowiada książkę na temat rewolty grudniowej i jak do dziś się takowej nie doczekaliśmy. Tak po ludzku, rozumiem ten stan, wszak pierwsza duża, efektownie wydana i wychodząca daleko poza akademicki obieg publikacja na temat wydarzeń z 1970 i 1971 r. została przygotowana przez kogoś innego. Ale to tak naprawdę problem tylko jednej osoby. Jeśli więc możemy mówić o jakiejś „zmarnowanej szansie” to chyba właśnie w przypadku dr. Paziewskiego.

(EK)

Komentarze można zamieszczać na forum.