Opublikowane przez sedina w Kuchnia, Szczecinianie.

O sobie mówi, że jest rówieśniczką polskiego Szczecina. Córka pionierów, którzy przyjechali do Szczecina w 1945 r. tuż przed jej urodzeniem. Zamieszkali w oficynie kamienicy przy obecnej al. Wojska Polskiego, dokładnie tej, w której Bogumiła ma swój bar.

– Ten „Pasztecik” był moim przeznaczeniem – żartuje.

Bogumiła Polańska z wykształcenia jest technologiem żywienia. Odkąd pamięta lubiła gotować. Paszteciki są jej pasją, choć nie od razu podbiły jej serce. Chciała mieć własną restaurację. Pasztecik miał być tylko na chwilę. Dziś nie może bez niego żyć. Kiedy powstawał pierwszy bar uczestniczyła w jego tworzeniu, po kilku miesiącach od otwarcia baru, objęła kierownictwo. Miała wtedy 24 lata.

Pamięta Pani pierwszy dzień baru „Pasztecik”?

Bogumiła Polańska: W pamięć zapadła mi witryna baru. Była pięknie wymalowana – widniały na niej bulionówki z barszczem na przemian z pasztecikami. W środku, na sali ustawione były stoliki do konsumpcji na stojąco. Ściana dzieląca salę konsumpcyjną od zaplecza miała duże kolorowe szyby, które pięknie rozświetlały wnętrze. Było kolorowo, bajecznie. Choć nie było wtedy glazury i paneli, jak dziś, bar naprawdę wyglądał pięknie. Maszyna do pasztecików stała na sali konsumpcyjnej, była widoczna dla konsumenta, który dzięki temu mógł patrzeć jak powstają paszteciki. Później, ze względów bezpieczeństwa, została zasłonięta.

W menu był pasztecik z nadzieniem mięsnym (receptura na bazie wołowiny), barszcz czerwony czysty, bulion, bulion z żółtkiem i pierożki w barszczu, które konsumenci uwielbiali. Szło ich bardzo dużo, ponad sto kilogramów dziennie.

Jakie paszteciki smażyliście wtedy?

– Tylko z nadzieniem mięsnym. Nie było osoby, która przechodząc ulicą nie weszła, żeby skosztować. Maszyna specjalnie była ustawiona na widoku. Dziś nazwalibyśmy to chwytem marketingowym. Każdy musiał zjeść gorącego pasztecika, który robił się na jego oczach.

Nie pamiętam ceny z pierwszych dni, ale w 1972 r. pasztecik z mięsem kosztował 2.50 albo 3 zł.

Ile pasztecików sprzedawało się w ciągu dnia w najlepszych czasach?

– Tego się nigdy nie liczyło. Maszyna chodziła non stop. Dopiero wieczorem trochę cichła. Bar był otwarty codziennie, nawet w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia i w Święto Zmarłych. Z oryginalnej radzieckiej instrukcji wynika, że na pełnych obrotach maszyna smażyła nawet kilkaset pasztecików w ciągu godziny.

Kiedy pojawiły się inne nadzienia?

– W komunie brakowało wszystkiego: jak przywieźli mąkę to drożdży nie było, jak były drożdże, to znów oleju nie miałam. Wymyślałam więc przeróżne receptury z tego co było i w ten sposób pojawił się kiedyś pasztecik z twarogiem (na słono i na słodko), mięsno-warzywny, drobiowy, rybny. Bywały też paszteciki bez farszu, kiedy brakowało wszystkiego. Pisałam wtedy kartkę „awaria”. Klienci się denerwowali: wczoraj awaria, dziś awaria. Ale co miałam zrobić? Farszu po prostu nie było.

Te niemięsne nadzienia, które są w aktualnej ofercie baru, czyli pieczarka z serem i kapusta z grzybami, pojawiły się po raz pierwszy, kiedy wybuchła epidemia choroby „wściekłych krów”. Ludzie wtedy po prostu przestali kupować wołowinę.

Pasztecik to moja pasja, całe moje życie. Bardzo lubię to miejsce. Pewien pan namawiał mnie kiedyś na zmianę wystroju, nowy podświetlany neon z nazwą zakładu, ale ja uważam, że nowoczesny wystrój w tym barze nie pasuje. Zniszczy jego klimat. Lubię słuchać jak klienci siadają przy mozaikach i mówią: „tu się czas zatrzymał”. Proszą, żeby nie zmieniać wystroju. I to najczęściej są młodzi ludzie.