Opublikowane przez Student w Szczecinianie.

Jak liczną organizacją był NZS w WSP już po legalizacji?

Nie jestem w stanie dzisiaj już określić dokładnej liczby naszych członków. Trzeba jednak powiedzieć, że większość środowiska studenckiego nie należała do żadnej organizacji. NZS nie był zbyt liczny, podobnie jak nieliczne było SZSP. Wydaje mi się, że zorganizowani członkowie, zarówno SZSP, jak i NZS-u, którzy podpisali deklaracje członkowskie, to była w WSP w porywach jedna piąta studentów.


Czy próbowaliście jakoś zachęcać studentów do wstąpienia w szeregi waszej organizacji?

Jeżeli ktoś chciał, mógł do nas przyjść, dostać deklarację członkowską i ją podpisać. Trochę ludzi przeszło do nas nawet z SZSP. Pamiętam, że na Wydziale Humanistycznym ta organizacja przestała istnieć z chwilą, kiedy do NZS-u przepisała się szefowa Rady Wydziału związku, Bogna Aleksandrowicz, dziś Skarul, dziennikarka „Głosu Szczecińskiego”.
Nie prowadziliśmy jednak jakiejś szczególnej agitacji. Stawialiśmy raczej na jakość, a nie na ilość. Nie zależało nam na tym, ażeby nasza organizacja miała kilkuset biernych członków, którzy tylko płacą składki. NZS był grupą ludzi, którzy rzeczywiście chcieli być aktywni. Można dyskutować, czy była to grupa duża, czy mała. Moim zdaniem mała. Ale wysokiej próby!

Włączaliście się mocno w życie uczelni, byliście widoczni. Jednym ze znaczących objawów waszego zaangażowania były chociażby wybory nowych władz WSP w maju 1981 r.

Trzeba powiedzieć wprost, że to my wybraliśmy wtedy rektora. Naszym kandydatem był ówczesny docent, później profesor, Józef Kopeć, jeden z liderów uczelnianej „Solidarności”. Jego kandydatura była oczywista, nikt nawet o tym nie dyskutował.

Urządziliście mu zatem kampanię. Jak ona wyglądała?

Po amerykańsku! Do dzisiaj jestem z niej bardzo dumny. Stwierdziliśmy, że on po prostu musi być rektorem, a my musimy mu zrobić kampanię, bo jak się za to zabierze uczelniania „Solidarność”, to przypną na ścianie pineską jedną ulotkę i to będzie wszystko. I zrobiliśmy to po naszemu.
Uprzedziliśmy Kopcia, że będzie show, zrobiliśmy mu zdjęcie wyborcze i przystąpiliśmy do działania. Sposób myślenia był taki, że chcieliśmy zrobić mocne wejście. Przez całą noc przygotowaliśmy więc masę materiałów, kleiliśmy plakaty, malowaliśmy hasła. Po prostu zalaliśmy uczelnię materiałami wyborczymi.

Jaka była na to reakcja?

Szok! Osiągnęliśmy więc to, co chcieliśmy osiągnąć. Kontrkandydatem Kopcia był docent Jaskot, działacz partyjny, późniejszy komisaryczny rektor. Kiedy to zobaczył, szybko zrezygnował z kandydowania. No i Kopeć został rektorem.

Czy angażowaliście się także w wybór pozostałych władz uczelni?

Bardzo ważne było dla nas także kto zostanie prorektorem do spraw studenckich, ponieważ to miał być dla nas partner do załatwiania różnych kwestii. Nie mieliśmy jednak oczywistego kandydata, wiele o tym dyskutowaliśmy… W końcu jednak został nim historyk, profesor Tadeusz Białecki. Sam chodziłem do niego, ażeby namówić go na kandydowanie. Mówił mi, że się nie nadaje, ale ja argumentowałem, że chcą go studenci, którzy lubią go i uważają, że będzie świetnym partnerem do rozmów. To był rzeczywiście kandydat studentów.

Czy i w tym razem sprawy potoczyły się po waszej myśli?

Tak. Profesor Białecki został w końcu prorektorem do spraw studenckich. Podobnie było także w przypadku wyborów władz poszczególnych wydziałów.

NZS wprowadził także swoich przedstawicieli do senatu WSP.

Nasi kandydaci w wyborach przeprowadzonych na całej uczelni zdobyli bodaj 99% głosów i objęli przytłaczającą większość miejsc przeznaczonych w senacie dla studentów.
Prace senackie nie należały jednak do najistotniejszych kwestii, którymi zajmowała się nasza organizacja. Ważne było przede wszystkim to, że byliśmy we senacie, mieliśmy prawo głosu i należało z tego korzystać. Uważałem, że absencja na posiedzeniach jest niedopuszczalna. Staraliśmy się jednak uchylać od głosu tam, gdzie uznawaliśmy, że studenci wypowiadać się nie powinni. Przykładowo, kiedy pewnego razu stanęła kwestia podejrzenia jednego z pracowników naukowych o plagiat, przy głosowaniu decyzji w jego sprawie wstrzymaliśmy się od głosu.
Udzielaliśmy się natomiast w sprawach, które nas bezpośrednio dotyczyły, jak np. programy nauczania.

Czy udało wam się wywalczyć jakieś zmiany?

Nie musieliśmy walczyć! Pamiętam pewną sytuację, kiedy rektorem był jeszcze Henryk Lesiński. Mieliśmy spotkanie które miało dotyczyć ograniczenia godzin tzw. przedmiotów ideologicznych. Negocjacje były przekomiczne, ponieważ usiedliśmy naprzeciw siebie i nagle ze strony moich „przeciwników” padła propozycja, która wychodziła daleko ponad to, co sam chciałem osiągnąć. Myślałem, że będę musiał walczyć o każdą godzinę, a propozycja dotyczyła takiego ich drastycznego ograniczenia, aby tylko pracownicy naukowi mogli wyrobić to, czego się od nich wymaga, przy podziale studentów na dodatkowe grupy. Nie mogłem nie zaakceptować takiego rozwiązania!

Jak natomiast wyglądała sprawa możliwości wyboru języka obcego?

Język rosyjski pozostał obowiązkowy. Oczywiście ubiegaliśmy się o zmianę tego stanu rzeczy, ale to tak naprawdę nie zależało już od jednej decyzji władz uczelni. Trzeba zaznaczyć, że nie chodziło nam o kolejne ograniczenie liczby godzin, czy zniesienie przedmiotu, ale stworzenie studentom możliwości wybierania języka obcego. A to już była bardziej skomplikowana kwestia, ponieważ składały się na nią takie sprawy, jak potrzeba utworzenia nowych etatów, czy zatrudnienia nowych pracowników. Myślę, że zabrakło nam czasu, gdybyśmy działali dłużej, wiele rzeczy dałoby się zrealizować.

Studenci nie doczekali się także zmian w zasadach szkolenia wojskowego…

To był już problem ogólnopolski, nie można było załatwić tego na poziomie uczelni. Chodziło o zmiany ustawowe. Pamiętam, że przedstawiciele władz krajowych NZS-u prowadzili w tej sprawie negocjacje w Ministerstwie Obrony Narodowej.
W WSP praktycznie rzecz biorąc nie poruszaliśmy tej kwestii. Tym bardziej, że szefem studium wojskowego był płk Jan Szyszkowski, który nie ukrywał swojej sympatii dla naszej organizacji. Do tego stopnia, że wydawał swoim podwładnym rozkazy uczestnictwa w organizowanych przez nas spotkaniach. Przychodzili oni na nie w cywilnych ubraniach i kiedy mówiłem niektórym gościom, że Ci ludzie w pierwszych rzędach to major, kapitan i tak dalej, było to dla nich ogromne zaskoczenie, ponieważ w innych miastach takie rzeczy się nie zdarzały.

NZS zajmował się także szeroko rozumianą działalnością kulturalną.

Na tym polu bardzo dobrze się nam współpracowało z „Solidarnością”. Pomagaliśmy im przy organizowaniu różnych wydarzeń kulturalnych, koncertów, czy też prosiliśmy o sponsoring dla własnych działań. Szczególnie dobrze pracowało się nam z komisją robotniczą ze Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiego, gdzie za kulturę był odpowiedzialny Bogdan Baturo.
Zainspirowani przez Zygmunta Duczyńskiego z „Kany”, sprowadziliśmy przykładowo do Szczecina dwa zagraniczne zespoły z Festiwalu Teatru Otwartego we Wrocławiu: palestyński El Hakawati i belgijski Banlieu. Dziewczyny z pierwszego z nich występowały w „Kontrastach”, Belgowie z kolei w klubie stoczniowym „Korab”. Koszty tych przedsięwzięć pokrywała „Solidarność”.
Także za sprawą NZS-u na uczelni miała miejsce emisja filmu dokumentalnego Andrzeja Trzosa-Rastawieckiego „Pielgrzym”, o pierwszej pielgrzymce Jana Pawła II do Polski. Udało mi się zdobyć jego kopię od księży chrystusowców z kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa w Szczecinie.

Działacze NZS-u organizowali również różnego rodzaju wystawy, m.in. wydawnictw niezależnych, czy na temat Grudnia’70…

Wystawa dotycząca Grudnia miała miejsce w 1980 r., w dziesiąta rocznicę tragicznych wydarzeń na wybrzeżu. Urządziliśmy ją w budynku Wydziału Humanistycznego na Tarczyńskiego, na dodatek na piętrze dziekańskim.
Wystawa była autorskim projektem Ryszarda Dąbrowskiego, który był wtedy fotografikiem stoczniowej „Solidarności”. Zawierała archiwalne fotografie z różnych źródeł, wśród nich efektowne zdjęcia płonącego Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Pamiętam, że rozkładaliśmy ją na uczelni wieczorem.
Następnego dnia nasz dziekan, profesor Ludwik Janiszewski, mało nie dostał zawału, kiedy idąc do pracy jak co rano, nagle natknął się na wielkie zdjęcia KW w ogniu. Bo oczywiście nie pytaliśmy o zgodę na urządzenie wystawy wychodząc z założenia, że jesteśmy tak samo gospodarzami wydziału, jak władze dziekańskie. Poza tym, jak już mówiłem, nie byliśmy formalistami.

c.d.n.