Opublikowane przez Student w Szczecinianie.

W lutym 1981 r. w całym kraju na uczelniach miały miejsce strajki w walce o rejestrację NZS-u. Jak wyglądała wtedy sytuacja w WSP?

Dosyć dziwnie. Ja sam nie byłem entuzjastą strajków. Uważałem, że naszą rolą jest cierpliwe budowanie struktur, krzepnięcie, poszerzanie formuły działalności. Urządzanie strajku było natomiast pozostawieniem całej roboty organizacyjnej.


W końcu jednak strajk wybuchł. W jaki sposób do tego doszło?

W związku z akcją strajkową w całej Polsce, także na naszej uczelni zapanował ferment, na który trzeba było jakoś odpowiedzieć. W auli przy ulicy Wielkopolskiej, która była największym pomieszczeniem na uczelni, został zatem zorganizowany wiec pod hasłem „czy strajkujemy?”, co było już pewną sugestią. Pamiętam, że byłem wtedy trochę niezadowolony, bo dowiedziałem się o wszystkim jako ostatni.
Znalazłem się na tym wiecu, ale wciąż uważałem, że powinniśmy czekać na rozwój wydarzeń w kraju. Decyzję o podjęciu strajku przegłosowano natomiast kiedy opuściłem na jakiś czas aulę. Wyszedłem prawdopodobnie zadzwonić do kogoś Łodzi, która była strajkowym centrum, odbywały się tam negocjacje z władzami Ministerstwa Nauki, Szkolnictwa Wyższego i Techniki, aby dowiedzieć się jak rozwija się sytuacja. I szczerze mówiąc byłem wkurzony, bo uważałem podjęte działania za zbyt pochopne. I miałem rację!

Wasz protest nie trwał długo.

WSP zastrajkowała momencie, kiedy w Łodzi w zasadzie już podpisano porozumienie. I ten pochopnie rozpoczęty strajk trzeba było zakończyć już po jakichś 24 godzinach. My to nazwaliśmy zawieszeniem strajku. Można już było wznowić różne prace organizacyjne. Pamiętam, że dla mnie to był wyjątkowo szaleńczy okres. Jeździłem bez przerwy po całym kraju, uczestniczyłem w różnych spotkaniach dotyczących dalszej działalności, już po rejestracji NZS-u, która nastąpiła wraz z podpisaniem porozumienia łódzkiego 17 II 1981 r.

Wszedł pan także do władz krajowych Zrzeszenia…

Tak. Po legalizacji, na początku kwietnia 1981 r. w Krakowie odbył się I Ogólnopolski Zjazd Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Uczestniczyłem w nim jako jeden z delegatów ze Szczecina. Odbyły się tam wybory do Krajowej Komisji Koordynacyjnej i ku mojemu zaskoczeniu, ja również zostałem wybrany. Członkiem krajówki został także Wiesiek Kupiński z PAM-u. Później jednak tylko ja jeździłem na posiedzenia KKK. Nie byłem tam zresztą zbyt aktywny, raczej się przysłuchiwałem. Szybko zorientowałem się, że niestety cechą studentów jest pieniactwo.

Kiedy zostały natomiast wyłonione oficjalne władze NZS-u w WSP?

Nam właściwie nie przeszkadzała formuła Tymczasowego Komitetu Założycielskiego. Nie byliśmy formalistami, poza tym ciągle mieliśmy coś do roboty. W związku z tym dosyć długo nie zwoływaliśmy w zasadzie walnego zgromadzenia, żeby dokonać przekształcenia z TKZ.
Pod koniec marca 1981 r. przyszedł jednak taki ostry moment, jakim był kryzys bydgoski. Była to już poważna sytuacja, rozważano różne scenariusze wydarzeń, aż do interwencji w Polsce wojsk Układu Warszawskiego włącznie.
Uznałem wtedy, że to już najwyższy czas, żeby zwołać jakieś zebranie i wybrać oficjalne władze. Pamiętam, że zabierając głos na tym spotkaniu mówiłem, że sytuacja w kraju jest tak napięta i niebezpieczna, że aby się móc do niej ustosunkować, musimy mieć mandat wyborczy.

I został pan wybrany przewodniczącym Komisji Uczelnianej.

Tak, ale tylko jednym głosem większości przed Pawłem Bartnikiem, a ja sam oddałem swój głos na niego! Można właściwie powiedzieć, że NZS w WSP miał dwóch przewodniczących, bo szliśmy z Pawłem łeb w łeb, harowaliśmy równo. Bardzo się przy tym zaprzyjaźniliśmy, odkryliśmy że myślimy takimi samymi kategoriami, więc absolutnie się zgraliśmy, pracowaliśmy w duecie.
Były oczywiście także inne ważne osoby, które bardzo ciężko pracowały, m.in. Teresa Hulboj, Marek Adamkiewicz, Paweł Kłodziński, Leszek Chwat, Janusz Biernat, Marzena Kowalska, Jerzy Kowalski (wówczas już absolwent), Ania Kmito, Jacek Bursa wraz ze swoją ówczesną dziewczyną, Lucjan i Stasiu Bąbolewscy, Marek Konopski, Anna Gocek, Hanna Gorczyca, Roman Strakowski, Jarek Jasiński, Zofia Halicz, w pewnym momencie mocno widoczny zaczął być Ignacy Poczopko. Grono najbardziej aktywnych działaczy to była grupa kilkunastu, może ponad dwudziestu osób, na pewno nie wymieniłem wszystkich…

Czy odbywaliście jakieś regularne spotkania?

Teraz, po latach, odnoszę wrażenie, że było to jedne wielkie, permanentne spotkanie. Nie musieliśmy zwoływać żadnych zebrań, bo całodobowo byliśmy ze sobą w kontakcie. Niektórzy z nas chodzili na swoje zajęcia prosto z naszej kanciapy na Tarczyńskiego, a po nich wracali z powrotem. A w trakcie kryzysu bydgoskiego wprowadziliśmy dodatkowo całodobowe dyżury w jednym z pokoi na parterze Wydziału Matematyczno-Fizycznego. Nie pamiętam już nawet, czy ktoś nam ten pokój przydzielił, czy zajęliśmy go prawem Kaduka.

Czy w NZS były jakieś podziały, wewnętrzne napięcia, czy stanowiliście raczej spójną organizację?

Różnice widoczne były przede wszystkim między poszczególnymi uczelniami. Była to zarówno odmienność metod działania, jak i poglądów, np. dotyczących stosunku do Kościoła katolickiego. Już sama specyfika wszystkich uczelni i ich wielkość wymuszała pewne odrębności.

Czy staraliście się jednak koordynować pewne działania, utrzymywać współpracę?

Tak. Powołaliśmy w tym celu Komisję Koordynacyjną Niezależnego Zrzeszenia Studentów w Szczecinie. Ponieważ NZS już po legalizacji miało osobowość prawną na poziome kraju i poszczególnych uczelni, było to ciało nieformalne, wypełniające lukę związaną z brakiem struktur obejmujących całe miasto, czy region.
Spotkania komisji pozwalały nam na regularny kontakt i wymianę informacji. Traktowałem je bardzo poważnie, przygotowywałem ich tematy i porządek. Nie byłem jednak formalnym przewodniczącym. Jako uczestnik zebrań krajówki miałem po prostu coś do przekazania. Wysuwałem także propozycje formułowania pewnych opinii, czy decyzji starając się, abyśmy nie zabrnęli w gadulstwo.

Jak wyglądała kwestia podziałów w zrzeszeniu już w samej WSP?

Uważam, że byliśmy dość zwartą grupą, choć także między nami były oczywiście pewne różnice. Toczyliśmy różne dyskusje dotyczące form działalności, spraw politycznych, czy światopoglądowych. Z dzisiejszego punktu widzenia były one raczej konstruktywne.
Mogę także powiedzieć, że jako lider czułem oddech opozycji we własnej organizacji, lecz na szczęcie nie na plecach. Odmienne poglądy wyrażane były wprost. Zarzucano mi np. autorytaryzm, lub że poświęcam zbyt dużo uwagi pewnym działaniom, a za mało innym. Nie powiem, żeby mnie te głosy wtedy nie irytowały, ale na tym polega mechanizm demokracji. Sama różnica zdań już jest wartością.

Czy ta wewnątrzorganizacyjna opozycja tworzyła jakąś oddzielną grupę?

Nie. Nie było takiej grupy. Były różnice poglądów, charakterów, ale nie rozbijało to jedności naszego środowiska. Nauczyliśmy się ze sobą dyskutować i wypracowywać kompromis tam, gdzie się różniliśmy. Nie zawsze było to łatwe, bo ludzie, którzy przyszli do NZS-u, w dużej części mieli już ukształtowane poglądy. To nie było tak, że na czele byłem ja i Paweł Bartnik, a reszta to była tylko grupa potakiwaczy, którzy posłusznie realizowali nasze wizje. Byliśmy środowiskiem bardzo równorzędnym, składającym się z ludzi o wyrazistych poglądach i osobowościach.
Poza tym nie tworzyliśmy sztucznych ograniczeń. Wszyscy byliśmy w jednej organizacji, pozbawionej konkretniejszej bazy materialnej, poza wspomnianą już pulą wydzieloną przez władze uczelni. Jeśli ktoś uważał, że pewna sfera działalności jest zbyt słabo obsługiwana, mógł się nią po prostu zająć sam. Ja jako przewodniczący byłem wręcz zachwycony, jeśli ktoś samodzielnie chciał coś w ramach NZS-u organizować.

Na Politechnice Szczecińskiej sporną kwestią wśród działaczy Zrzeszenia był wspomniany już przez pana stosunek do Kościoła katolickiego. Czy u was również odgrywało to jakąś rolę?

Nie, u nas ta kwestia nie była ważna. Ja na przykład byłem i jestem niewierzący, inaczej niż Paweł Bartnik, czy Tereska Hulboj. Uważałem jednak, że bez względu na mój stosunek do religii, uczelnia powinna być pluralistyczna, więc na spotkania zapraszaliśmy także osoby duchowne. Pamiętam przykładowo ojca Jacka Salija.
Natomiast niektórzy, np. na politechnice, przesadzali. Im NZS mylił się chyba trochę z duszpasterstwem akademickim. W WSP uważaliśmy, że organizacja studencka nie powinna demonstrować swojej religijności, a kwestia wiary jest intymnym, osobistym wyborem każdego człowieka.
Radykalne określenie światopoglądu Zrzeszenia spowodowałoby zamkniecie drzwi przed ludźmi, którzy się z nim akurat nie identyfikują, są niewierzący, bądź indyferentni religijnie. My natomiast programowo dążyliśmy do wieloświatopoglądowości.

c.d.n.