Opublikowane przez Student w Szczecinianie.

Posiadanie jakiegoś programu dawało już panu w środowisku pozycję lidera. Odbywaliście w tym okresie jakieś spotkania organizacyjne na uczelni? Zaczęły powstawać struktury?

Sformalizowanych struktur jeszcze nie było. Zrzeszenie ciągle było nielegalne. Ujawniliśmy się jednak jako TKZ na uczelni. Zorganizowaliśmy spotkanie w auli WSP przy ulicy Wielkopolskiej, na które przyszło całkiem sporo studentów. Ogłosiliśmy wtedy, że tworzymy nową organizację. Ktoś z nas był już wcześniej na ogólnopolskim spotkaniu w Warszawie, mogliśmy więc zaprezentować projekt statutu. Sam przepisywałem go ręcznie przez całą noc, żeby móc go wywiesić na kilku wydziałach, żeby studenci mogli się z nim zapoznać.


Jak natomiast wyglądały spotkania ludzi związanych z TKZ? Gdzie się one odbywały?

Początkowo spotykaliśmy się we wspomnianym klubie „Kierunki”. Ludzie z PAX-u bardzo chcieli być patronami nowego studenckiego ruchu. Nam jednak ten szyld się nie podobał. Taki patron mógł być dla nas kompromitujący. Paksowcom powiedzieliśmy, że miejsce studenckiej organizacji jest na uczelni.
Bardzo dużo kolejnych spotkań odbyło się w domu u studenta Politechniki Szczecińskiej Piotra Zalewskiego, czyli „Piguły”, przy ulicy Wyspiańskiego. Spotykaliśmy się tam na różnych dyskusjach i debatach. Na spotkania te przychodzili ludzie z różnych uczelni, mogliśmy wymieniać się informacjami, wiedzieliśmy, gdzie co się dzieje. Stanowiliśmy jedno, międzyuczelniane środowisko.
Dopiero z czasem zaczęliśmy budować własną odrębność i specyfikę na własnych uczelniach. Ta specyfika wynikała po części z różnic pomiędzy poszczególnymi szkołami wyższymi, ale także z różnic z różnic charakterologicznych między nami.

Z jednego środowiska zaczęły się wyodrębniać organizacje uczelniane…

Tak. To było logiczne, że każdy musiał poinformować władze swojej uczelni o istnieniu organizacji, domagać się prawa do legalnego działania, a jednocześnie prowadzić nabór wśród studentów. I wszyscy działaliśmy na własnych uczelniach, ale jednocześnie spotykaliśmy się u Piotrka i mogliśmy wymieniać doświadczenia.

Kiedy natomiast zaczęły się odbywać oddzielne spotkania NZS-u w WSP?

Nie jestem w stanie podać dokładnej daty, mogę jednak powiedzieć, co na to wpłynęło. Dostaliśmy mianowicie od władz uczelni lokal, w którym mogliśmy się spotykać. Była to właściwie „kanciapa”, jak my to nazywaliśmy, mieszcząca się na samej górze klatki schodowej na Wydziale Humanistycznym, przy ulicy Tarczyńskiego. Wcześniej była tam graciarnia, której nikt nie zajmował i my sobie to miejsce upodobaliśmy. A że władze WSP ze zrozumieniem przyjęły powstanie naszej organizacji, bez problemu otrzymaliśmy do niego klucze.
Dodatkowo zaczęli przyjeżdżać goście, których zaprosiłem w Warszawie, więc mieliśmy już konkretną robotę na uczelni.

Zatrzymajmy się na chwilę przy sprawie waszego przyjęcia przez władze i pracowników WSP. Było ono pozytywne?

Powiedziałbym nawet, że życzliwe. Nikt nie rzucał nam kłód pod nogi, przyjmowano nas raczej z dużą ciekawością.
Muszę w tym miejscu podkreślić rewelacyjne zachowanie, wtedy jeszcze docenta, Erazma Kuźmy z Zakładu Filologii Polskiej. Człowiek ten zawsze chyba był trochę sceptyczny wobec wszystkiego oraz wszystkich, ale zrobił gest, który mnie po prostu oszołomił. Któregoś dnia zaczepił mnie z informacją, że u niego w zakładzie stoi powielacz, który się w zasadzie marnuje, nikt go nie używa. Zapytał, czy nie przydałby się nam taki sprzęt, czy nie chcielibyśmy go pożyczyć. Musiałem tylko podpisać jakieś pokwitowanie i obiecać, że powielacz kiedyś wróci do właścicieli. Dałem też słowo honoru, że nie będzie na nim drukowana literatura antypaństwowa, cokolwiek to nieprecyzyjne określenie wtedy oznaczało. Logika kolejnych wydarzeń sprawiła, że tego ostatniego nie udało się jednak dotrzymać.

Jak przyjęła was z kolei brać studencka?

Z ciekawością. Na wspomniane spotkanie w auli przy ul. Wielkopolskiej przyszło bardzo wielu studentów, którzy zadawali bardzo wnikliwe i trudne pytania, zmuszając nas tym do precyzowania zamiarów. Uświadomiłem sobie wtedy, w trakcie dyskusji, że trzeba mniej mówić o ideach, a więcej o konkretach, bo tego od nas oczekują.
Stworzyliśmy również swoiste deklaracje woli członkostwa, które można było podpisywać. Było na nich napisane, że wyraża się gotowość do wstąpienia w przyszłości do Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Wiele osób złożyło na nich swoje podpisy.

Jakie natomiast mieliście relacje z SZSP? NZS był właściwie jedyną konkurencją dla tej organizacji. Czy zwalczaliście się nawzajem?

Na temat SZSP mieliśmy różne poglądy: od najbardziej radykalnie negatywnych, jak np. Leszek Chwat, po zdroworozsądkowe. W gruncie rzeczy uważaliśmy, że SZSP swoimi działaniami demoralizuje studentów. Ludzie zapisywali się do nich, bo były wyjazdy nad jezioro, balangi, alkohol. To samo działo się też w ich klubach studenckich. To były dyskoteki, piwo, wódeczka.
Ja natomiast nie byłem w stosunku do nich agresywny. Uważałem, że celem NZS jest pokazywanie pewnej alternatywy, a nie niszczenie SZSP. Tworzyliśmy tę alternatywę w działaniu, niewerbalnie i moim zdaniem bez agresji. Mówię oczywiście o sytuacji w WSP, bo gdzie indziej nie zawsze tak było. Nie chciałbym nikogo urazić, ale czasami odnosiłem wrażenie, że wobec braku pomysłów na działanie, zwalczanie SZSP jest główną racją bytu Zrzeszenia na innych uczelniach. W WSP chodziło natomiast o pokazanie innego modelu, formuły działania, sposobu myślenia, hierarchii wartości, czy nawet innego języka. Inne było także nasze podejście do ludzi. Organizując spotkania z elitą intelektualną kraju, potraktowaliśmy studentów jak młodą inteligencję. To była ogromna zmiana w stosunku do demoralizujących działań SZSP. Wcześniej nikt nie myślał o tym, żeby w ten sposób upodmiotowić studentów.
Poza tym, w wielu dziedzinach nie byliśmy po prostu w stanie konkurować z SZSP. W przeciwieństwie do nich nie mieliśmy np. wspomnianych klubów studenckich. Problem tzw. bazy, czy infrastruktury był zresztą przez nas podnoszony. Uważaliśmy bowiem, że majątek, którym dysponuje związek, to tak naprawdę majątek wypracowany przez całe środowisko studenckie, należący w dużej mierze do uczelni, który powinien zostać podzielony pomiędzy organizacje studenckie. Sprawa ta ciągnęła się przez cały okres karnawału „Solidarności”, w efekcie nigdy nie została rozstrzygnięta. Nie było żadnego podziału i nikt nie przekazał nam żadnego majątku.

Jako NZS korzystaliście jednak także z klubów studenckich.

Nie da się ukryć, że jeśli chcieliśmy, to bez większego problemu kluby rzeczywiście były nam udostępniane. Mimo iż de facto należały one do SZSP, ich kierownicy zdawali sobie sprawę, że jesteśmy realną siłą na uczelni i jeśli nie ułożą sobie z nami współpracy, możemy im mocno skomplikować życie. W związku z tym NZS robił pewne imprezy w „Atucie”, „Pinokiu”, „Transie”, czy w „Kontrastach”. Podobnie było z dostępem do radiowęzła w akademiku, czy Akademickiego Radia „Pomorze”.

Życie na uczelni uległo ożywieniu także dzięki niezależnym wydawnictwom studenckim, które pojawiły z inicjatywy działaczy NZS-u.

Marek Adamkiewicz wymyślił „Półgębkiem”, Paweł Bartnik „Komunikat”. Piotrek Zalewski z politechniki, który był jednak związany z NZS-em w WSP, powołał natomiast wydawnictwo „Sowa”, które zmieniło później nazwę na Studencka Agencja Wydawnicza „Sorbona”.
Ja sam chciałem także stworzyć pismo, które byłoby poważniejsze od trochę „jajcarskiego” „Półgębkiem”. Wymyśliłem nawet tytuł „Nowe Progi”, w nawiązaniu do nazwy „Nowe Drogi”, które były wydawnictwem teoretycznym KC PZPR. Taki rodzaj prowokacji. Ciągle to jednak przekładałem i w efekcie nigdy ono nie powstało.

W jaki sposób drukowano wasze wydawnictwa?

„Komunikat” drukowany był na wspomnianym powielaczu, który udostępnił nam docent Kuźma. Druk „Półgębkiem” odbywał się na zlecenie w drukarni Zapol. Dostaliśmy z budżetu uczelni jakąś sumę pieniędzy na działalność, w związku z czym mogliśmy pokrywać pewne tego typu rachunki. Jeżeli natomiast chodzi o wydawnictwa „Sowy” i „Sorbony”, to był głównie sitodruk Piotra Zalewskiego.
W trakcie wizyty w Szczecinie Mirosława Chojeckiego, po części oficjalnej, właśnie w domu u „Piguły”, miało miejsce spotkanie przy kanapeczkach i wódeczce. Spędziliśmy pół nocy na rozmowach. Zorientowałem się wtedy, że u Piotrusia rodzi się jakaś fascynacja ruchem wydawniczym. Wiem, że później Chojecki, a następnie małżeństwo Kęcików z KOR-u, pomogli mu wejść w środowiska drukarskie. I Piotrek po prostu jeździł do Warszawy, uczył się techniki sitodruku, a że jest ponadprzeciętnie inteligentnym człowiekiem, bardzo szybko ją opanował i mógł wykorzystać u nas.

c.d.n.