Opublikowane przez Student w Szczecinianie.

Zgodnie z zapowiedzią prezentujemy zapis rozmowy Michała Siedziaki z Andrzejem Kotulą. Kolejne odcinki w każdą sobotę na portalu sedina.pl.

Michał Siedziako: – Na początek chciałbym aby powiedział pan kilka słów o tym, co robił pan przed nadejściem Sierpnia`80 i powstaniem Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Skąd wzięło się u pana zainteresowanie działalnością, jaką prowadził pan później w ramach NZS-u, czyli, mówiąc wprost, działalnością opozycyjną?

Andrzej Kotula: Nie pochodzę z rodziny o tradycjach niepodległościowych, nie mogę więc powiedzieć, że wyssałem swoją opozycyjność, czy antykomunizm, z mlekiem matki.
Przed rozpoczęciem studiów byłem uczniem I Liceum Ogólnokształcącego w Szczecinie, gdzie historii uczył mnie Franciszek Łuczko. Wywarł on wpływ na wielu późniejszych szczecińskich opozycjonistów. Nie zostałem może przez niego specjalnie dostrzeżony, ale zawsze poważnie traktowałem to co mówił, jak się zachowywał, jego interpretacje historii. Uczył nas myślenia w kategoriach odpowiedzialności za historię, w której bierze się udział. I nie da się ukryć, że w dużej mierze ukształtował moją postawę.
Drugą ważną osobą, która miała na mnie wpływ, był Michał Paziewski. Jego również spotkałem po raz pierwszy na lekcji historii w I LO. Przyszedł on do nas na praktyki jako student historii w WSP i poprowadził kilka lekcji w obecności Łuczki. Na jednej z nich któryś z uczniów rzucił mu pytanie: „Co się właściwie w Polsce dzieje?” Michał opowiedział nam wtedy bardzo szczegółowo o zalążkach opozycji, listach protestacyjnych przeciwko zmianom w konstytucji, itd. Chłonąłem to co mówił z dużą ciekawością i zapadło mi to mocno w pamięć.

Jak wyglądały początki pana studiów, angażował się pan w jakąś działalność? NZS powstał dopiero, kiedy był pan już na III roku…

Przed 1980 rokiem jedyną studencką organizacją na uczelni był Socjalistyczny Związek Studentów Polskich. Nie byłem za bardzo zainteresowany działalnością w nim, przede wszystkim ze względu na pierwszy człon tej nazwy. Więc po prostu studiowałem i jak każdy inny student uczestniczyłem w życiu towarzyskim.

Miał pan jakiś kontakt z opozycją?

Początkowo bardzo nikły. Miałem okazję zetknąć się z bibułą w postaci „Robotnika”, poprzez mojego kolegę ze studiów, Przemka Borowieckiego, który miał kontakt ze szczecińskim KOR-em, konkretnie zaś ze Stefanem Kozłowskim.
Przełomowe było dla mnie natomiast kolejne spotkanie z Michałem Paziewskim, w studenckim klubie „Kontrasty”. Zwabił mnie tam przegląd filmów węgierskiego kina, tego politycznego, rozrachunkowego, który odbywał się w ramach dyskusyjnego klubu filmowego. Kiedy zobaczyłem Michała, przypomniałem sobie jego lekcję historii w LO I. Czułem niedosyt po lekturze „Robotnika”, więc postanowiłem przełamać swoją nieśmiałość i zaczepić go z pytaniem, czy może mógłby mi umożliwić jakiś szerszy dostęp do literatury drugiego obiegu, ponieważ jestem tym bardzo zainteresowany. Jego reakcja była rewelacyjna, zaufał mi. W ten sposób dołączyłem do odbiorców bibuły, którą Michał sprowadzał w dosyć dużych ilościach.

Kiedy natomiast zaczął pan działać aktywnie?

Początkowo faktycznie moja postawa opozycyjna ograniczała się do kupowania i czytania nielegalnych wydawnictw. Największym problemem były dla mnie ich ceny. Byłem u Michała permanentnie zadłużony.
Z czasem zacząłem jednak nabywać coraz większą liczbę egzemplarzy, także dla swoich przyjaciół. Stałem się więc kolporterem, choć zaznaczam, na małą skalę.
Ważnym momentem była dla mnie akcja w obronie aresztowanego szefa Niezależnej Oficyny Wydawniczej NOWA Mirosława Chojeckiego, wiosną 1980 roku. Michał przywiózł wtedy z Warszawy ulotki. Dostałem ich od niego całkiem sporo. Brałem udział w ich kolportażu, rozdawałem je i rozrzucałem w różnych miejscach. Można powiedzieć, że poprzez tę inicjatywę przekroczyłem granicę dzielącą postawę pasywną i aktywną.

Gdzie zastał pana Sierpień?

Był to dla mnie okres wakacji. Wraz z kolegami pojechaliśmy dorobić do NRD. Tata jednego z nich załatwił nam pracę w państwowym gospodarstwie rolnym, gdzieś pod Prenzlau. Po wybuchu strajków w Polsce, zostaliśmy jednak zmuszeni do wyjazdu.

Co robił pan po powrocie do Szczecina?

Jak wielu ludzi chodziłem pod stocznię i obserwowałem wydarzenia z zewnątrz. Pewnego dnia w mieście spotkałem Pawła Bartnika. Nie znaliśmy się jeszcze wtedy zbyt dobrze, ale kojarzyliśmy się nawzajem, więc rozpoczęliśmy rozmowę. Rozmawialiśmy o bieżącej sytuacji i doszliśmy do wniosku, że studenci po powrocie na uczelnie powinni się jakoś ustosunkować do tych wydarzeń. Że my sami powinniśmy sprecyzować własną postawę, określić się politycznie. To już był pewien ferment, myślenie, zastanawianie się co się stanie, jak się dalej potoczą wypadki. Przede wszystkim natomiast, co mamy zrobić, kiedy się zacznie rok akademicki.

Kiedy to myślenie zaczęło się konkretyzować w postaci NZS-u?

Wszystko zaczęło się od spotkania dyskusyjnego w „Kierunkach”, klubie należącym do Stowarzyszenia PAX, które odbyło się pod koniec września. Jego organizatorem był Jarosław Piwar z grupy młodych buntowników, którzy później zostali zresztą wyrzuceni z PAX-u. Spotkanie te dotyczyło ruchu studenckiego. Pojawiło się na nim wielu studentów, w dyskusji krytykowano SZSP. Nie byłem szczególnie roznamiętnionym dyskutantem, zabierałem jednak głos. Postanowiono wtedy powołać nową studencką organizację.
Po spotkaniu powstały Tymczasowe Komitety Założycielskie na poszczególnych uczelniach. Używano jeszcze wtedy różnych nazw, m. in. Niezależne Zrzeszenie Studentów Polskich. Ja znalazłem się wśród sygnatariuszy deklaracji założycielskiej TKZ NZS w WSP.

Czy była to jakaś spójna grupa, czy ci ludzie znali się już wcześniej?

Raczej nie. To było właściwie towarzystwo dość przypadkowe, co trochę mnie niepokoiło. W tym sensie, że odniosłem wrażenie, że podpisali oni deklarację odruchowo, ale nie bardzo wiedzą, czego chcą i co dalej. Jednocześnie uświadomiłem sobie, że ja także wziąłem na siebie ogromną odpowiedzialność, ponieważ niepodjęcie żadnych działań groziło przecież kompromitacją tej nowej i skądinąd bardzo ważnej inicjatywy.

Pan wiedział, co robić dalej?

Nie, ja również nie wiedziałem. To, co szczególnie utkwiło mi w pamięci, to właśnie ogromne poczucie odpowiedzialności za tę inicjatywę, a z drugiej strony bezradność wobec braku pomysłów na jakąś działalność. Straszliwie to przeżywałem, po nocach zastanawiałem się, jak wybrnąć z tej sytuacji.
W końcu poprosiłem o pomoc Michała Paziewskiego, który był dla mnie wtedy bardzo ważną postacią. Michał zaprowadził mnie do Jurka Zimowskiego, z którym odbyliśmy długą rozmowę, w trakcie której udzielił mi on wielu cennych rad, co do działalności naszej organizacji.
Jednocześnie zrodził się pomysł, żeby zacząć od zmiany świadomości studentów, wpłynąć na ich edukację polityczną, korzystając z doświadczeń Towarzystwa Kursów Naukowych, Latającego Uniwersytetu. Chodziło o organizację na uczelni otwartych spotkań z różnymi ciekawymi osobistościami, przede wszystkim związanymi z opozycją.

Pomysł ten został zrealizowany. Jak do tego jednak doszło?

Dostałem od Michała Paziewskiego listy polecające do określonych ludzi w Warszawie i po prostu tam pojechałem. Pamiętam, że osobą która mi wtedy bardzo pomogła, była Teresa Bogucka, u której z kolei poznałem Jana Tomasza Lipskiego, syna Jana Józefa. Kierując się rekomendacjami Michała poznawałem kolejne osoby z kręgów opozycyjnych, głównie korowskich.

Co pan mówił tym ludziom?

Prosiłem ich, żeby przyjeżdżali do nas na spotkania ze studentami. Byłem wtedy w Warszawie dosyć długo i udało mi się namówić sporą grupę. Po ustaleniu pewnych terminów z takim dorobkiem wróciłem do Szczecina. Mieliśmy więc już jakiś plan działania.
Jedną z pierwszych osób, które tutaj przyjechały, był Andrzej Celiński. Później w Szczecinie gościli także m.in. Mirosław Chojecki, Wiktor Woroszylski, Stanisław Barańczak, Halina Mikołajska i Maciej Rayzacher, Aleksander Hall, Izabela Cywińska, czy profesor Leszek Nowak – marksistowski filozof-rewizjonista.

c.d.n.