Opublikowane przez Paulus w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Chyba każdemu zdarzyło się w dzieciństwie słuchać (lub podsłuchiwać) opowiadanych przez dorosłych opowieści, których treść wywoływała „gęsią skórkę”, a opisywane wydarzenia dodatkowo podrasowane przez dziecięcą wyobraźnię, na długo zapadały w pamięci.

Tę historię po raz pierwszy usłyszałem będąc dzieckiem, około 1980 r., kiedy siostra mojej mamy wyszła za mąż i w rodzinnych imprezach zaczęła regularnie uczestniczyć jej teściowa – pani Stefania. Opowiadana w ciemny, zimowy wieczór historia powodowała dreszczyk emocji u słuchających jej dorosłych, a co dopiero u takiego dziecka, jakim wtedy byłem. Mimo że bardzo dobrze zapamiętałem treść tej historii, zdając sobie sprawę z upływu czasu, wracałem do niej po 20 latach jeszcze kilka razy, wypytując główną bohaterkę o nowe szczegóły. Na wstępie zaznaczę, że pani Stefania jest osobą bardzo skromną, obarczoną bogatym bagażem doświadczeń wojenno-okupacyjnych, i nie miała najmniejszych powodów do „urozmaicania” sobie życiorysu poprzez wymyślone historyjki.

Zaraz po wojnie los rzucił panią Stefanię do Szczecina. Właściwie to „ściągnęła” ją tu ciotka, dla której nasze miasto miało być tylko chwilowym przystankiem w drodze z robót przymusowych, a stało się na zawsze nowym miejscem życia. Była już na pewno jesień, prawdopodobnie październik. Pani Stefania od samego przyjazdu chętnie poznawała miasto, w którym przyszło jej teraz żyć, wyruszając w wolnym czasie wraz z ciotką na piesze wędrówki. Powoli zbliżało się Święto Zmarłych, był więc pretekst aby samemu zweryfikować zasłyszane opowieści o rzekomym niespotykanym „bezkresie” Cmentarza Centralnego. Już samo przejście przez monumentalną bramę cmentarną, potwierdzało fakt, że jest to cmentarz inny, tak bardzo różny od tych, które pamiętali ludzie z małych miasteczek na wschodzie Polski, skąd pochodziły nasze bohaterki. Ponieważ na terenie cmentarza nie było nikogo żywego, wiedzione młodzieńczą ciekawością panie zapuściły się w dalsze rejony ( po latach pani Stefania nazwała to młodzieńczą głupotą ). Po jakimś czasie, nie widząc końca cmentarza, postanowiły zawrócić do bramy głównej, tym bardziej, że coraz krótszy dzień, zbliżającym się zachodem Słońca, oznajmiał niechybny wieczór.

– Skoro jesteśmy już niedaleko wyjścia, to sprawdźmy tylko co to jest… i wracajmy do domu – usłyszała od niewiele starszej ciotki pani Stefania.

Obiektem zainteresowania był sporych rozmiarów ceglany budynek w środku cmentarza. Sprawiał trudne do opisania, dziwne wrażenie. Mimo że powinien się podobać, coś jednak psuło to odczucie. Duże drzwi, wyglądające na główne wejście, były zamknięte, lecz ten fakt jeszcze bardziej wzmógł chęć poznania wnętrza. Dziś to trudne do uwierzenia, ale ludzie w tamtym czasie przyzwyczajeni do zgliszcz, ruin, pustych domów, ulic czy nawet całych pustych miejscowości, nie bali się takich miejsc. Jeśli główne wejście było zamknięte, to trzeba było poszukać innego. Obchodząc budowlę w poszukiwaniu możliwości wejścia do środka, natknęły się z boku budynku na otwarte drzwi, prowadzące do pomieszczenia w którym były schody w dół. Zapewne to jakieś wyjście pomocnicze, przez piwnicę. Trzeba tylko przez chwilę przyzwyczaić oczy do ciemności… i już można poszukać przejścia do środka. Mając do czynienia z zupełnie nieznanym terenem, zachowując się bardzo cicho, powoli stopień po stopniu zaczęły ostrożnie schodzić w dół. Przygotowany do podpalenia kawałek papieru czekał w gotowości w ręku ciotki. Po zejściu kilku, może kilkunastu stopni i przejściu kawałka podziemnego korytarza, światło wpadające przez drzwi było już tak słabe, że trzeba było się zatrzymać i podpalić prowizoryczną pochodnię.

W momencie, kiedy ciotka była zajęta szukaniem zapałek, które właśnie spadły na podłogę, panią Stefanię zaintrygowała dziwna struktura ściany korytarza, a właściwie nie sama struktura, tylko fakt że ją widzi. Bez słowa dotknęła ciotki pokazując to, co zobaczyła. Przerażone swym odkryciem, zdały sobie sprawę że to delikatna smużka światła, wydobywająca się zza zakrętu korytarza. Strach i przerażenie, sparaliżowały na chwilę obie panie. Po dłuższej chwili, gdy nic się nie wydarzyło, ciekawość wzięła górę nad rozsądkiem, i ciotka przekazała dwoma gestami informacje, że bezszelestnie podejdą zobaczyć skąd wydobywa się światło. Powoli, krok za krokiem podeszły.

Pani Stefania miała wrażenie, że odgłos bicia jej serca roznosi się potęgowany echem po całym podziemnym korytarzu. Po przejściu kilku metrów doszły do uchylonych drzwi. Światło z lampy naftowej lub świec sączyło się ze szpary. Pierwsza zajrzała ciotka. Natychmiast odstawiła głowę od szpary i zakryła dłonią twarz tak, jakby sama sobie chciała uniemożliwić wydanie jakiegokolwiek dźwięku. Widząc ogromne z przerażenia oczy ciotki, pani Stefania zamarła ze strachu. Nie wiadomo ile czasu minęło, zanim ciotka zdecydowała się poruszyć i ponownie zajrzeć przez uchylone drzwi. Po chwili pokazała ruchem głowy, aby pani Stefania popatrzyła. Początkowo nie mogła nawet drgnąć, ale po kilku chwilach przemogła paraliżujący skurcz mięśni i zbliżyła się do szpary. Oczom jej ukazało się skąpo oświetlone pomieszczenie, wypełnione leżącymi na podłodze ludźmi. Ludzie ci leżeli, ale nie byli martwi. Oni po prostu spali. Jedno spojrzenie wystarczyło, aby zorientować się, że większość z nich miała na sobie elementy mundurów i stroje maskujące, tak bardzo źle kojarzące się przez ostatnie lata wojny. To byli NIEMCY! Jeden z nich, siedzący w drzwiach, podpierał się o karabin, ale na szczęście, także spał. Był to zapewne wartownik. Pani Stefania ze strachu nie była w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Dopiero, gdy ciotka powoli zaczęła się wycofywać w kierunku schodów, odzyskała władzę cielesną, i obie bezszelestnie wydostały się na powierzchnię.

W potwornej panice wybrały przypadkowy kierunek ucieczki w głąb cmentarza, pomiędzy nagrobkami, drzewami. Biegły ile sił przed siebie unikając otwartych przestrzeni i alejek, starając się uciec najdalej jak się da od tego strasznego miejsca. Nie wiadomo ile tak biegły raniąc nogi i ręce, ale dosyć długo. Zatrzymały się dopiero w momencie, gdy oczom ich ukazało się sporych rozmiarów, podłużne obniżenie terenu wypełnione niezliczoną ilością wraków różnych pojazdów, w większości wojskowych. Wszystkie sprawiały wrażenie spalonych lub rozerwanych przez wybuch. Dopiero tutaj schowane pod wojskową ciężarówką, starały się chwilę odpocząć. Stres uwalniał się w postaci płaczu. Kiedy zorientowały się, że prawdopodobnie nikt ich nie goni, pomimo zmęczenia, uciekały dalej. Tracąc powoli nadzieję, że cmentarz ma swój koniec, dotarły wreszcie do płotu, zza którego widać było zabudowania. Przedostały się na drugą stronę, docierając do ulicy. Była to ul. Dworska. Nabierając coraz więcej nadziei, że jednak uda się ujść z życiem z tej opresji, pobiegły w prawo w kierunku krzyżówki ulic Ku Słońcu i Derdowskiego.

Dopiero tam udało im się spotkać polskich żołnierzy jadących w kierunku Mierzyna. Wysłuchawszy pobieżnej i chaotycznej relacji, zabrano obie panie i odwieziono na posterunek milicji, którego lokalizacji do dziś nie udało się ustalić. Ponieważ ani pani Stefania, ani jej ciotka nie potrafiły ze stuprocentową dokładnością opisać, że chodzi o cmentarną kaplicę, po jakimś czasie zabrano je samochodem w okolice głównej bramy cmentarza, aby tam potwierdziły o którą budowlę chodzi. Przy ul. Ku Słońcu, tuż przed wiaduktem stały już dwie lub trzy ciężarówki z wojskiem. Z powrotem zabrano je na komisariat w celu spisania zeznań. Na tym zakończyła się ich rola jako świadków w tym dniu. Obszerniejsze zeznania przyszło im składać jeszcze raz, ale już pojedynczo. Wtedy to oficjalnie podziękowano im za obywatelską postawę, i przyczynienie się do złapania „sabotażystów z Werwolfu”. Jednocześnie zabroniono ujawniania tego faktu. Pani Stefania jeszcze przez wiele lat nie była w stanie bez emocji przejechać koło cmentarza.

W połowie lat dziewięćdziesiątych, na jednym z cyklicznych spotkań szczecińskich kombatantów, jeden z weteranów opowiadał jak zaraz po wojnie, będąc żołnierzem LWP stacjonującym w Szczecinie, brał udział w obławie na oddział Werwolfu na terenie Cmentarza Centralnego, stacjonujący w podziemiach dawnej kostnicy przy kaplicy cmentarnej. Mimo że sam widział tylko z daleka już pojmanych dywersantów pamiętał, że chodziło o całkiem spory oddział (czego nie potwierdzała pani Stefania).

Kiedy w ubiegłym roku konsultowałem pewne fakty dotyczące życiorysu pani Stefanii z jej synem (moim wujkiem ), przypadkowo odkryłem, że ta z pozoru prozaiczna historia, jakich pewnie wiele wydarzyło się tuż po wojnie na ziemiach zachodnich i północnych, posiada jednak element, który ją wyróżnia. Okazało się bowiem, że mama mojego wujka przyjechała do Szczecina nie w 1945 r., jak zawsze mi się wydawało, tylko… w 1946 r.! Czyli opisana historia nie zdarzyła się tak, jak przez lata myślałem – kilka miesięcy po wojnie – tylko prawie półtora roku po jej zakończeniu!

Analizując wszystkie fakty, zaryzykuję stwierdzenie, że jednak nie był to oddział Werwolfu. Nie wiadomo ile faktycznie osób liczyła grupa, ale prawdopodobnie około 6-8. Posiadali broń (z opisu wynika, że były to pistolety maszynowe). Na pewno mieli plecaki i inne „tobołki”. Większość odziana była w mundury maskujące lub ich elementy. Wiem, że zabrzmi to nieprawdopodobnie, ale uważam, że mogła to być grupa niemieckich żołnierzy odciętych od jednostek macierzystych na froncie wschodnim, lub zbiegłych z niewoli, którzy starali się za wszelką cenę „wrócić do domu”. Jaki dystans udało im się pokonać, nie dowiemy się, ale biorąc pod uwagę że poruszali się pewnie tylko w nocy, unikając skupisk ludzkich, mogło to trwać właśnie tak długo.

Paulus