Opublikowane przez hehenio w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Przedstawiam obszerny fragment wspomnień z czasów wojny zawartych w książce „Obcy i swoi” (wyd. Tekst, Moskwa 2002). Autor, Michał Czernienko, syn charkowskiego adwokata, został w 1943 r. wysłany na roboty do Niemiec. Miał 17 lat. Początkowo trafił do obozu w Fürstenbergu (nie należy go mylić z obozem koncentracyjnym Ravensbrück koło tego miasta). Pierwsze rozdziały opowiadają przeżycia od początku wojny do jesieni 1943 r. Fragment interesujący miłośników dawnego Szczecina zaczyna się z końcem rozdziału III.

Pragnę zwrócić uwagę, że jest to jeden z pogodniejszych fragmentów książki. Pamiętać także trzeba, że są to wspomnienia spisywane po prawie sześćdziesięciu latach, a czas nieubłaganie usuwa z pamięci o latach młodości ciemne aspekty i wydarzenia.

Koniec rozdziału III

(…)
Wczesną jesienią 1943 w zakładzie, nie wiadomo czemu, zwołali dwudziestu młodych chłopaków, w tym także z wydziałów produkcyjnych. Powiedzieli: pojedziecie na przeszkolenie, instruktaż techniczny, czy coś w tym rodzaju. Nie całkiem to było zrozumiałe, bo w fabryce stale brakowało ludzi, szczególnie przy obrabiarkach. Potem naczelnik zakładowych strażników, stale uśmiechnięty staruszek Meicke przyszedł do fabryki, zrobił zbiórkę i zaprowadził nas na dworzec kolejowy. Siedliśmy z nim razem do pociągu osobowego. Przez pamiętny dla mnie Neubrandenburg w ciągu dwóch godzin dojechaliśmy do portowego miasta Stettin (teraz to polski Szczecin).

I tam, już tramwajem, dojechaliśmy do przedmieścia Frauendorf, „Damskiej Wsi”, prosto pod bramę obozu wychodzącą na ruchliwą miejską ulicę. [sądząc z opisu chodzi o Ausbildungswerkstätte für Eisen und Metal – Herrenwiesenstr. 16-18, dziś ul. Światowida – przyp. tłum.]

Rozdział IV

Szczecin

Weszliśmy przez czyściutką bramę na terytorium. Zatrzymaliśmy się. Konwojent poszedł dokądś – pewnie do tutejszego kierownictwa.

Obóz ustronny, można powiedzieć, miniaturowy. Dwa zgrabne baraki, kuchnia – stołówka, czysto zamiecione asfaltowe (!) ścieżki. W środku nieduży domek z wysokim gankiem, taki sam dalej – tak jak baraki. (Jak się wkrótce okazało, to kantor i pokój mieszkalny Lagerführera [komendanta obozu – przyp. tłum.]).

Stąd też i wyszedł on ku nam, zadziwiając osobliwym wyglądem: kurtka z zielonymi myśliwskimi wyłogami, spodnie kawaleryjskie, krótkie buty – botforty. Na głowie tyrolski kapelusz z piórkiem. Okrągła, rumiana fizjonomia, w obie strony sterczą wąsy. I bez opaski z faszystowskim znakiem. Nic dodać, nic ująć: „Kot w butach”. Tak żeśmy go od razu określili, został „Kotem w butach” na całe pisane mu jeszcze życie…

Rzecz wyłożył nam bardzo krótko – parę zdań w łamanym, ale dość prawidłowym języku rosyjskim. Pokazał palcem w stronę baraku: – Wi mieszkac pokój numer siedemnasie. Wszystkie obowionzani tszymac szystoś i poszondek. Nie ma poszondek, ja ukarac – guma! Kto rozumi niemecki jenzyk?

Chłopcy poszturchują mnie – dawaj! Podnoszę rękę. „Kot w butach” powiedział że „tlumacz pokój siedemnasie, karaszo” i już po niemiecku kazał iść do baraku rozlokować się. A jutro z rana do fabryki, do pracy. Słowa „guma” objaśniać nie musiał – nasz poprzedni, fürstenberski Lagerführer nie rozstawał się nigdy z gumową pałką.

Od pierwszego dnia i godziny zaczęły się dziać w tym obozie dla nas, dla naszego położenia i tamtego czasu, rozmaite cuda. Cud pierwszy – dobre, choć dwupiętrowe łóżka (w Fünstenbergu były już i trzypiętrowe) z prawdziwymi materacami; poduszki wypełnione jakimś czystym białym wypełniaczem, a nie słomą. I najbardziej nieoczekiwane – bielizna pościelowa. Prześcieradło, poszwa, powłoczka. Diabelskie sztuczki…

Cud drugi: dużo lepiej karmili. Kromka chleba, prawda, trochę mniejsza, ale zamiast fürstenberskiej berbeluchy na obiad dość syte jadło. Wkrótce stało się zrozumiałe, że odmienia się ono w cyklu czterodniowym. Brukiew, kapusta, marchew lub brukselka, a na czwarty dzień to, co najlepsze – gęsta grochówka.

Cud trzeci, nie od razu przez nas zauważony: choć tutejsza fabryka wydawała się bez sensu, to w obozie nikt cię nie poniża. Strażnicy – wachmani siedzą sobie kolejno na wartowni, my ich nie widujemy. Żeby któryś z nich zaszedł do baraku – tego nie bywało. Kot w butach obchodzi każdego dnia wszystkie izby – sprawdza porządek. Zamiatać, myć podłogę, wycierać kurz (w Fürstenbergu rzecz nie do pomyślenia) trzeba codziennie. I jeśli wszystko jest czyste a koje starannie pościelone, to i czasem pochwali. Obiecana „guma” długo pozostaje dla nas czysto retoryczna figurą. Prawda, że ci, co przybyli tu wcześniej mówią, że potrafi nią przyłożyć i to jeszcze jak!

Za to praca tu była beznadziejna. W Fürstenbergu była całkiem poważna fabryka, tu – diabli wiedzą co. Fabryka, ze sto metrów od obozu, na tej samej ulicy, bardziej przypominała warsztaty jakiejś szkoły rzemieślniczej, choć mieściła się w porządnym, podobnym do hali starym budynku z czerwonej cegły. Nie było niemieckich robotników – tylko majstrowie, nauczający nas tutejszej nieskomplikowanej mądrości – piłowania pilnikiem. Opiłowywać trzeba było krawędzie i kołnierze ciężkich, żeliwnych odlewów, przypominających z wyglądu głębokie rondle. Każdy ważył z dziesięć kilo. Było jasne, że zrobienie tego na frezarce byłoby prostsze i ze dwadzieścia razy szybsze.

Innym razem nas, całą fürstenberską grupę posadzili przed tablicą, zupełnie jak w szkole, i majster Arndt całą godzinę dźwięcznym barytonem opowiadał nam, które narzędzia do czego służą. Wiertła, frezy, narzynki do gwintowania. Dokładnie tłumaczyłem to technologiczne abecadło .

Majster Arndt – sędziwy, według naszej miary, mężczyzna, gładko uczesany z przedziałkiem brunet. Podobny do kogoś, widzianego przed wojną w kinie. Gadali tu, że to Amerykanin, tylko czemuś tam obywatel niemiecki. Niezrozumiałe…

Tutejsi majstrowie byli nadzorcami, gdyż w fabryce niczego nie było wolno, wszystko było „Verboten”. Do toalety, niech ich diabli, nie wolno było iść bez pozwolenia, a po powrocie zgłosić się trzeba było majstrowi, który przy tym długo patrzał na zegar i coś mamrotał. Tfu!

Przy czym, jeśli jacyś mądrzy niemieccy naczelnicy myśleli, że z nas, rok z okładem pracujących w prawdziwym zakładzie będzie większy pożytek przy piłowaniu tutejszych żeliwnych „rondli” – niechby sobie i myśleli. Nam od tego gorzej nie było. (Te „rondle, jak się okazało były jakimiś częściami okrętowymi. Na pewno korpus tej części, którą kręci się na mostku przekazując komendy do maszynowni, „telegrafu maszynowego”).

A nieporozumienie – po jakie licho nas tu przywieźli – dość szybko się wyjaśniło. Zwykła biurokratyczne głupstwo, „dla planu”. Na pewno jakiemuś wysokiemu naczalstwu przykazano: przywiezionych z Rosji nieświadomych w pierwszej kolejności nauczyć obchodzenia się z narzędziami fabrycznymi. A nowych przywiezionych nie ma, to nie czterdziesty drugi! Wzięto na „przeszkolenie” tych, co się nawinęli. (Zaś to „przeszkolenie” jeszcze mi się „przysłużyło”. W 1946 r. naczelnik SMIERSZa, dostał skądś tajne pismo, w którym było napisane, że Niemcy posyłali mnie na przeszkolenie. A kogo posyłali na szkolenie, jeśli nie zdrajców Ojczyzny?) [autor ma na myśli szykany, jakie spotkały go po wojnie. „Smiersz” – skrót od „śmierć szpiegom” – to radziecki kontrwywiad – przyp. tłum.]

Pierwszego wieczoru po robocie w nowym miejscu poszliśmy, nas trzech z Fürstenbergu, do baraku grać z „miejscowymi” w karty, w oczko. Szefował tam chłopak, rok – dwa starszy ode mnie, który, według jego słów, był w Armii Czerwonej porucznikiem, dostał się do niewoli i potrafił „przekantować” się z jeńca wojennego w naszego brata cywila. Głupio się w ten wieczór zachowywałem, z miną starego lagrowca zadawałem głupie pytania. A jeszcze sporo wygrałem w karty, ze dwie setki marek. (Nie słuchając przestróg starszych z naszego „pokoju 17” następnego wieczoru polazłem znowu grać, i naturalnie przegrałem wszystko, do ostatniego feniga).

Poduszki, sycąca i gęsta zupa – to dobrze. Rygor – to niedobrze. Z obozu do fabryki tylko oddziałem, powrót tak samo. Po pracy tylko w obozie. (W Fürstenbergu wyjście do miasta w tym czasie było normalne, jeśli tylko było w co się ubrać.) Co prawda okazało się wkrótce, ze tutejsze rygory można jakoś obejść. Kto miał się w co ubrać temu Lagerführer dawał niekiedy przepustkę na wyjście z obozu. Trzeba było tylko osobiście u niego się zameldować, a on cię krytycznym okiem obejrzy, coś każe poprawić albo odeśle do baraku by zdobyć u kolegów inne buty czy spodnie.

Zwalniający papierek od komendanta chroni na wypadek możliwych nieprzyjemności w mieście: w razie czego można go przedłożyć policjantowi. Przepustka była wydawana na dwie godziny, ale można się było i spóźnić, a na wartowni powiedzieć, że długo nie było tramwaju po alarmie powietrznym. One zdarzały się tu często, z reguły nocą, ale i mogły zacząć się pod wieczór.

I jeszcze pokazało się z czasem, że w porządnym ogrodzeniu na tyłach obozu siatka przy ziemi odchyla się, i można przejść. A w razie potrzeby można tamtędy niezauważenie wrócić.

Przyczyn dla opuszczania obozu było tu znacznie więcej niż w „naszym” Fürstenbergu. No, po pierwsze, samo wielkie miasto. Przecież to ciekawie popatrzeć na prawdziwe, zagraniczne miasto. (A nie każdy z naszych wiejskich chłopaków przed wojną choć raz był w mieście. Bardzo możliwe, że niejeden widział tramwaj pierwszy raz w życiu tu, w Szczecinie). Po drugie, nie tylko nasz obóz był tu. Może gdzieś znajdą się rodacy, może znajomi czy krewni. Może kobiety? Po trzecie, bardzo istotne, to swego rodzaju okazja zarobku.

Właściwie to wielu z nas zdarzało się popracować na boku i w Fürstenbergu. Tam to zawsze było w ten sam sposób: pracownik niemiecki, majster czy inny wołał cię do siebie do domu po zmianie – dajmy na to skopać grządki. albo zwalić węgiel do piwnicy czy coś takiego w tym stylu. A po robocie nakarmił. Tu w Szczecinie kombinowało się zupełnie inaczej.

Wśród licznych ograniczeń, jakie w czasie wojny cierpieli Niemcy od swojej faszystowskiej władzy zdarzały się niektóre zupełnie egzotyczne. Pośród nich takie: w handlu nie było zabawek. Nie sprawdzałem u historyków, ale co do miasta Szczecina wiem na pewno. Może ich zakazano, by nie odciągać ludzi od produkcji wojennej? Nie wiem. Ale wiem na pewno, że w szczecińskim obozie Frauendorf wytwarzano nielegalnie najprostsze zabawki i handlowano nimi – noszono wieczorem do miasta, stukano czy dzwoniono do drzwi i oferowano swój nieskomplikowany towar. Cena, gdy znalazł się kupiec, określana była umownie i wyrażała się najczęściej w talonach niemieckiej kartki chlebowej.

Z konstrukcji zabawek pamiętam taką: parę połączonych drutem albo sklejonych listewek; na nich umocowane na osiach-gwoździkach wycięte z płóciennego papieru czy kliszy gwiazdki, pomalowane w różne kolory. Jeśli z tym biec, gwiazdki kręciły się. (Podobnie na wietrze).

Jeśli się udało znaleźć klienta (a częściej klientkę), to za taki drobiazg można było dostać dwa a niekiedy trzy talony chlebowe, na cały bochenek. Udawało się oczywiście nie wszystkim. Byli mistrzowie w tym fachu, którym zbywało na talonach chlebowych i sprzedawali je nierzadko w obozie. My, „pokój 17”, też próbowaliśmy tego zajęcia, ale bez specjalnych sukcesów. Raz wybrałem się wieczorem do miasta z zabawkami, przełaziłem przejeździłem prawie do nocy w tramwajach z jedną, jedyną niebieską lampką w wagonie ulicami, na których nie paliła się żadna latarnia i z żadnego okna nie sączyło się światło. Pukałem i dzwoniłem do drzwi wielkich kamienic i małych domków. Z trzech czy czterech zabawek, do tego nie moich, z trudem sprzedałem jedną. Potem już nie próbowałem…

Szczeciński obóz „Frauendorf” był obozem przejściowym: fabryka zajmowała się przede wszystkim prymitywnym przygotowaniem zawodowym młodych, dopiero co zesłanych do Niemiec. Całkiem możliwe, że nas tu z Fünstenbergu przysłali dlatego, że z ZSRR nie było już prawie kogo wieźć, bo miejsc zajmowanych przez Wehrmacht zostało, co kot napłakał. A że jakiegoś planu wyżsi Führerowie nie zmieniali, to niżsi urzędnicy starali się go jakoś wypełniać. Znany był czas takiego szkolenia; półtora albo trzy miesiące. My, „pokój 17” z powodu jakiegoś nieporozumienia, byliśmy tam znacznie dłużej, zdaje się na kwarantannie.

Poza „Kotem w butach” – dowódcą obozu i wachmanów na wartowni, Niemców w obozie nie było. A całą niezbędna robotę – w kuchni, stołówce, przywieź, odwieź, rozładuj, przenieś i temu podobne robili nasi rosyjscy chłopcy. Do fabryki ich nie brali, był to, można powiedzieć, „stały skład” – jak w armii w rezerwowym pułku albo w karnym batalionie. Także w domku komendanta, w jego kantorze – mieszkaniu, był radziecki ni to pomocnik, ni to lokaj. A jego koleżka, chłopak starszy i bardzo gruby, też do fabryki nie chodził i w ogóle nie wiadomo, co robił. W obozie było wiadomo, że obaj są byłymi jeńcami wojennymi, ze zapisali się do jakiegoś „turkiestańskiego legionu”. Czekają na wysłanie do niego, a na razie wykazują się oddaniem swoim panom.

Z tymi dwoma orłami zaszła kiedyś taka historia:
W niedzielę fabryka nie pracowała, można było dłużej pospać, popróżnować. „Kawę”, przynoszoną z kuchni w emaliowanych kankach popić bez pośpiechu, pogryzając kromką chleba. Jednym słowem – odpoczynek. Choć porządki w pokoju trzeba było zrobić jak co dnia: zawsze mógł wpaść „Kot w butach”, pomylony na punkcie „szystoś und poszondek”

I pewnego razu w niedzielę rano, gdy połowa wiary jeszcze polegiwała, w naszym pokoju zjawia się młodszy z tych dwóch legionistów i zaczyna nudzić: brudno, nie zamiecione, a pan Lagerführer kazał… Wszystko to dość głośno i władczym tonem. Nasi cicho odwrócili się, nikt z leżących wstawać nie zamierza.
Przygłup głos podnosi i próbuje wyciągnąć kogoś z łóżka. Wtedy wstał pleczysty Demidow, wziął go za łokieć i prosi, by się nie niepokoił. „My tu, wiesz, sami wiemy, co trzeba, idź do swojej roboty, a w naszą nie leź”. Ten krzyczy na Pawła, pięścią macha. Do Paszki dołącza jeszcze dwóch naszych, aktywistę biorą za kołnierz i delikatnie wyprowadzają. Krzyczy, zamykają za nim drzwi.

Po paru minutach rozległ się głośny tupot, otwarły się drzwi i znowu wpadli do nas obaj przyszli „legioniści”. Krótka akcja przy drzwiach: młodszy oberwał dość porządnie, z krwawiącym nosem uciekł. Zdrowszego starszego z trudem udało się wypchnąć do przedsionka i we trzech czy czterech wyrzucić z baraku

Przez pół godziny nic się nie działo, po czym pojawił się „Kot w Butach” w nieodłącznym kapeluszu z piórkiem. Zza jego pleców wyglądali „legioniści”. Lagerführer rozmawiał z nami podniesionym głosem, ale grzecznie. Próbował wyjaśnić: kto bił? Niczego nie osiągnął – tępo odpowiadaliśmy w stylu „to oni sami” albo „potknął się i spadł z ganku”. Po paru nieudanych próbach Lagerführer zabrał ze sobą dwóch wskazanych przez poszkodowanych.

Wrócili dość szybko, jeden nieco kulał. Na pytania odpowiadali powściągliwie i monotonnie. Oto przyszło zaznajomić się z obiecaną nam w dniu przybycia „gumą”. Bardzo boli? Nawet nie… Bywało gorzej.

Bardzo szybko zdarzyło mi się doświadczyć tego samemu

W czymś podpadł u „Kota w Butach” Misza Gasanow. Może coś buchnął w kuchni? Misza miał dwadzieścia lat, niewysoki, krępy z bujną czarną fryzurą, namiętny karciarz. (…)[(…) – tak zaznaczyłem pominięte części tekstu, które odnoszą się do poprzednich rozdziałów książki i byłyby bez ich znajomości niezrozumiałe, a niewiele wnoszą do cytowanego fragmentu – przyp. tłum.]. Gdy odzywał się do niego Niemiec, szczególnie w przypadku jakiegoś najmniejszego nieporozumienia, Misza miał sposób prosty: patrzał pokornie swoimi czarnymi, wielkimi oczami, rozkładał ręce i mówił pełnym przejęcia głosem: „niks fersztejen”. Nie rozumiem, i to wszystko.

Z Kotem w Butach ten numer nie przeszedł. Gasanow wrócił od Lagerführera po mnie: Chodźmy, „Kot” cię woła. Kantorek Lagerführera był ze dwadzieścia metrów od naszego baraku. Po drodze Misza zdążył mi objaśnić – Ja tam będę głupa rżnąć, a ty tłumacz po prostu, nic nie wymądrzaj!

Weszliśmy. Kot w butach spokojnie zadał Miszy dwa czy trzy pytania w stylu „Dlaczego żeś ty…” albo „Jeśli jeszcze raz…”. Gasanow cicho i pokornie odpowiadał, że on nie winien, że czegoś nie wiedział, że nie będzie. Stoję obok, powtarzam jego odpowiedzi po niemiecku jak można tępo.

– Topsze – podsumował Lagerführer i zwrócił się do Miszy po rosyjsku: – Ile guma? – Ot pedagogika. Nie martwiąc się wiele oskarżony powiedział: – Cwaj – i dla zobrazowania podniósł dwa palce. Kot chwilę pomyślał, z dezaprobatą pokręcił głową i zawyrokował: – Tszy!

Egzekucja odbyła się przy mnie. Misza spuścił spodnie, odwrócił się plecami do Kota i pochylił się. Ten wyjął z szuflady biurka gumową pałkę, podszedł do Gasanowa i z zamachem, silnie uderzył go po pupie. Misza krzyknął ale nie przestawał stać w tej samej pozycji. Dwa następne uderzenia spadły jeden po drugim po czym Misza wyprostował się. wytarł pot z twarzy i ostrożnie podciągnął spodnie.

Lagerführer odłożył narzędzie na miejsce i wypuścił nas. Bez żadnego rugania, wszystko bardzo spokojnie. Wydaje się że podobało mu się opanowanie skazanego.

Stalingradczyk Paweł Demidow – wysoki, silny dwudziestopięcioletni chłopak – opiekował się mną jako starszy. (…) I oto pewnego razu Demidow spokojnym, cichym głosem powiedział mi, ze słyszał od kogoś o bardzo interesującej sprawie. Jest sposób na pozyskanie kartek na chleb, i to nie jednej czy dwóch. Bez jakichś tam zabawek. Bezpieczny. A co dokładnie znaczy: „pozyskać”? No. Sprawa nie jest niebezpieczna, jeśli spróbujemy we dwóch…

I oto pewnego wieczoru wyszliśmy z Pawłem na miasto, wystrojeni i otrzymawszy zgodną z prawem „przepustkę”. Na początek na pobliską obozowi handlową „straße”, gdzie prawie wszystkie partery domów zajęte były przez sklepy i stragany. Powoli ściemniało się, tu i ówdzie zapalili już światło ale okna jeszcze nie pozasuwane. Przechadzamy się po ulicy, najpierw po jednej stronie, potem po drugiej: wybieramy odpowiednią piekarnię.

Okazuje się – i na tym cała idea się opiera – że sprzedawca, najczęściej właściciel, odciąwszy od bloczka kartkę na chleb nigdzie jej nie chowa. Ma na nie koszyczek na ladzie. Wycina je wprost nad nim, tak mu łatwiej… I kiedy klientów nie ma w piekarni, piekarz wychodzi do siebie, do tylnich pomieszczeń. Gdy nowy klient otwiera drzwi, dzwoni podwieszony za nimi dzwoneczek, i wtedy wraca. Zatem: wchodząc do piekarni, kiedy nie widać piekarza, trzeba szybko sięgnąć do koszyczka z odciętymi kartkami i chwycić je (byle nie wszystkie!). A kiedy właściciel przyjdzie za ladę, z niewinną miną poprosić o chleb – okazuje się ze w Szczecinie niekiedy dają naszym z pół bochenka tak zwyczajnie, z litości, naprawdę! A w niektórych piekarniach sprzedają bez kartek, ale za dziesięć marek (oto macie czarny rynek!). Odmówi – czort z nim, kartki już w kieszeni. A wyjmować ich po prostu na miejscu nie wolno w żadnym wypadku – pogniecione, zresztą lepiej uważać…

Mniej więcej po pół godzinie znajdujemy „obiekt” i upewniamy się, że klienci nie przychodzą za często a właściciel nie pojawia się za ladą od razu. Ciemnieje. Decydujemy się. Paweł zostaje ubezpieczać przy drzwiach piekarni a ja otwieram drzwi i rzucam się do lady. Dzwoni dzwonek: prawie nie patrząc zagłębiam palce w koszyczek stojący na ladzie – widzieliśmy go dobrze przez okno. Wpycham pochwycone ścinki papieru do kieszeni … i tracąc opanowanie, nie doczekawszy sprzedawcy wybiegam na ulicę do Pawła. Natychmiast rejterujemy.

Wróciwszy do obozu i uspokoiwszy się nieco, oceniamy trofeum. Rezultat nie taki znów wspaniały: w większości talony po 50 gramów, na bułeczki śniadaniowe, niech ich diabli. wszystkiego nazbierałoby się ze dwa bochenki z kawałkiem. chcemy powtórzyć wyprawę, jak tylko nas wypuszczą „na spacer”.

Wiedziałbyś gdzie upadniesz – poduszkę byś podłożył…

Następnym razem „operacja” przeciąga się. Pokazać się w poprzedniej piekarni ryzykownie, innej podobnej nie znajdujemy. W jednym miejscu piekarz pokazał się jak tylko Paweł wszedł do piekarni. Pasza spytał „brot?” i na migi pokazał, że kartek nie ma. Dostał „na gębę” bułkę wielkości naszej kromki. Nietęgo.

Zmierzchało, opuszczają żaluzje na witrynach, wiele sklepów już zamkniętych. Pora wracać. Już w drodze powrotnej zwracamy uwagę na sklep z którego wyszedł sprzedawca, przez uchylone drzwi widać leżącą na ladzie kiełbasę, a sprzedawca w białym fartuchu gdzieś odchodzi. zatrzymaliśmy się, czekamy. Wokół nikogo, do najbliższego przechodnia ze sto metrów, jeśli nie więcej. Szybko podchodzimy do rogu, rozglądamy się – próbujemy!

Wchodzę do sklepu i chwytam dorodną kiełbasę z lady. Za plecami dźwięczy dzwonek, a za ladą pojawia się ten sam sprzedawca. Rzucam się do ucieczki, za sobą słyszę krzyki i po nich – przeraźliwy tryl gwizdka.
Gnamy do utraty tchu. Paweł poleca: rozdzielamy się, ostro skręca i biegnie gdzieś w bok. za plecami słyszę tupot, zaraz mnie dogonią. Obok widzę sztachetowy płot, wyrzucam za niego kiełbasę. Jakiś Niemiec wybiega naprzeciw: przebiegłszy jeszcze troszkę zatrzymałem się.

Łapią mnie za ręce, trzymają, krzyczą. Bardzo szybko pojawił się policjant i na wstępie założył mi na prawy nadgarstek kajdanki, drugi koniec łańcuszka trzymał w ręku. Publika wokół coś wykrzykuje w rodzaju „oni dwaj ukradli kiełbasę” a ja próbuję udawać głupiego: „co znowu, jaka kiełbasa”. Policjant zaprasza kogoś z obecnych z nami do „rewiru”. Ale świadkowie, mówiąc o późnej porze, powoli rozchodzą się. (…) Machnąwszy wolną ręką – a niech ich, policjant powiódł mnie na łańcuszku do rewiru.

Droga zajmowała jakieś 10-15 minut, posterunek policji okazał się być tuż koło fabryki. Moje rozmyślania w tamte minuty pamiętam dotąd dokładnie. Po prostu: jeśli się przyznam, to obu nas wyślą do obozu koncentracyjnego, pewnie do tego Ravensbrück, i już po nas. Znaczy, zostało jedno – nie przyznawać się do niczego. Paszy przecież nie złapali, a jeśli nawet, to się nie przyzna, a dowodów nie mają. I wspomniałem, oczywiście, o rewolucjonistach, którzy nie wydawali towarzyszy na torturach i postanowiłem dowieść wszystkim, że jestem mężczyzną i wiernym przyjacielem. Czego by ze mną i nie robili! (…)

Na posterunku siedział za barierką oficer w okularach i cos pisał. Mój doprowadzający zdjął mi kajdanki i krótko zameldował. Oficer wypytał mnie, początkowo spokojnie, z jakiego obozu, nazwisko, numer, co robiłem na ulicy. Gdy sprawa doszła do sklepu z kiełbasami, zacząłem swoje: nic nie wiem, byłem sam, nagle na ulicy krzyk, gwizd, ktoś gdzieś biegł… „A tyś czemu uciekał?” – „Przestraszyłem się”.

Powtórzyło się to ze dwa razy, po czym oficer policji – był niewysoki, barczysty, krępy – zdjął okulary i wyszedł zza barierki z gumową pałą w ręku. Krzycząc, że przekona mnie do mówienia prawdy, z rozmachem zaczął bić. Bardzo bolało, zwinąłem się i też krzyczę : „Za co? Ja nic nie zrobiłem!”. A gdzieś we mnie cykała myśl: raz postanowiłem – to wszystko! Nie przyznam się choćbyście zabili! A krzyczeć można. Jakie to łatwe…

Nasyciwszy się w końcu oficer odrzucił pałkę i rozkazał policjantowi, żeby mnie, gdy się jakoś ogarnę, odprowadzili do obozu i zdali na „wachcie” (wszystko jasne: on uwierzył, że jeśli winnemu tak dowalić, to on niewątpliwie do wszystkiego się przyzna. Jeśli się nie przyznaje – znaczy: niewinny). Niech żyje logika i niemiecki porządek!

W baraku spotkał mnie Pasza, do obozu przelazł na wszelki wypadek dziurą w płocie, okrążając wartownię. Od razu zaprowadził umyć się no i w ogóle doprowadzić do porządku. Wszystko po mnie było widać, nie trzeba było pytać.

Ekspedycje po kartki i kiełbasę więcej nie podejmowaliśmy. A wredną gębę tego typa z policji pamiętam do dziś z fotograficzną dokładnością.

W fabryce zaczęły się kłopoty. I tu zachorowali na szystoś i poszondek” . Nas, jawnie lekceważących tutejszą prymitywną piłowaninę podobnych do rondli korpusów przerzucili na roboty gospodarcze. Przenosić żeliwo, ładować na samochód ciężkie skrzynie z obrobionymi „rondlami”, czyścić cały dzień betonowe kible w latrynie, w której było zimno jak w psiarni i panował zupełnie nie „szystosiowy” zapach. Przy tym za najmniejszą niedokładność mogą po prostu dać w pysk. Tak ze jeszcze człowiek się cieszył, gdy mu wypadło pójść na warsztat albo na „zajęcia”.

Na jednym z nich majster Arndt, „Amerykanin” zrobił nam niespodziankę. I to jeszcze jaką!

– Nie znudziło wam się o gwintowaniu i nakrętkach? – spytał. – Jesteście dorośli, wszystko zrozumiecie. Pogadajmy lepiej o wojnie. Jak myślicie, kto wygra?

Niczego sobie pytanko. Za kogo on nas ma?

– No dobra, możecie nie odpowiadać – ironicznie wykrzywiwszy wargi powiedział majster. – Możecie nie odpowiadać, sam wam pokażę. Na ścianie wisiała tablica, widać od razu, nieczęsto używana. Majster Arndt pogrzebał w kieszeni i wyjął kawałek kredy. – Popatrzcie. – okrągłymi, powiedziałbym pięknymi ruchami człowieka nawykłego do rysowania, narysował na tablicy cztery koła. Z lewa wielkie, z prawa wielkie. Między nimi, jedno nad drugim dwa mniejsze i nie tak kształtne.

-To – powiedział majster, pokazując na lewe koła – Ameryka, Stany Zjednoczone! A to – dotknął prawego – Rosja. A tu – z jawną drwiną pokazał na figury w środku – Anglia i Niemcy… Trwa wojna, wszystko w ruchu. I co się stanie? A ot, co: ci z dwóch stron…- energicznymi ruchami rąk pokazał, jak zbliżają się do siebie „wielcy”. Publika w zachwycie, żadnego tłumaczenia nie trzeba. – A co będzie z tymi w środku, między nimi? – spytał i teatralnym gestem wskazał na Anglię i Niemcy. – Kaput – radośnie odpowiedział chór głosów. Niemiecki majster Arndt rozłożył ręce. Uśmiechnął się, wzruszył ramionami – on, jakby co, tego nie mówił…

Nie mam wytłumaczenia tego epizodu. On był, to mi wystarcza.

Chłopcy – jeńcy wojenni. Jedna z najbardziej poruszających, strasznych historii, które tam widziałem.

Obok obozu Frauendorf postawili jeszcze barak czy dwa, ogrodzili je drutem kolczastym. I przez parę dni pojawili się w nich chłopcy w jakichś łachmanach, widać że niejednokrotnie z demobilu rozmaitych armii. Było ich wielu, nie było między nimi dorosłych – tylko niemieccy uzbrojeni żołnierze, którzy ich pilnowali. Na głowach wystrzępione czapki krasnoarmiejskie, pilotki albo, nie wiedzieć czemu, budionnówki ze szpicem i czerwoną gwiazdą. Brudni, wycieńczeni. Nikt nie miał szesnastu lat, widać było i z daleka.

Jak to wytłumaczyć? Czyżby w Armii Czerwonej służyły dzieci? I Niemcy wzięli ich do niewoli? Boczne ogrodzenie oddzielające nas od nich pozostało niezmienione, drut kolczasty pojedynczy, tylko górą. Nawiązaliśmy kontakt, dowiedzieliśmy się, ze szybko wycofujący się na Ukrainie Wehrmacht zabiera ze sobą całą męska ludność, zaliczoną do grupy „okazujących nieposłuszeństwo władzom niemieckim”. Łapali każdego, kto większy od małego dziecka i traktują jako jeńca wojennego! (Co dalej – nie wiem, nie spotkałem informacji o tym w uczonych książkach o wojnie, ale tam – w mieście Szczecinie, późną jesienią czy zimą 1943 r., a może to już było w początkach 1944 r. – widziałem na własne oczy i kontaktowałem się przez płot z dziećmi od trzynastu do piętnastu lat. Traktowanymi, wbrew wszelkiemu prawu jako jeńcy wojenni).

I nie przynosi chwały przebywającym w Ostarbeiterlager Frauendorf, nie przynosi chwały nam, że bardzo niewielu z nas tym dzieciom w niewoli pomogło. Ale za to odchodziła wymiana: kromka chleba z kradzionego , albo zarobionego za zabawki bochenka za pozostałą u któregoś jeszcze ciepłą koszulę. Albo inną „szmatkę”.

Niestety, ku naszemu, ku mojemu wstydowi.

Ogłosili nam, że powrót do Fürstenbergu został odłożony. Z powodu jakiejś kwarantanny. Nie wiedzieliśmy czy to dobrze, i czy nie zaciągną nas koniec końców jeszcze dokądś.

Nastała tutejsza zima, bardziej podobna do jesieni. Kontynuujemy rozpoznanie okolicy i już wiemy, że z tyłu obozu jest teren szczecińskiego portu. Za naszym obozem najpierw nieużytki a potem mnóstwo szop. To magazyny. A z okien górnego piętra fabryki widać wodę i statki na przystani. Parę razy widzieliśmy wolno płynącą łódź podwodną.

Coraz częściej zdarzały się nocami alarmy przeciwlotnicze. Dotyczyły teraz i nas: bombardowali port, to całkiem niedaleko. Samolotów nie bywało tak dużo i wszystko, co dzieje się podczas nalotu – warkot silników, niemieckie reflektory, ogień zenitówek, niekiedy wybuchający pożar – dobrze było widać i słychać z obozu. Na razie jakby nic strasznego. I pewnego pięknego dnia po nalocie rozeszła się pogłoska: angielscy lotnicy podpalili skład cukru. Był pożar, palił się cukier w workach. Po ugaszeniu pożaru składu tego prawie nie pilnują…

Pierwsi „zwiadowcy”, którzy wybrali się nocą przez tajną dziurę w tylnim ogrodzeniu przynieśli zdobycz: przemoczony sypki cukier koloru beżowo brązowego. Rano zaczęła się „degustacja” – próbowaliśmy z „kawą” i zwyczajnie, łyżką (oczywiście stołową, innych nie mieliśmy). Niewątpliwie cukier, jak cukier, nieco z aromatem dymu, ale wydawało nam się że tak jest nawet smaczniej.

Ekspedycje po nadpalony cukier stały się regularne. Szło się we dwóch – trzech, jeden stawał na „oku”, – ukrywszy się obserwował, w którą stronę idzie wartownik z bronią, niespiesznie przechadzający się całą noc wokół na wpół zburzonych szop. W tym czasie inni, dostawszy się do środka, rękami zagarniali cukier do powłoczek. Gdy zdobycz była nabrana, a wartownik odszedł w drugą stronę, wszyscy skradając się (a jeśli świecił reflektor, to czołgając) uciekali. Po niespełna godzinie było się w „domu”, w baraku. (Jeśli chodzi o mnie: w interes z cukrem nie wchodziłem. Jako że już pechowo podpadłem „na kiełbasie”, Pasza Demidow wolał nie kusić losu i nasze z nim zabezpieczenie w cukier wziąć na siebie.

Ach czegośmy tylko nie spróbowali przez dwa czy trzy tygodnie, dlatego że mieliśmy cukier! Od razu wyjaśniło się, że w Szczecinie są i inne „chlebowe miejsca”. I znajdują się one w różnych obozach, rozmieszczonych w różnych rejonach tego dość dużego miasta. Nie znają tam nocnej drogi do portu, nie ma tamtejsza wiara jak dobrać się do szopy z przypalonym cukrem. Ale mają inną zdobycz, i to jeszcze jaką!

Bardzo szybko ujawnił się obóz przy fabryce skórzanej. Tam obrabiali skóry świńskie, z których potem szyto wojskowe buty. Świeża świńska skóra z resztkami słoniny, tylko sobie wyobraźcie! W jakimś innym obozie są ludzie, którzy pracują w fabryce drożdży. Ta wiadomość wywołuje u starszych burzliwy zachwyt. Nierozumnej młodzieży, wśród niej i mnie, poważnie objaśnili, co to takiego fermentacja alkoholowa i jakie z niej być mogą pożytki…

Rozpoczęły się tajne wzajemne wizyty, pojawiły się dobra z wymiany i przede wszystkim – kartki na chleb. Ktoś przyniósł butelkę po lemoniadzie do połowy wypełnioną spirytusem, którym przemywano jakieś tam detale. Starsi „specjaliści” ostrożnie próbują i jednogłośnie stwierdzają: godny! Paweł też dostał swoją porcję na dnie kubka. A najważniejsze: u siebie w baraku gotowaliśmy w kociołkach okrawki świńskich skór. Otrzymywało się tłustą zupę. Jeśli wynieść ją na chłód, to przez noc zamieniała się w galaretę. To było życie!

Bardzo szybko pojawiły się u nas wymieniane za cukier drożdże. „Dzbanek na kawę” przemianowano na kilka dni w kadź fermentacyjną. Rezultat: po jakichś procesach w dzbanie otrzymano pienistą ciecz – zacier. Słodki i niewiarygodnie wonny. A właśnie zbliża się Nowy Rok i specjaliści pokonując przeszkody (nie ma skąd wziąć miedzianej rurki, z czego zrobić chłodnicę tak dalej) postanawiają zbudować… Co? Aparat do samogonu!

W sąsiednim baraku pożyczyli jeszcze jeden dzbanek; na parę dni „kawy” brakuje wszystkim. A dzień czy dwa przed Nowym Rokiem, późnym wieczorem, z wartownikiem przed drzwiami i u wejścia do baraku, w pokoju 17 nastąpiło odprawienie tajnego obrządku – z cukrowego zacieru gotowano samogon. Scena była wiekopomna!

Na piecyku dzban z zacierem, do jego wylewu przylepiona pokrywka od rondla, z niej sterczy aluminiowa rurka, zagięta w bok. Te ważne detale odnaleziono w fabryce na śmietniku i w odpadach. Gdzieś zdobyli ni to glinę, ni to szpachlę. Gdy zacier zawrze, z rurki pójdzie para, którą trzeba skroplić. W prawdziwych bimbrowniach para idzie przez wymiennik, obmywany zimną wodą.

Nie mamy wymiennika i skraplacz chcieli zrobić ze zwykłego talerza, zabranego ze stołówki – tu to możliwe. Tylko trzeba go jeszcze cały czas dobrze chłodzić. Przynieśli do baraku w miednicy śnieg, szczęśliwie spadł właśnie, choć niewiele. Nasi artyści kontynuowali pracę pod piecykiem, pouczając się i kłócąc ścicha, inni część pozostałych obserwowała. Struga pary biła o talerz, talerz zaparowywał się, kropelki cieczy rzadka ściekały z niego do podstawionego garnuszka. Mało… Ale procedura ciągnie się kilka godzin, w garnuszku powoli coś się zbiera. Mistrzowie poszeptując między sobą próbują smaku. Ja obserwowałem wydarzenia z łóżka, z górnego piętra. Większość już spała.

Tak czy owak, Nowy Rok witaliśmy z trunkiem. Każdy popróbował (choćby kropelkę, choć liznąć językiem) mocno pachnącego samogonu. Nazwy tego zapachu i odpowiadającego mu smaku „siwucha” jeszcze wtedy nie znałem. A po kubku zacieru – to było pierwsze w moim życiu prawdziwe picie, i to z dorosłymi – zwyczajnie upiłem się. Poprosiłem jeszcze i dostałem. Nosiło mnie na wszystkie strony, zaintonowałem jakąś pieśń a potem zacząłem pleść wkoło trzy po trzy chwaląc się „osiągnięciami”. Ale cały czas też jakbym widział siebie z boku i specjalnie obserwował by nie powiedzieć czegoś o swoim pochodzeniu.

Nie wiedział nikt z nas, ile jeszcze przetrzymają nas tu. Mówili, ze niebawem wyślą nas powrotem do Fürstenbergu, ale tylko mówili. Coraz częściej ten i ów wspominał, ze nic dobrego nas tam nie czeka. No i stamtąd mogą odesłać w takie miejsce, że już nijak się nie wywiniesz. I nic nie mogłeś zrobić.

Niedługi śnieg spłynął, zaczynała się, jeśli po tutejszemu liczyć, wiosna. Kiedyś, gdy zrobiło się ciepło i wyszła trawka, powiedli nas w niedzielę na przechadzkę. Zapewne dla obozowych debiutantów taka procedura powinna demonstrować pewną wspaniałomyślność Niemiec. Nasza jednak gwardia, sala 17, odniosła się do tej sprawy ironicznie. Ale nikt się nie zdecydował zostać. Można się przejść, czemu nie?

Staruszek wachman przyprowadził nas na łąkę, pół godziny marszu od obozu, radośnie powtarzając: „Spazieren, spazieren!”. Niczego sobie spacer w kolumnie – chodzimy. Ktoś proponuje: może zaśpiewamy?

Dawajcie!

I zaśpiewaliśmy. Na początek „Trzech traktorzystów”. Kroczymy wesoło w kolumnie, wesoło śpiewamy pieśń, staruszek wachman z zadowoleniem kiwa głową: „Gut russisch singen”. A my śpiewamy:

Grzmiąc ogniem, świecąc blaskiem stali
Pójdą maszyny w gniewny marsz
Gdy w bój nas pośle towarzysz Stalin
Pierwszy marszałek w bój powiedzie nas!

Jeśli chodzi o pierwszego marszałka (pieśń powstała w końcu lat trzydziestych, tak że wtedy to był ługański ślusarz, ten sam narkom – dziś: minister – obrony Klim Woroszyłow) to Niemiec widocznie nie chwycił o co chodzi, Stalina jednak wyłowił. I dobrotliwie pokiwał głową: „ja – ja, Stalin kaput, karascho”. Jakże by nie, stary capie! Nasi prawie całą Ukrainę oswobodzili, a wy ciągle swoje. To, pytamy się, czyje teraz „kaput”?

I po spacerku na trawce liberalna „komnata symnazat” pod strażą czujnego wachmana wróciła w kolumnie marszowej do swojego baraku.

Nim opuścimy Szczecin powinienem dla uczciwości, opowiedzieć o jeszcze jednym tutejszym zadziwiającym epizodzie. Albo, jeśli wolicie o niezwykłym dla nas zjawisku.

Późną jesienią, jeszcze przed epopeją cukrową, pokój 17 dowiedział się, że w Szczecinie znajduje się, zupełnie zgodnie z prawem funkcjonuje – co? No, co powinno być w portowym mieście, zgodnie z książkami o burżujskich porządkach? Prostytucja, jasna sprawa. I domy publiczne, burdele. Wśród nich także, uwaga, „Auslanderpuff” – burdel dla cudzoziemców. Niewątpliwie, dla czystości rasy.

Starsze chłopaki odniosły się do tej wieści z entuzjazmem, młodsi – z nieskrywaną ciekawością. Tego trzeba – nie w kinie, nie w książce, a w samej rzeczy, i jeszcze otwarcie – burdel. Ot co! Tak, czy inaczej zebrała się kompanija pięciu ludzi, zaopatrzono ich w wyjściową odzież i wymarsz nastąpił. Po nim trzech czy czterech głównie pochmurnie zamilkło. Nic tam takiego znowu ciekawego. No, parę niezbyt młodych dziwek. Nachalnie wymalowane… A pieniądze, dziesięć marek, ona chce na początku. – Dawaj, dokładnie! – A co jeszcze. Ja nie bardzo się orientowałem… – Jeden tylko chłopak, Wania, z rok starszy ode mnie był zachwycony wizytą i długo powtarzał opowieść – A ona się pyta: a umiesz ty?… A ja jej na to… A ona mówi – trzeba jeszcze dziesięć marek… [Wykropkowania pochodzą od autora – przyp. tłum.]

Potem sprawdzali tę instytucję jeszcze we dwóch czy trzech. Wracali też w dość mrocznym nastroju. Na tym zagraniczna rozpusta się skończyła. Zamierzenie nie otrzymało dalszego wsparcia, jakby to powiedział sowiecki partyjny aktywista.

Niedługo przed końcem naszego szczecińskiego życia zdarzyła się zupełnie smutna historia. Dwóch naszych wyszło po cukier i nie wróciło do obozu. Mówiono potem, ze ktoś słyszał parę wystrzałów od strony portu. I następnego dnia Lagerführer ogłosił nam, że trafili oni do obozu koncentracyjnego w Policach, niedaleko stąd: wysłani tam za kradzież „wojennej produkcji”. Określił tez wyrok: zdaje się 56 dni. Niemiecka dokładność – dokładnie osiem tygodni.

I jeszcze „Kot w Butach” powiedział, ze naszej „komnata symnazat” już dawno ma potąd! Że żadnego pobłażania więcej nie będzie, a jeśli kogoś złapią poza obozem, niech ma żal do siebie. I że on, Lagerführer ma nadzieję rozstać się z nami tak szybko, jak tylko można.

W niełasce pozostaliśmy istotnie niedługo: odesłali nas do Fürstenbergu. Po miesiącu czy dwóch wrócili tu Leontij i Sierioża, schwytani przez ochronę szczecińskiego portu w magazynie cukru. Zbici, wymizerowani, ale szczęśliwi, że tak się skończyło – że nie na zawsze w kacet.

A „Kot w Butach” parę miesięcy później poległ przy kolejnym bombardowaniu Szczecina. Jeśli informator, przebywający w obozie po nas, czegoś nie naplątał po pięciu latach, kiedy przypadkowo się z nim spotkałem, to angielska bomba ugodziła prosto w kantor – mieszkanie Lagerführera, w chwili, gdy on tam był. Tego człowieka, któremu dałem przezwisko z dziecięcej bajki, źle nie wspominam.

Źródło: Черненко Михаил Борисович: Чужие и свои. Текст, 2002.

Książka dostępna na stronie: http://militera.lib.ru/

Autorzy strony zapewniają na niej, że mile widzą korzystanie z ich zasobów, byle podać źródło („Используйте в учёбе и в работе, цитируйте, заучивайте… в общем, наслаждайтесь. Захотите, размещайте эти тексты на своих страницах, только выполните в этом случае одну просьбу: сопроводите текст служебной информацией — откуда взят, кто обрабатывал. Не преумножайте хаоса в многострадальном интернете”)