Opublikowane przez sedina w Kultura i Sztuka.

Zapraszamy do lektury dwóch opowiadań Artura Daniela Liskowackiego z tomu Capcarap, wydanego w 2008 r. przez Wydawnictwo Forma pod patronatem medialnym m.in. portalu sedina.pl.

Na początek „Znak”.

* * *

Siedzieli grupą z tyłu autobusu. Ale było ciasno i nie chciałem przepychać się do przodu; miałem mokry parasol i nawet gdy stałem, odsuwano się ode mnie.
Zmokłem na przystanku, deszcz był krótki, gwałtowny. Pod wiatą tłoczyli się niechętni wobec mokrych z zewnątrz, oba skrzydła wiaty były zresztą wybite.
Stałem z dala, aby nikomu nie nakapać z parasola za kołnierz.
Kiedy nadjechał autobus, deszcz prawie ustał. Spod kół bryznęło mi na spodnie; z wnętrza wozu parowało tłokiem obojętnych, stygnących ciał. Spróbowałem ostatnim wejściem, było luźniej.
Autobus milczał, sunąc wolno w dół ulicy. Siedzący gapili się w mokre okna i tylko ci w tyle, kilku chłopaków w krótkich kurtkach i dziewczyna, wystarczająco mała, by ją mogli brać na kolana, gadali głośno, ze śmiechem – nie dla nich samych przeznaczonym, a dla nas, milczących.
Nie byli zbyt agresywni. Zaczepiali tylko pijaczka, drzemiącego naprzeciw. Drażnili go łagodnie, jak dzieci domowe zwierzę.
Prędko się znudzili i rozmawiali ze sobą o reklamie sportowego obuwia, jakimś zajadłym nauczycielu i o najbliższej niedzieli.
Droga do centrum bardzo się dłużyła, autobus jechał powoli, na przystankach mokry tłum napierał, niezdarny, niezdecydowany: wejść, wyjść, wpuścić, wypuścić.
Myślałem, że wysiądą przy technikum, nie wysiedli. Za to zwolniło się miejsce przy oknie; wsunąłem się, jak ryba między kamienie. Było wilgotne i ciepłe.
Musiałem teraz patrzeć na nich, albo jak wszyscy – w okno. Patrzyłem na nich, bo zwykle robię co innego niż naprawdę chcę.
Mokry, w czapce, w zaparowanych okularach – nie zareagowali jednak. Nie byłem tym zresztą zaskoczony.
Oglądam czasem filmy przyrodnicze w telewizji. Młode samce atakują rówieśników, rywali. Albo starych przywódców stada, posiadaczy wielu samic, którzy już nie potrafią zachować ich dla siebie. Nie należałem ani do jednej, ani do drugiej grupy.
Pomyślałem, że to wszystko bardzo zwyczajne. Obcość tłumu, obawy samotnika, hałaśliwe wysiłki tych, na których przyszła kolej. Podjąć życie, jak wyzwanie. Jak walkę.
Mogłem pogapić się w okno. Zwłaszcza że robiło się jaśniej, przestało padać zupełnie, a zza chmur wysuwało się niebo, gładkie i błękitne. A potem zaświeciło słońce.
Kontrast był tak silny i nagły, jakby w tej nagłości krył się jego sens. W samej zmianie. Pełnej i niezależnej od czegokolwiek.
Wtedy to zobaczyłem. Tęczę wielką na cały horyzont, ogromną i wspaniałą. Nasyconą widmem barw czystych i wysokich.
Autobus zatrzymał się przy Matejki. Wysypali się ochoczo, popychając się, pokrzykując. Patrzyłem za nimi, czy widzą.
Ale nie widzieli. Bo mieli za sobą i musieliby się odwrócić. Bo tak miało być, mówiłem sobie, zobaczą później, kiedyś, jak już będą mieli przed sobą.
Poczułem się wyróżniony, że to wiem, że dostałem taki znak.
I wtedy odwróciła się dziewczyna. Drzwi były jeszcze otwarte, bo w przejściu powstał zator. Mogłem ją więc usłyszeć.
Patrzyła w niebo i palcem pokazywała innym.
– Ale wyjebało!
Autobus ruszył, minął ich, szli roześmiani.