Opublikowane przez sedina w Szczecinianie.

Miał siedemnaście lat, gdy rozpoczął pracę w szczecińskiej stoczni. Był rok 1957. Stocznia istniała dopiero dziewięć lat.

– Wtedy budowała tylko te niewielkie rudowęglowce o nośności trzech tysięcy ton – wspomina Zych. – Ale już na początku następnej dekady zwodowała pierwszy dziesięciotysięcznik – drobnicowiec Janek Krasicki.

Szczecińskie okrętownictwo powstawało od podstaw. Załoga pochodziła z całej Polski. Stocznia potrzebowała rąk do pracy, ludzie na miejscu uczyli się rzemiosła.
Zych przyjechał z Warszawy. Tam od pokoleń mieszkała jego rodzina. Wszyscy poszli w mechanikę i ślusarstwo. Ojciec Zycha też był ślusarzem. Gdy po śmierci żony został sam z trójką synów, najstarszego Romka wysłał do stoczni w Szczecinie.

– Tu już pracował brat ojca – Kazimierz. Był cenionym racjonalizatorem i moim nauczycielem zawodu – opowiada Zych. – Znalazłem się w brygadzie, która robiła okna okrętowe, a potem w odlewni żeliwa czyściłem i malowałem minią odlewy. Stocznia była samowystarczalna, miała wiele zakładów pomocniczych. Dziś urządzenia zamawia w specjalistycznych firmach. Z czasem dostawałem prace ślusarskie, spawalnicze. Coraz bardziej to mi się podobało, ale chciałem się uczyć, zrobić maturę a potem pójść na studia.

Między śledziami a uczelnią

Dzienne studia na Politechnice Szczecińskiej skończył z wyróżnieniem i jako stypendysta Stoczni Szczecińskiej. W dzień studiował, wieczorami pracował. W porcie przy przeładunkach, w Gryfie przy śledziach, w stoczni przy sprzątaniu statków. W stoczni odbywał też studenckie praktyki. Na utrzymaniu miał dwóch młodszych braci i żonę, studentkę Akademii Medycznej. Danusię Adamczyk, śliczną, filigranową blondynkę poznał na majówce, nad Jeziorem Szmaragdowym. W zeszłym roku obchodzili Szafirowe Gody, co znaczy, że 45 lat są małżeństwem. Mają syna Andrzeja i dwie wnuczki. Ojczym Danuty – Wacław Łukasiewicz też pracował w stoczni, był stolarzem. Ale syn Zychów trzymał się od stoczni z daleka. Jest przedsiębiorcą.

– Sama się dziwię jak to możliwe, że tyle czasu jesteśmy razem, bo dla mojego męża zawsze najważniejsza była i jest stocznia – śmieje się Danuta. – Wystarczy jeden telefon i już tam jedzie.

Zych po studiach miał propozycje pracy na uczelni, ale wrócił do stoczni. Został kierownikiem działu jakości wyposażenia statków. Danuta rozpoczęła pracę w szpitalu wojskowym. Pracuje tam do dziś, jest internistą i reumatologiem.

W latach 60. głównym odbiorcą statków budowanych w Szczecinie był ZSRR. Powstawały dla niego okręty warsztatowe – takie pływające fabryki, statki oceanograficzne i naukowo-badawcze. Budowano też statki handlowe (masowce i drobnicowce) dla polskich armatorów: PŻM i PLO. Na jednym z takich drobnicowców o nazwie Zakopane, pod koniec 1968 roku, Zych popłynął w rejs gwarancyjny.

– Mieliśmy przymusowy trzymiesięczny postój w Nowym Jorku, ponieważ strajkowali dokerzy – wspomina. – O statku dowiedziała się tamtejsza Polonia i mnóstwo ludzi przychodziło go oglądać. Byli zachwyceni, bo to był piękny statek. Nas duma rozpierała. Bo to był statek zaprojektowany i zbudowany w Szczecinie.

W opinii, nie tylko Zycha, najciekawszą dekadą w stoczni były lata 70. Był to czas dużych inwestycji, wprowadzania nowych technologii i budowy specjalistycznych statków. To wtedy powstały pierwsze chemikaliowce, które rozsławiły Stocznię Szczecińską na cały świat. Powstawały też statki-elektrownie, okręty desantowe, statki szkolno-towarowe, promy. Pierwszy chemikaliowiec, jak to prototyp, powstawał długo, ale następnych 11 schodziło z pochylni jak z taśmy. Średnio co 72 dni armator otrzymywał następny statek. Kolejną dekadę zdominowały promy, okręty-szpitale, statki geofizyczne, naukowo-badawcze i oceaniczne holowniki – Neftegazy.

Powitali zomowców hymnem

Te dwie dekady, przez wydarzenia jakie im towarzyszyły, były też dramatyczne i ważne dla stoczni i kraju. Stocznie zawsze ocierały się o politykę i albo władzy służyły, albo ją gubiły. Dramat Grudnia 1970 roku, gdy wojsko i milicja strzelały do stoczniowców wstrząsnął Polską. Strajki w stoczniach Trójmiasta i Szczecina w sierpniu 1980 roku doprowadziły do podpisania słynnych Porozumień Sierpniowych i narodzin Solidarności.

– Na moim dzieciństwie piętno odcisnęła wojna i nie przypuszczałem, że kiedyś jeszcze będę świadkiem strzelaniny, zabijania, że znowu zobaczę na ulicy czołgi – mówi Zych. – A tak było w grudniu 1970 roku.

Danuta Zych miała dyżur w szpitalu, przywozili rannych, zabitych a ona myślała o mężu i ojcu, bo obaj pracowali w stoczni. Biegła na chirurgię i sprawdzała czy ich przypadkiem nie przywieźli. W dziesięć lat później, gdy w sierpniu 1980 roku stocznia zastrajkowała, wraz z innymi żonami stoczniowców, przychodziła pod stoczniową bramę z jedzeniem, papierosami i pytaniami, co dalej będzie. Oboje od razu zapisali się do Solidarności. Ale karnawał wolności nie trwał długo.

– Rozpłakałem się z bezsilności, gdy usłyszałem o stanie wojennym – przyznaje Zych. – 13 grudnia 1981 roku stocznię znowu otoczyły czołgi, wyły silniki, dudniły gąsienice. Czołgi taranowały główną bramę a my klęczeliśmy, modliliśmy się i śpiewaliśmy hymn. ZOMO wdarło się do stoczni. Aresztowali komitet strajkowy i wszystkim kazali wyjść. Wychodziło kilka tysięcy ludzi, a zomowcy byli zdziwieni, że jest nas aż tylu, bo im powiedziano, że w środku jest tylko kilka osób. Po paru dniach dostaliśmy nowe przepustki i trzymając je wysoko, w szpalerze wojska wchodziliśmy do stoczni. Wiele osób straciło pracę.

Niemcy nie kryli podziwu

Początek lat 90. nie wróżył niczego dobrego. Wyglądało na to, że stocznia przestanie istnieć. Załamał się rynek radziecki, nikt nie chciał odebrać zbudowanych statków. Rosło zadłużenie wobec banków i dostawców. Jednak zakład udało się ocalić. Ratunkiem okazało się postępowanie układowe z wierzycielami i postawienie na budowę kontenerowców. One zdominowały dekadę lat 90. Powstało ich ponad sto. Stały się stoczniowym przebojem i sukcesem.

– Każdemu chciało się pracować – mówi Zych. – Były lata, w których niemalże co dwa tygodnie oddawaliśmy statek. Niemieccy armatorzy, bo to oni byli głównymi odbiorcami, nie kryli podziwu.

To była rzeczywiście złota dekada Stoczni Szczecińskiej. Znalazła się w czołówce stoczni Europy i świata. Niestety, jej końcówka znowu zapowiadała kłopoty. Pęczniał holding, stocznia stała się jedną z jego spółek, absurd gonił absurd. Na to nałożyły się kłopoty z budową chemikaliowca i promu typu ropax. Pojawiły się problemy finansowe, nie było pieniędzy na pensje i cierpliwość załogi się skończyła. W styczniu 2002 roku zaczęły się manifestacje a w marcu stocznia stanęła. To był szok dla wszystkich. Tysiące ludzi zostało bez pracy i pieniędzy.

Stoczniowcy znów na ulicach

Pani Danuta pamięta, że mąż bardzo to przeżywał. W domu nie mógł sobie znaleźć miejsca. Codziennie chodził do stoczni. Przychodziła też cała kadra kierownicza. Stoczniowcy wielokrotnie wychodzili na ulice.

Pojawiła się nadzieja, gdy w lipcu powstała Stocznia Szczecińska Nowa. Sąd ogłosił upadłość Stoczni Szczecińskiej i stoczniowego holdingu. Udało się opanować spawanie stali duplex. Stocznia buduje papierowce, skomplikowane statki typu con-ro. Niestety, w nowej firmie szybko pojawiły się stare problemy. Od początku boryka się z brakiem pieniędzy na bieżącą działalność, zwłaszcza, że banki wycofały się z kredytowania branży okrętowej.

– Gdy pół wieku temu zaczynałem pracę w stoczni, akurat kończyła budowę 30. statku, teraz buduje statek 679. – wylicza Zych. – Statek to jeden z najdoskonalszych wytworów ludzkich umysłów i rąk. Tam nie może być lipy, bo morze od razu to zweryfikuje. A ta stocznia, niezależnie od różnych zawirowań, zawsze budowała dobre i bardzo trudne statki. Miała szczęście do doskonałych fachowców. Ja to ciągle powtarzam, że największą wartością stoczni w Szczecinie są ludzie. I serce boli, że tak dużo doświadczonych stoczniowców pracuje za granicą.

Roman Zych powinien od trzech lat być na emeryturze. Ale podpisał umowę i może pracować do sierpnia tego roku. Nawet nie myśli co będzie potem. Jakoś trudno mu sobie wyobrazić życie bez stoczni.

Krystyna Pohl, Głos Szczeciński, 11 VI 2008 r.