Opublikowane przez sedina w Szczecinianie.

Obie moje babcie mówią o tym filmie, że jest ładny. Dla nich „Wrzos”, historia obdarzonej wielkim sercem Kazi, uwikłanej w małżeństwo bez miłości, jest wspomnieniem z młodości, nieskażonej jeszcze dramatem wojny. Wspomnieniem z lat, kiedy polskie kino chętnie sięgało po takie ckliwe, melodramatyczne opowieści, a w obsadzie pojawiały się ówczesne gwiazdy: Jadwiga Smosarska, Elżbieta Barszczewska, Maria Malicka i Stanisława Engelówna.

Ta ostatnia, na filmowym firmamencie zaświeciła najpóźniej, w 1938 roku. Zdążyła zagrać w sześciu produkcjach, po czym obiecującą karierę przerwał wybuch wojny. Po niej nigdy już nie wróciła na ekran.

W kwietniu tego roku minęła okrągła, setna rocznica urodzin Stanisławy Engelówny, a właściwie – Stanisławy Angel. Była córką kolejarza i nic nie zapowiadało, że zostanie aktorką. Miała edukować innych, pracowała nawet jakiś czas jako nauczycielka w szkole handlowej. Bezpieczna, ale przewidywalna praca szybko ją jednak znudziła i Stasia postawiła przed sobą nowe wyzwanie: eksternistyczny egzamin aktorski w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej w Warszawie.

Pomoc wielkiego Solskiego

Gdy go zdała, miała już 28 lat. Wydawać by się mogło, że na robienie kariery jest ciut za późno. Pomógł przypadek – na ładną (do tego typu urody pasuje też określenie „majestatyczna” lub „posągowa”) dziewczynę zwrócił uwagę sam sławny Ludwik Solski, wówczas dyrektor Teatru Narodowego w Warszawie. Potrzebował akurat dublerki dla chorej aktorki, która miała grać rolę Róży w „Dożywociu” Fredry. Solski zaryzykował, mimo że przeciwko takiej decyzji obsadowej zbuntował się cały zespół, zrywając próbę. Zostali we dwoje – wielki artysta i debiutantka. On wcielił się we wszystkie postacie, grane przez nieobecnych, niezadowolonych kolegów, ona ćwiczyła kwestie Róży. Utarli nosa reszcie aktorów, spektakl okazał się sukcesem. Również w innym aspekcie – tego wieczoru poznała inspicjenta Eustachego Kojałłowicza, późniejszego męża.

Engelówna (po rozpoczęciu kariery spolszczyła nazwisko) szybko stała się gwiazdą sceny – krytycy nie szczędzili jej pochwał za występy w „Warszawiance”, „Weselu”, „Skąpcu” czy „Fryderyku Wielkim”. Po swojej stronie miała też publiczność, chętnie przychodzącą specjalnie dla niej. I mimo że przeniosła się ze stolicy do Teatru Miejskiego w Łodzi, zdążyła wpaść w oko szefom wytwórni filmowych, szukających nowych twarzy.

Bronka, Kazia, Frania

Filmografia Engelówny to pięć fabuł i jeden dokument. Na więcej zabrakło czasu. Czy gdyby nie wybuchła wojna, aktorka miałaby szansę stać się kimś bardziej rozpoznawanym po latach? Można jedynie gdybać, pamiętając jednak, że preludium było bardzo obiecujące – mimo kiczowatej nieco stylistyki ówczesnych wytworów rodzimej kinematografii, kreacje Engelówny bronią się do dziś.

Największą popularność przyniosła jej rola Kazi, w opartym na powieści Marii Rodziewiczówny „Wrzosie” Juliusza Gardana. Tragiczna postać dziewczyny, która myśląc, że jej ukochany nie żyje, wychodzi za mąż z rozsądku, w interpretacji Engelówny zyskała – poza cukierkową słodyczą – także rys tragizmu i wiarygodności. W gruncie rzeczy, w kolejnych filmach, grała podobne role – kryształowo uczciwych i rozdartych wewnętrznie pięknych kobiet: Bronkę we „Florianie” Leonarda Buczkowskiego, tytułową Renę w filmie Michała Waszyńskiego, Marię w „Sercu matki” tego samego reżysera. Pewną próbą zmiany emploi było „O czym się nie mówi” Mieczysława Krawicza, reklamowanego jako „historia nieszczęśliwych dziewcząt, które z nędzy, z głodu, raz zeszły z drogi moralności, staczały się coraz niżej i ginęły w kwiecie wieku i urody…”. Engelównie przypadła postać Franki, ślicznej dziewczyny lekkich obyczajów, zakochującej się w bankowym urzędniku. Film nie cieszył się wielkim uznaniem, aczkolwiek krytycy o roli Engelówny pisali dość ciepło. Przed wybuchem wojny zdążyła zagrać jeszcze w „Geniuszu sceny”, dokumentalnym zapisie teatralnych ról swojego odkrywcy Ludwika Solskiego.

Szczeciński czas heroin

Do tego, co się działo do wyzwolenia, Stanisława Engelówna wracała bardzo niechętnie. Wiadomo, że trafiła do obozu koncentracyjnego. Niemal zaraz po wojnie ponownie podjęła pracę w stołecznych teatrach, rezygnując całkowicie z filmu.

W 1949 roku przyjechała na gościnne zaproszenie do Szczecina, by zagrać w „Seansie” Noela Cowarda. Dyrektorem szczecińskich Teatrów Dramatycznych był wtedy Zbigniew Sawan, słynny przedwojenny amant. To on zaproponował Engelównie stały etat w Szczecinie, gdzie pracowały już inne gwiazdy – Lidia Wysocka, Maria Malicka, Gustaw Rasiński.

– Stanisława Engelówna była tu gwiazdą – mówi Danuta Chudzianka, prezes szczecińskiego oddziału Związku Artystów Scen Polskich. – Grała główne role, heroiny. Publiczność ją uwielbiała, podobno też, gdy wracała do domu po próbie, ze sklepów wychodzili kupcy, by się jej ukłonić. Przy tym wszystkim ceniono ją jako człowieka, za poczucie humoru i godne damy maniery. Mówiono mi, że szczególną estymą darzyli Engelównę jej sąsiedzi.

Sympatia dla gwiazdy z „Wrzosu” jest chyba ponadczasowa – z archiwum ZASP-u jakiś tajemniczy wielbiciel wyniósł teczkę z jej zdjęciami i pamiątkami z dziesięciu lat kariery na szczecińskich scenach. Strata tym większa, że faktycznie w tym czasie Engelówna sporo grała (m.in. „Wieczór Trzech Króli” Szekspira, „Król i aktor” Brandstaettera, „Ożenek” Gogola, „Wilhelm Tell” Schillera, „Obcy cień” Simonowa). Może nie wszystkie szczecińskie spektakle zasługują na to, by je dziś przypominać, ale trafiały się wśród nich i prawdziwe perełki.

– Na pewno Engelówna błyszczała w „Profesji pani Warren”, podobała się bardzo jako Lady Milford w „Intrydze i miłości” – wylicza Danuta Chudzianka. – Pamiętam też, że jako mała dziewczynka widziałam wielkie przedstawienie Emila Chaberskiego „Don Carlos”. Grano je na scenie dzisiejszego Teatru Współczesnego, wśród imponującej scenografii. Pojawiały się m.in. dwa żywe konie! Engelówna grała w nim księżną Eboli.

„Gra jest znakomicie wyrównana, a niektóre kreacje aktorskie (król – Godlewski, królowa – Remiszewska, księżna Eboli – Engelówna) przejdą do kronik teatralnych jako osiągnięcie artystyczne najwyższej rangi” – pisał w maju 1953 roku, po premierze „Don Carlosa” Feliks Jordan, recenzent „Kuriera Szczecińskiego”. Dodawał też, że „Engelówna porywała wewnętrznym żarem i zdumiewała niezwykłą trafnością gestu”.

Bukiecik wrzosu

Zmarła przedwcześnie w 1958 roku, w wieku zaledwie 50 lat. W czasie próby generalnej do „Geniusza i szaleństwa” Dumasa zasłabła na scenie. Medycyna była bezradna wobec rozwijającej się choroby nowotworowej. Engelówna nie powróciła na scenę, zmarła kilka tygodni później. W jej pogrzebie wzięło udział ponad tysiąc osób, co niewątpliwie świadczy o tym, jak bardzo znaczącą była postacią w szczecińskim życiu kulturalnym, jak wielkim cieszyła się uznaniem.

Jej grób, mieszczący się niedaleko głównej bramy Cmentarza Centralnego, przez wiele lat niszczał wśród wilgoci, porastając mchem. Staraniem szczecińskiego ZASP-u i Towarzystwa na rzecz Cmentarza Centralnego, m.in. dzięki publicznym kwestom, udało się w 2006 roku przywrócić mu dawny wygląd. Spragnionych gwiazdorskiego przepychu spotka jednak przy mogile aktorki rozczarowanie: nie ma tu marmurów, kolumienek, rzeźb aniołów czy wielkich wazonów wypełnionych różami. Jest prosta płyta ze złotymi literami „Stanisława Engelówna – aktorka”. Czasami też ktoś kładzie tu niewielki bukiecik wrzosu…

Katarzyna Stróżyk