Opublikowane przez sedina w Historia.

– Ten strajk, dziś tak mało znany, to był nasz marsz do wolności – powtarza Edward Radziewicz, szef Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego.

Strajk w szczecińskim porcie rozpoczął się 17 sierpnia a zakończył 3 września 1988 roku.

– Był sukcesem – podkreśla Jan Tarnowski, działający w ówczesnym punkcie pomocy strajkującym przy kościele ojców jezuitów. – Doprowadził do okrągłego stołu, do zarejestrowania Solidarności.

– Ryzykowaliśmy i to bardzo – przyznaje Andrzej Milczanowski, wówczas członek MKS w porcie. – Ale intuicja podpowiadała mi, że warto zaryzykować, że mamy szansę na zwycięstwo.

Zdrożało jedzenie i czynsz

Strajk nie rozlał się po całym mieście. W Szczecinie dołączyły jedynie zajezdnie tramwajowe i autobusowe oraz Przedsiębiorstwo Budownictwa Kolejowego. W Polsce stało ponad 20 kopalń, Stocznia Gdańska, Huta Stalowa Wola, kilka zakładów w Trójmieście. W kraju wrzało od wiosny. Ludzi zirytowały wysokie podwyżki cen, które rząd wprowadził w lutym. Najbardziej zdrożała żywność, czynsz, bilety komunikacji miejskiej. Wybuchały strajki, w których główne postulaty dotyczyły podwyżek płac. Milicja pacyfikowała zakłady.

Miał przyjechać Gorbaczow

Na początku maja w Szczecinie zaprotestowali kierowcy autobusów. Dwóch liderów strajkujących: Józefa Ignora i Romualda Ziółkowskiego wyrzucono z pracy. Pod koniec czerwca w ich obronie stanęły trzy zajezdnie. W krótkim czasie liderów ponownie zatrudniono.

– Władza i wymiękała i chciała mieć spokój, bo w połowie lipca do Szczecina miał przyjechać Gorbaczow – wspomina Edward Radziewicz.

W sierpniu fala strajków znowu ogarnęła kraj. 17 sierpnia stanął port. Rano do mieszkania Andrzeja Milczanowskiego, działacza podziemnych struktur Solidarności przyszedł z portu Jan Dubicki. Powiedział, że u nich wrze i szykują się do strajku. Milczanowski, który miał za sobą dwa lata i cztery miesiące spędzone w więzieniu był bez pracy.

– Nie mogłem być ani instruktorem w bibliotece, ani stróżem – opowiada. – Ale od momentu wyjścia z więzienia miałem jeden cel – zalegalizować NSZZ Solidarność. I w tym strajku, który zaczynał się w porcie dostrzegłem szansę na zawalczenie o Solidarność. Umówiliśmy się pod estakadą. Założyłem drelichową, portową kurtkę, czapkę i na ciągniku wjechałem do portu. Wyszedłem dopiero 2 września. Wraz z Edkiem Radziewiczem, Józkiem Kowalczykiem, Jankiem Dubickim i jeszcze z paroma osobami szliśmy portowymi nabrzeżami ze stołkami w ręku. Wchodziliśmy na te stołki i nawoływaliśmy ludzi do strajku, tłumacząc jak ważny jest on dla nas wszystkich. Zmarłego niedawno Mietka Lisowskiego poprosiłem o zorganizowanie strajku w Wojewódzkim Przedsiębiorstwie Komunikacji Miejskiej. I tak następnego dnia, 18 sierpnia, stanęły w Szczecinie zajezdnie autobusowe i tramwajowe.

4 postulaty

W porcie utworzył się Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. Na jego czele był Edward Radziewicz, działacz podziemnej portowej Solidarności. MKS miał cztery postulaty do władz. Przede wszystkim żądano legalizacji Solidarności, podwyżki płac i zapewnienia bezpieczeństwa strajkującym.

Trzeciego dnia strajku, port od lądu otoczyły uzbrojone oddziały ZOMO (Zmotoryzowane Oddziały Milicji Obywatelskiej p.r.) a od wody okręty desantowe, które wpływały do portowych kanałów. Nad portowymi terenami często przelatywały helikoptery. Fatalnie na strajkujących podziałała informacja o rozbiciu strajków w zajezdniach. Wtargnęły do nich oddziały ZOMO i siłą zmusiły strajkujących do opuszczenia zajezdni. Strajkowała tylko zajezdnia autobusowa w Dąbiu.

Przepraszała, że tylko smalec

Jan Tarnowski, dziś emeryt, w osiemdziesiątym ósmym pracował na kolei. Wraz z Mieczysławem Lisowskim i Jerzym Zimowskim zaangażował się w zorganizowanie punktu pomocy strajkującym.

– Mieścił się w kościele jezuitów przy Pocztowej. Tam Lisowski przyprowadził kobiety z zajezdni po rozbiciu strajku przez ZOMO – wspomina Tarnowski. – Były zapłakane, w strasznym stanie psychicznym. Część, bojąc się aresztowań w domach, nocowała w podziemiach kościoła. Ksiądz proboszcz przyniósł koce, kocioł herbaty. Mieszkańcy Szczecina przynosili jedzenie. Dzielili się tym co mieli, a to były trudne i chude czasy dla wszystkich. Dary przyjmowała Marzenka Szczeglewska-Paziewska. Pamiętam jej wzruszenie, gdy przyszła staruszka z dwoma malutkimi słoiczkami smalcu. Przepraszała, że ma tylko tyle i prosiła, aby jej nie robić przykrości i przyjąć ten dar od serca. Atmosfery towarzyszącej tamtemu sierpniowemu strajkowi nie zapomnę do końca życia. Ogromna była ofiarność ludzi i pomoc kościoła.

Szczecinianie wspomagali też strajkujących w porcie. Bezpośrednio pod portowe płoty i bramy przynosili żywność, papierosy, środki higieniczne.

Jesteśmy sami

Portowcy sądzili, że do strajku, podobnie jak to było w sierpniu w roku osiemdziesiątym, przystąpią wszystkie większe zakłady Szczecina, że przystąpi cała Polska.

– Gdy uświadomiłem sobie, że praktycznie jesteśmy sami, to był szok – przyznaje Radziewicz. – Być może, po latach marazmu i stagnacji, ludzie nie wierzyli, że ten kolejny strajk coś zmieni. W środku, w porcie, było prawie trzy tysiące osób a na zewnątrz stało ZOMO. Było bardzo niebezpiecznie. Gdyby doszło do interwencji zbrojnej, portowcy byli zdecydowani się bronić. Gdyby te okręty desantowe dobiły do nabrzeży, to doszłoby do masakry. My mieliśmy na nie wywracać dźwigi i sztaplarkami, ładowarkami bronić bram. A oni pewnie strzelaliby do nas jak do kaczek. Bóg strzegł, że tak się nie stało.

Prawie codziennie na terenie portu odbywała się msza. Któregoś dnia uczestniczący w niej portowcy przyjęli bez spowiedzi komunię świętą. Taka możliwość istnieje tylko w sytuacji zagrożenia życia. Odwagi strajkującym dodawał jezuita ojciec Przemysław Nagórski, który mówił w czasie mszy: „Nie bójcie się, ciało można zabić, duszy nie”.

– Do władzy dotarło, że jesteśmy gotowi na wszystko – uważa Radziewicz. – Że może się polać krew i powtórzyć Grudzień 1970 roku. Argumentowano, że strajkując pogarszamy i tak trudną sytuację kraju. Na redzie stało około 20 statków a kolejka wagonów do wyładunku ciągnęła się aż do Zielonej Góry. My czekaliśmy na realizację postulatów.

Wałęsa kończy strajk

– Ryzyko było ogromne, ale wiedziałem, że nie zrobię ruchu w kierunku przerwania strajku – mówi Milczanowski. – Zaproponowaliśmy gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu przyjazd do portu na rozmowy. Odpisał, że przyjedzie, ale w sytuacji, gdy strajk zostanie przerwany, „ciała obce” z portu usunięte i straty nadrobione. Żądania nierealne.

Mijały kolejne dni. Coraz bardziej dawało się we znaki zmęczenie, zniechęcenie. I wtedy 31 sierpnia nadeszła wiadomość od Lecha Wałęsy z Gdańska o przerwaniu strajku.

– Powiedział, że kończymy strajk, bo rozmawiał z generałem Czesławem Kiszczakiem w sprawie rozmów okrągłego stołu – wspomina Milczanowski. – Byłem przeciwny przerwaniu strajku, Wałęsa zagroził, że przyjedzie i osobiście go zakończy. Odpowiedziałem, czego dziś bardzo się wstydzę, żeby przyjechał, to wywieziemy go na taczkach. Wkrótce okazało się, że to Wałęsa miał wtedy rację.

3 września strajk się zakończył bez podpisania porozumień. MKS uznał, że skoro jest szansa na przywrócenie Solidarności, to odstępuje od żądań płacowych. „Jesteśmy przekonani, że jest to decyzja godna honoru polskiego robotnika” napisał Edward Radziewicz w strajkowej ulotce. Do portu autobusy przywiozły strajkujących z Dąbia. Przed portową bramą uformował się pochód liczący ponad trzy tysiące ludzi. Niosąc ogromny krzyż przeszli do katedry, gdzie arcybiskup Kazimierz Majdański odprawił mszę.

– Po mszy postanowiliśmy przejść na ulicę Pocztową, by podziękować ojcom jezuitom, ale ZOMO zagrodziło nam ulicę Krzywoustego – opowiada Jan Tarnowski. – I wtedy rozległy się dzwony kościoła przy Pocztowej. ZOMO-wcy się rozstąpili. Przeszliśmy. W tym roku w 20. rocznicę zakończenia strajku przejdziemy tę samą trasę, z portu do katedry na mszę a potem na Pocztową do kościoła.

– Z trzech dużych strajków, w których uczestniczyłem, ten był najtrudniejszy ze względu na wielką odpowiedzialność – przyznaje Milczanowski. – Kilka tysięcy ludzi rzuciło na szalę swój los w obronie Solidarności.

Krystyna Pohl, Głos Szczeciński, 22 VIII 2008 r.