Szczecinianka na igrzyskach w Moskwie

Już wie jak spędzi lato. Będzie wstawać o 4 lub 5 rano i tak, jak miliony Polaków, kibicować polskiej ekipie.

Robiła tak już osiem lat temu podczas igrzysk w Sydney. Siadała przed telewizorem o świcie, a potem w pracy piła kawę za kawą.

– Było warto, bo tyle wzruszeń sportowych naraz zdarza się tylko co cztery lata – przyznaje dziś Dorota Brzozowska.

Świetnie pamięta, kiedy właśnie w Sydney, jej następczyni Otylia Jędrzejczak w finale na 200 metrów delfinem, zajęła piąte miejsce. To było dokładnie 20 lat po jej sukcesie na igrzyskach w Moskwie. Bo to Dorota Brzozowska była pierwszą Polką, która znalazła się w finale pływackim na olimpijskich zawodach. Też była piąta.

Szesnastolatka w cudzym dresie

– To był mój największy sukces – twierdzi, ale zaraz dodaje, że ma jeszcze w piwnicy ponad 180 medali z innych zawodów. Są wśród nich takie, których zdobycie było równie ciężkim wyzwaniem. Bo o swoim piątym miejscu w Moskwie myśli jak o zwycięstwie, choć przecież nie zdobyła miejsca na podium.

– Miałam wtedy 16 lat. O tym, że jadę na igrzyska dowiedziałam się dwa miesiące wcześniej. To był wtedy dla mnie jakiś kosmos – wspomina Dorota.

W szerokiej kadrze olimpijskiej była już dwa lata wcześniej. Jeździła na zawody, trenowała na obozach, ale zamiast niej do Moskwy miała jechać Marta Słonina. Dopiero w czerwcu okazało się, że Dorota ma lepszy czas na 200 metrów delfinem, niż Marta na 400 metrów kraulem.

– Wysłali mnie do Warszawy po cały pakiet dla olimpijczyków. Szczęście, że Marta była ode mnie parę centymetrów wyższa, więc jakoś weszłam w przygotowane dla niej dresy – opowiada Dorota

Tłumaczy, że z ciuchami zawsze miała kłopot. Jest wysoka i przeważnie spodnie i bluzy były na nią za krótkie. – A w latach osiemdziesiątych nie było takiego wyboru w sklepach jak teraz – podkreśla.

Stadion widziała raz

Z Moskwy niewiele pamięta.

– To wszystko działo się tak szybko – wspomina. – Przyjechaliśmy do Moskwy, ale nasze życie tam niewiele się różniło od tego, jakie prowadziliśmy podczas przygotowań do igrzysk. Cały dzień poświęcony był treningom na pływalni, siłowni, masażom, rozmowom z trenerem o strategii. Niestety, nie chodziliśmy na stadiony, aby kibicować kolegom z polskiej ekipy. Nie mieliśmy czasu na zwiedzanie. Byliśmy onieśmieleni. Moskwa i to co działo się podczas igrzysk, to był dla nas jakiś skansen. Czuliśmy się wyobcowani. Tylko raz widziałam olimpijski stadion. Podczas uroczystego rozpoczęcia, kiedy prezentowały się ekipy wszystkich krajów.

Pamięta tylko tyle, że trener Michał Kantecki starał się jej wyznaczać codziennie nowe cele. Pierwszy cel – dostać się do finału. Drugi – popłynąć najlepiej w finale.

– Chyba wszyscy zdawali sobie sprawę, że nie miałam szans na medal w Moskwie – tłumaczy się Dorota. – Już minima, które Polski Związek Pływacki wyznaczył przed igrzyskami były dla nas nie do osiągnięcia. Popłynęłam delfinem i tak na rekord Polski – 2 minuty 14 sekund i 12 setnych sekundy.

– Dużym przeżyciem dla mnie było otrzymanie telegramu od pana Andrzeja Kłopotowskiego. Pan Andrzej napisał „czekałem na to 20 lat, serdeczne gratulacje”. Potem dowiedziałam się że w 1960 roku, na igrzyskach w Rzymie, pan Andrzej też wszedł do finału. Ja byłam drugą finalistką z Polski w pływaniu. I szczerze mówiąc, ten telegram bardziej mnie ucieszył, niż dyplom za piąte miejsce. Uświadomił mi, że są ludzie, którzy twierdzą, że finał a nie tylko medal, to sukces.

Oczywiście, że były gratulacje po powrocie do Polski. Sporo pisano wtedy o sukcesie polskiej ekipy pływackiej w Moskwie. Obok Doroty do finału dostał się, i to z drugim czasem, Leszek Górski. Agnieszka Czopek zdobyła brązowy medal na 400 metrów stylem zmiennym. Ale Dorota była pierwszą naszą finalistką w pływaniu.

Odpoczęła w szkole

– Chyba nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to jest sukces – twierdzi dziś i podkreśla, że była za młoda, aby jakoś to wykorzystać, pociągnąć dalej. – Otylia Jędrzejczak miała 17 lat podczas startu w Sydney. Też była piąta, ale na kolejnych igrzyskach już zdobywała medale.

Dorota była bardzo zmęczona przygotowaniami do zawodów.

– Pochodziłam jeszcze z pół roku na treningi i w końcu zdecydowałam, że pływanie nie jest dla mnie – opowiada. – Było zmęczenie i nie było kolejnych sukcesów. Wtedy nikt mną nie potrafił pokierować. Nikt mi nie powiedział: „Dorota odpuść sobie na trzy miesiące i wróć”. Nie było psychologów, a treningi polegały na tym, aby codziennie przepłynąć co najmniej 15 kilometrów. Nikt nie wiedział, że po tak ogromnym wysiłku organizm po prostu potrzebuje chwili wytchnienia; fizycznego i psychicznego.

Poszła do szkoły. Do tego czasu jej życie wypełniały treningi na pływalni i indywidualny tryb nauki. Tak było od podstawówki, kiedy rodzice zaprowadzili ją do SP 62 przy ul. Mazurskiej, która teraz jest szkołą mistrzostwa sportowego.

– To była moja szkoła rejonowa – podkreśla Dorota i zaznacza, że pływania nauczył ją wujek nad morzem w Wisełce. Miała wtedy pięć lat. Rodzice co prawda zapisali ją na basen przy pl. Orła Białego, ale tylko dlatego, że miała kłopoty z kręgosłupem.

– Chyba byłam dobra, bo jak w 1976 roku powstała sekcja pływacka przy Stali Stocznia zapisali mnie do klubu i przenieśli do SP 64, do specjalnej klasy sportowej – opowiada o początkach w pływaniu.

– To był ciężki okres. Z domu wychodziłam o godzinie 6.30 i wracałam po 19 – wspomina. – Po drodze miałam trochę lekcji i sporo treningów. W soboty i niedziele jeździłam na zawody. Przynajmniej cztery razy w roku obozy i zgrupowania. Latem były spartakiady, mistrzostwa i kolejne obozy pływackie. Sport wypełniał mój czas po brzegi.

Uczyła się w drodze na zgrupowanie lub obóz. Czytała książki, jedną po drugiej. Najpierw, by zapełnić czas, później z pasją.

– Jakoś przeszłam do drugiej klasy w liceum nr VI – opowiada i dodaje, że pierwsze tygodnie w liceum były dla niej szokiem.

Okazało się, że nie pasuje do koleżanek, bo nie kochała falbanek a włosy miała obcięte bardzo krótko, bo takie szybciej schły po wyjściu z basenu. Koledzy co prawda ją podziwiali, bo bardziej od dziewcząt interesowali się sportem i potrafili docenić wyniki Doroty. Jednak ona nie umiała wtopić się w życie klasowe.
Zaczęła trenować koszykówkę. Była wysoka, wysportowana, ale pływanie wpoiło w nią indywidualizm.

– Zupełnie nie nadawałam się do gier zespołowych. Owszem, umiałam piłkę przejąć, ale nie potrafiłam już podać do koleżanki, bo wolałam sama wrzucić do kosza. Musiałam zrezygnować.

Później przyszły studia ekonomiczne na uniwersytecie. Nie te wymarzone, bo w Szczecinie nie było geografii ani prawa, a nauka poza domem była za droga. I pierwsza praca w urzędzie skarbowym.

Syn nie musi zdobywać medali

Dziś Dorota Brzozowska jest dyrektorką wydziału ds. podatków w Urzędzie Miasta w Szczecinie. Syn właśnie zdaje maturę. Zapisała go na naukę pływania, a później namówiła do ostrzejszego trenowania.

– Nie zależało mi, aby w sporcie zrobił jakąś karierę – tłumaczy. – Bardzo chciałam, aby nauczył się samodzielności, odpowiedzialności, żeby potrafił walczyć i zdobywać. Tego właśnie uczy sport.

Lubi z synem zasiąść przed telewizorem i oglądać sportową rywalizację. Wszystko jedno jaką, byle na bardzo dobrym poziomie. Parę dni temu, późnym wieczorem, w jakimś kanale sportowym znalazła zawody w kajakarstwie górskim. Wciągnęło ją. Przed telewizorem siedziała do rana. W pracy piła kawę za kawą.

Bogna Skarul, Głos Szczeciński, 23 V 2008 r.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.