Opublikowane przez awicenna w Kultura i Sztuka.

Nowa przyszłość starej transformatorowni wcale nie jest taka nowa. Sięga co najmniej 1975 r., kiedy opracowano założenia galerii sztuki dla planu zadań ustalanego przez Wojewódzką i Miejska Radę Narodową. Planowano budynek o powierzchni 5000 m2, również jako siedzibę Związku Polskich Artystów Plastyków i Pracowni Sztuk Plastycznych. Sale wystawowe miały mieć 3000 m2. Rozważano lokalizację przy Placu Żołnierza, w okolicach Ratusza Staromiejskiego i Hotelu Arkona, i chyba w miejscu budowanej obecnie cerkwi prawosławnej.

Założenia funkcjonalne ówczesny dyrektor BWA, mieszczącego się na Zamku Książąt Pomorskich, śp. Eugeniusz Maciejewicz, wysłał nawet do Oskara Hansena.
Kolejna okazja pojawiła się na przelomie lat 80. i 90. XX w. Dyrektorką BWA była wówczas Krystyna Łukasiewicz. Pomysł wykorzystania Starej Transformatorowni na przyszłą siedzibę BWA podsunął jej Waldemar Wojciechowski. Łukasiewicz zabrała sie do rzeczy ze zwyklą dla niej energią i entuzjazmem. Skutecznie. BWA otrzymało starą transformatorownię na przyszłą samodzielną siedzibę. Stan w jakim sie znajduje się dziś, jest efektem przerwanych wówczas prac. Po inwentaryzacji i powstaniu projektu koncepcyjnego, rozebrano szpecącą bryłę budowli nadstawkę z czasów PRL, różne zbędne konstrukcje we wnętrzu hali, i rozpoczęto adaptację bocznych pomieszczeń na biura, w nadziei jak najrychlejszej przeprowadzki.

Prace trwały do 1991 r. Wtedy to decyzją Wojewody Marka Tałasiewicza, i ówczesnego szefa Wydziału Kultury, Marka Siedlewskiego zlikwidowano Biuro Wystaw Artystycznych i Wojewódzki Dom Kultury, by połączyć je w jedną instytucję o nazwie Zamek Książąt Pomorskich. Była to faktycznie likiwdacja BWA na rzecz domu kultury. Dyrektorem zostal Eugeniusz Kus, dotychczasowy dyrektor zamkowego Domu Kultury, który zyskał nie tylko nowe powierzchnie i sprzęt wystawowy, ale i doświadczony zespół pracowników BWA.

Sztuka współczesna nie była priorytetem Zamku. Biuro Wystaw Artystycznych, teraz jedna z komórek administracyjnych nowej instytucji, z czasem zyskało sobie przydomek Biura Wymarłych Artystów, bo stało sie instytucja bardziej muzealną, niż oddział Muzeum Narodowego, Galeria Sztuki przy Staromłyńskiej 1.

A transformatorownia? No cóż, nie po to dyrekcja Zamku wchłonęła Biura Wystaw Artystycznych, by tworzyć nową, odrębną instytucjonalnie galerię sztuki. Transformatorowni pozbyła się jak najszybciej, oddając ją miastu, a to równie szybko ją sprzedało. Dziś dyrektor Kus jest laureatem nagrody artystycznej, i nikt nie pamięta, że jego starania o wyjątkową, niemal monopolistyczną pozycje Zamku, powiodły się kosztem instytucji, bez której trudno wyobrazić sobie miasto aspirujące do pozycji metropolitalnej, nie mówiąc o europejskiej stolicy kultury. Zamek nie został ostatecznie ani muzeum ani wpływową galerią sztuki. Eugeniusz Kus odszedł na emeryturę, Marek Tałasiewicz i Marek Siedlewski dawno powrócili do swych zajęć zawodowych. I teraz – kiedy już mało kto pamięta, że od ich decyzji zależały losy kultury w Szczecinie – wszyscy zachodzą w głowę, czym właściwie Zamek powinien być.

Decyzja likwidacji galerii sztuki BWA była dość kuriozalna, jak na ówczesne nawet warunki. BWA – państwowych galerii sztuki, było tyle ile ówczesnych miast wojewódzkich czyli 49. W większości stały się galeriami miejskimi. Niektóre z nich, w mniejszych od Szczecina miastach, w Białymstoku, Bielsku-Białej, Zielonej Górze, czy Słupsku, są dziś znaczącymi galeriami sztuki współczesnej i mają renomę, o której Szczecin może sobie tylko pomarzyć.

Dziwnym trafem jednym z nielicznych miast, w którym postąpiono równie „odważnie” jest drugie miasto z Zachodniopomorskiego – Koszalin. Teraz zasługi Koszalina, jako jednej ze stolic sztuki współczesnej w Polsce (znacznie ważniejszej kiedyś niż Szczecin) przypomina wystawa na Zamku „Nowocześni artyści Koszalina”. Jej kuratorem jest Ryszard Ziarkiewicz, od niedawna pracownik Muzeum w Koszalinie. Postać legendarna, wybitny krytyk, twórca najgłośniejszych wystaw ruchu nowej ekspresji lat 80., którą równolegle prezentuje od wczoraj Muzeum Narodowe. Późniejsze dzieje sztuki polskiej są równie fascynujące, ale Szczecin i Koszalin odgrywały w niej marginalną rolę. Zabrakło wsparcia instytucjonalnego.

Morał tej historii jest w gruncie rzeczy optymistyczny (przynajmniej w tym momencie).

Dobre pomysły wracają. Środowiska zmarginalizowane decyzją likwidacji BWA nie zapomniały o Transformatorowni. Miasto z inicjatywy Miejskiego Konserwatora Zabytków Małgorzaty Jankowskiej odzyskało ja ponownie.

Sytuacja jest analogiczna, jak przed powstaniem Muzeum Techniki i Komunikacji Miejskiej. Jest zabytkowy budynek poprzemysłowy, dla którego trzeba znaleźć funkcję publiczną. W obydwu przypadkach jest to inicjatywa środowisk, wśród których znajdują się ludzie obdarzeni odpowiednimi kompetencjami. I jest dużo do wygrania: fundusze europejskie, nowa funkcja dla zabytku, możliwość naprawienia dawnych zaniedbań. Jeśli się powtórzą, to ich skutki będą trwać kolejne 20 lat, aż ktoś znowu będzie wymieniał nazwiska „zasłużonych”, wspominając utracone szanse. Raz – z pożytkiem dla siebie – miasto wzięło pod uwagę postulaty środowiskowe. Oby i tym razem.

Sytuacja jest jeszcze lepsza niż za pierwszym podejściem. W tym czasie państwo zajęło się poważnie mecenatem sztuki współczesnej. Pojawiają się jej kolejne muzea, centra i galerie. Jeszcze nie wszyscy zapomnieli oracji Ministra Kultury, Waldemara Dąbrowskiego, które uświadamiając politykom wagę sztuki współczesnej, nawet Mariana Jurczyka na krótką chwilę zrobiły jej apostołem.
Słychać głosy, że za dużo rzeczy na raz do zbudowania. Tak, dużo. To skutek błędów sprzed 20 i więcej lat, które nie naprawione teraz, będą jątrzyły kolejne 20 lat. I będzie coraz więcej do zbudowania i dlatego coraz trudniej.