Opublikowane przez woti w Pamiętać Szczecin.

To była moja młodość. Jeżeli była ona trudna (bo była) i wobec obecnych kryteriów uboga… ale ja wtedy byłam młoda. Wydawało mi się, że świat stoi przede mną otworem. Nie było nalotów, wojny i głodu. Spotykaliśmy się z przyjaciółmi i urządzaliśmy prywatki. Mogłam się uczyć, zdobywać zawód. Ogromną radością było żeglowanie. Naszym „morzem” było Jezioro Dąbskie. Dalej nie wolno było pływać (żeby wyruszyć na Zalew Szczeciński potrzebne było specjalne pozwolenie).

Wywiad z panią Marią Aliną Towiańską–Michalską został przeprowadzony 6 stycznia 2008 r. przez Nelę Mikoszę i Filipa Hazubskiego – uczniów klasy 6b SP 64 w Szczecinie.

W którym roku przyjechała Pani do Szczecina?

– Do Szczecina przyjechałam pod koniec 1949 roku.

Gdzie mieszkała Pani wcześniej?

– Wcześniej mieszkałam na Polesiu. Po wojnie, w ramach tzw. repatriacji, czyli przemieszczania ludności ze wschodu na zachód, przyjechałam do Słupska. Tu mieszkałam parę lat. Chodziłam do liceum nad rzeką i zdałam maturę. Potem przyjechałam do Szczecina.
Wtedy nie zastanawiałam się nad koniecznością opuszczenia swoich ziem rodzinnych. Wielu ludzi, tak jak moja rodzina, przemieszczali się ze wschodu na zachód. W Szczecinie widziałam Niemców, którzy też wyjeżdżali na zachód. Ale wtedy nie rozmawiało się o wypędzeniach, niewielu się nad tym zastanawiało. Traktowane to było jako rzecz oczywista.

Co Panią sprowadziło do tego miasta?

– Przyjechałam do Szczecina na studia w Akademii Handlowej, która była pierwszą wyższą uczelnią szczecińską. Wykładowcy dojeżdżali z Poznania.

Co łączy Panią z Dworcem Niebuszewo?

– Z Dworcem Niebuszewo łączy mnie moja młodość. Mieszkałam w jego pobliżu jako studentka, ponieważ nie dostałam miejsca w akademiku – z rozmaitych powodów. Głównym było „złe pochodzenie społeczne”, brane wtedy pod uwagę przy przydziale miejsc, a także przy rozdziale stypendiów. Nie zakwalifikowałam się i zamieszkałam naprzeciw Dworca Niebuszewo, u pani Niny Tryburskiej. Byłam traktowana jak córka. W tym domu mieszkam do dziś, ponieważ tutaj spotkałam swojego przyszłego męża. Był wtedy studentem Wyższej Szkoły Inżynierskiej, a potem więźniem politycznym z długoletnim wyrokiem.

Co łączy Panią z żeglarstwem?

– Z żeglarstwem łączy mnie osoba mojego męża, który był swego czasu bardzo znanym w Szczecinie żeglarzem. Był kapitanem na szkunerze „Zew Morza”. Odbył na nim rejs dookoła świata z załogą ze stoczni szczecińskiej.

Szkuner „Zew Morza”

Czy pracowała Pani społecznie?

– Nie pracowałam społecznie. W dawnych czasach w Szczecinie ludzie często sobie pomagali. Ja też pomagałam, gdy tylko mogłam. To była moja indywidualna działalność. Jednak nie działałam w żadnym zespole. Nie lubię pracować w grupie.

Czy ma Pani dorobek twórczy?

– Każdy człowiek ma jakiś dorobek twórczy. W wychodzącym w Nowym Jorku „Przeglądzie Polskim” opublikowano około 100 opowiadań, których jestem autorką. Mam też sporo publikacji w polskich czasopismach i w wydaniach książkowych.
Moim nieznanym w kraju dorobkiem, o którym prawie nikt nie wie, są gobeliny. Moja córka wysłała niektóre z tych prac na wystawę do Waszyngtonu i otrzymałam „certyfikat”.

Czy pamięta Pani, jak wyglądało wtedy miasto?

– Tak, pamiętam dobrze, tu przecież mieszkałam. Niebuszewo było w większości zburzone. Żyła tu liczna grupa ludności żydowskiej. Ironicznie nazywano dzielnicę „Lejbusiewo”. Na ulicy Krasińskiego mieszkali ortodoksyjni Żydzi. Ubrani w jarmułki, z pejsami, siadali na ławkach przed domem. Było to bardzo malownicze widowisko, dla mnie znajome. Wcześniej mieszkałam na wschodzie, na terenach obecnej Białorusi, gdzie też było dużo Żydów. Tu też mieszkała ludność niemiecka. Widziałam jak Niemcy musieli opuścić Szczecin. Stali z tobołkami i walizkami na placu przed Dworcem Niebuszewo. Czekali na transport. To był smutny widok.

Czy ludzie byli biedni, mieszkali w nędzy?

– Wielu było wtedy biednych, ale ludzie tak tego nie odczuwali. Mieliśmy jednakowe warunki życia. Teraz różnice pomiędzy biednymi i bogatymi są bardziej wyraźne.
Po wojnie ludzie mieli niewiele. Nawet jeśli ktoś miał pieniądze, to i tak nie było co kupić. Ale to nie było ważne. Wszyscy się cieszyli, że wojna się skończyła, że mogą pracować i żyć w pokoju.
Warunki życia były bardzo skromne, ale nikt się tym nie przejmował.
Było krótko po wojnie. Trzeba było odbudować domy i strukturę przemysłową. Przyjeżdżali ludzie zza Buga i ze zburzonej po powstaniu Warszawy – do Szczecina, na tzw. Ziemie Odzyskane. Rodzina mojego męża przyjechała z Warszawy. Ich warszawska kamienica przy ulicy Pięknej, w której mieszkali przed wojną, została doszczętnie spalona. Michalscy byli szczęśliwi, że dostali mieszkanie poniemieckie w Szczecinie. Kiedy dostali węgiel, mogli ogrzać mieszkanie i byli bardzo zadowoleni.
Czym się Pani wtedy zajmowała?

– Do Szczecina przyjechałam na studia. Nie byłam pilną studentką. Zajmowałam się żeglarstwem i to mnie bardziej pociągało niż nauka. Studia jednak skończyłam w terminie.

Czy dobrze wspomina Pani tamten okres?

– Ależ oczywiście! To była moja młodość. Jeżeli była ona trudna (bo była) i wobec obecnych kryteriów uboga.. ale ja wtedy byłam młoda. Wydawało mi się, że świat stoi przede mną otworem. Nie było nalotów, wojny i głodu. Spotykaliśmy się z przyjaciółmi i urządzaliśmy prywatki. Mogłam się uczyć, zdobywać zawód. Ogromną radością było żeglowanie. Naszym „morzem” było Jezioro Dąbskie. Dalej nie wolno było pływać (żeby wyruszyć na Zalew Szczeciński potrzebne było specjalne pozwolenie).
Wtedy cieszyło nas wszystko! Na przykład kupiłam pierwsze buty na rynku i byłam bardzo szczęśliwa. Pierwsze, prawdziwe, skórzane buty! To była ogromna frajda. Nigdy potem zakup butów tak mnie nie cieszył.

Jaki Szczecin podoba się Pani bardziej: współczesny, czy ten z czasów, kiedy przyjechała Pani do miasta?

– A… to jest bardzo trudne pytanie. Nie wiem! Naprawdę, nie wiem!!
Bardzo lubiłam patrzeć jak powstawała Trasa Zamkowa. Kiedy wracałam od rodziny ze Słupska, cieszyłam się wjeżdżając do miasta nowym mostem. Zawsze czułam dumę i myślałam, jaki piękny jest mój Szczecin. Gdy z podróży wracam do domu, widzę jaki Szczecin jest ładny.
W ubiegłym roku odwiedziła mnie córka z mężem i jego mamą. Mogłoby się wydawać, że co można pokazać Amerykanom? Oprowadziłam ich i z dumą pokazywałam różne zakątki. Podobało im się, a na Wałach Chrobrego byli wręcz zachwyceni.
Niestety, czasem wydaje mi się, że Szczecin jest miastem niekochanym. Miasto nie ma szczęścia do dobrych gospodarzy. Jest tu wiele pięknych, ale często zaniedbanych miejsc.
Nie wszystkie pomysły mnie cieszą. Chociażby „Anioł Wolności”, który wygląda raczej jak anioł smutku. Może lepiej wyglądałby na cmentarzu?
Dziękujemy za rozmowę.

* * *

Kilka dokumentów pokazanych nam przez Panią Marię Towiańską-Michalską

Zaproszenie na promocję książki pt. „Wypędzeni ze Wschodu”

Dokumenty związane z opowiadaniami o wypędzonych ze Wschodu.

Strona tytułowa książki „Wypędzeni ze Wschodu”.

Fragment opowiadania pt. „Martwa fala”

Nela Mikosza i Filip Hazubski
Uczniowie kl. 6b Szkoły Podstawowej nr 64 w Szczecinie
Opiekun: Beata Niemaszyk