Opublikowane przez sedina w Historia.

Fabryka paliw w Policach. Pod koniec wojny dawała Niemcom jedną trzecią zapotrzebowania ich armii. Dziś przypomina wymarłe miasto.

Niemcy od początku lat dwudziestych minionego stulecia badali możliwości pozyskiwania paliwa płynnego z węgla. Pionierem badań nad benzyną syntetyczną był Friedrich Bergius, który w 1931 roku otrzymał za to nagrodę Nobla.

Dzięki Bergiusowi już w 1925 roku koncern IG Farben Industrie wyprodukował wysokiej jakości benzynę syntetyczną. Po szybkiej remilitaryzacji Niemcy stanęły przed koniecznością zapewnienia rosnącej armii dużych dostaw paliwa. Postanowiono więc wybudować zakłady produkujące syntetyczna benzynę.

Wybór padł na Police. Zadecydowały bliskość morza i Odry, co pozwalało sprowadzać węgiel barkami ze Śląska. W Policach w latach 30. działał zakład Norddeutsche Mineralwörke GmbH, który zajmował się regeneracją niezużytego paliwa okrętowego. Na bazie istniejącej infrastruktury zaczęto stawiać nową fabrykę. Prace ruszyły w 1937 roku. W rok później policki zakład był już jednym z dwunastu w całych Niemczech. W samym tylko 1937 roku na budowę fabryki wydano 2 miliardy marek.

Proces produkcji paliwa syntetycznego był jednak czasochłonny. Najpierw węgiel trafiał do specjalnych kruszarek, które mieliły go na drobny miał. W postaci sypkiej trafiał do komór ciśnieniowych , gdzie pod ciśnieniem dochodzącym do trzystu atmosfer i w temperaturze nawet pięciuset stopni Celsjusza otrzymywano lepką ciecz, konsystencją przypominającą ropę. Ta „ropa” nie nadawała się jednak do użycia, więc najpierw destylowano ją, aby w końcu otrzymać pełnowartościowe paliwo.

Proces pozyskiwania paliwa płynnego z paliwa stałego był nie tylko długotrwały, ale – w czasach pokoju – również mało ekonomiczny. Do wyprodukowania jednej tony benzyny potrzebowano aż siedem ton węgla. Co więcej, tylko dwie tony węgla „zamieniano” w paliwo, a pozostałe pięć zużywano podczas produkcji. Sytuacja zmieniła się po wybuchu wojny. Niemcy nie miały dostępu do złóż roponośnych, miały za to nieograniczone pokłady węgla w Zagłębiu Ruhry i Saary oraz na Śląsku. Produkcja paliwa z węgla stała się zatem najlepszym rozwiązaniem.

Policka fabryka była największą tego typu w Rzeszy. Miała ponad 1500 ha powierzchni, własny rurociąg i magistralę kolejową z bocznicą. W okresie wojny w Hydrierwerke Pölitz Aktiengeselschaft – tak brzmiała pełna nazwa zakładu – pracowało ponad 30 tys. robotników przymusowych. Prawie połowa z nich zmarła. Z wycieńczenia, chorób, głodu i od bestialskiego traktowania…

Kiedy wybuchła wojna, a Niemcy uzyskali nieograniczony dostęp do taniej siły roboczej, produkcja syntetycznego paliwa zaczęła być opłacalna. Jednak w miarę, jak Police zyskiwały na znaczeniu, gwałtowniejsze stawały sie reakcje aliantów. Pierwsze bomby na policki zakład spadły w drugim roku wojny. W październiku 1941 roku Niemcy postawili w obrębie zakładu zaporę balonową, która miała bronić fabrykę przed nalotami. W tym samym roku rozpoczęto także budowę schronów. Znakomita ich część przetrwała do naszych czasów.

W latach 1943-1944 policka fabryka produkowała 8 milionów ton paliwa, co pokrywało trzecią część zapotrzebowania niemieckiej armii. Nic dziwnego, że rok 1944 był rokiem najintensywniejszych bombardowań.

Najcięższy nalot przyszedł 13 stycznia 1945 roku. Wówczas na teren fabryki w ciągu kilkunastu minut spadło ponad 1600 bomb zrzuconych przez ćwierć tysiąca samolotów. 8 marca na Police spadły ostatnie bomby. Później – czując oddech zbliżającego sie frontu – Niemcy porzucili fabrykę.

Po wojnie zakład dostał się w obręb tak zwanej Enklawy Polickiej. Na terenie fabryki Rosjanie zgromadzili ponad 25 tysięcy ludzi. Do końca września 1946 roku, kiedy to Enklawę Policką przekazano władzom polskim, fabryka została ogołocona dosłownie ze wszystkiego. Wywieziono nawet szyny wraz z podkładami…

Dziś teren polickiej fabryki zawłaszczyła przyroda. Latem nie sposób dostrzec nawet największych pozostałości fabryki, bo dosłownie toną w zieleni. A teren zakładu przypomina zrujnowane miasto, którego mieszkańcy dawno wymarli.

Łukasz Zieliński, Głos Szczeciński, 3 X 2007 r.