Opublikowane przez sedina w Miejsca.

Gocław i Skolwin to dzielnice, które podczas II wojny utraciły bezpowrotnie swój klimat. Dziś można natknąć się jedynie na ślady ich dawnego charakteru.

Gocław od początku swojego istnienia był osadą typowo rybacką. Kiedy w średniowieczu wieś znalazła się w dobrach klasztoru żeńskiego ze Szczecina, czas zamarł dla Gocławia. Przez kilkaset lat nic się tu nie działo, a mieszkańcy nadal żyli z łowienia ryb i uprawy zbóż.

Zmiany nadeszły wraz z dziewiętnastym stuleciem. Na nasłonecznionych stokach Wzgórz Warszewskich mieszkańcy Gocławia zaczęli uprawiać winorośl. Kto nie miał pieniędzy na winnicę, zakładał sad. Tym sposobem już w połowie wieku całe zbocza były pokryte drzewami owocowymi i winoroślą. Szczególnie pięknie wyglądało to wiosną, kiedy ukwiecone zbocza wzgórz witały wpływających do Szczecina żeglarzy.

Skolwin zaczynał podobnie jak Gocław. W XI wieku należał do rozległych dóbr lokalnego rodu Steinbecków, do których w okolicy należało niemal wszystko. W 1331 roku jeden z potomków sławnego rodu postanowił sprzedać wieś mieszczaninowi, Janowi z Polic. Później przez kilkaset lat we wsi Skolwin niewiele się działo. Nie leżała przy głównym trakcie do Polic, więc rzadko zawijali do niej goście. Zresztą, nie miała nawet gospody, która mogłaby ściągać podróżnych . Jedyną atrakcją był miejscowy gotycki kościółek, ale podczas wojny trzydziestoletniej spaliła go jedna z przeciągających tędy armii.

Później kościółek odbudowano, ale we wsi nadal nic się nie działo. Mieszkańcy uprawiali pola i suszyli na słońcu mokre rybackie sieci.

Prawdziwy boom Skolwin zaczął przeżywać u schyłku dziewiętnastego stulecia. Najpierw – w 1897 roku – powstała tu huta „Jadwiga”. W tym samym roku pewien Niemiec wpadł na pomysł otwarcia małej papierni. Ochrzcił ją mianem Polnego Młyna, czyli Feldmühle. Interes musiał prosperować, skoro w 13 lat później mała fabryczka rozrosła się w potężnego molocha – wielką fabrykę papieru i celulozy Feldmühle.

Wtedy do Skolwina zaczęli ściągać robotnicy. Kierownictwo fabryki postanowiło wybudować im mieszkania. Tak narodziła się dzielnica Skolwin, zwana też Dolnym Skolwinem. Brzydka, przemysłowa, pełna czynszowych osiedli. W końcu swym robotniczym charakterem przytłoczyła dawną wioskę z maleńkim kościółkiem pośrodku owalnego placu.

Podobny rozwój przeżywał Gocław, który wszakże potrafił wykorzystać bliskość rzeki. Najpierw powstała restauracja „Gotzlow”, połączona z elegancką kawiarnią i przystanią stateczków białej floty. Na pożółkłych ze starości fotografiach można dostrzec ślady świata, którego już nie ma – eleganckie damy w wielkich kapeluszach i kawalerów, którzy popijają kawę w cieple niedzielnego popołudnia. Dziś w tym miejscu upija się miejscowa młodzież, której nie w głowie pytania o zbutwiałe, majaczące pod powierzchnią wody elementy fundamentów dawnej restauracji…

W latach dwudziestych zeszłego wieku kawiarnię przekształcono w ekskluzywny jachtklub, za sprawą którego rzeka ożyła dziesiątkami łódek i kajaków.

Na pobliskim szczycie Leśnego Wzgórza w 1912 roku wybudowano w restaurację „Weinberg” wraz z widokową Wieżą Bismarcka. Miejsce to bardzo szybko stało się ulubionym celem niedzielnych wycieczek przedwojennych mieszkańców Szczecina.

Sądny dzień dla północnych dzielnic miasta nadszedł wiosną 1944 roku. 13 maja potężny aliancki nalot zdruzgotał obie dzielnice, ścierając jednocześnie przedwojenny charakter Gocławia – spłonęła wtedy – między innymi – sławna restauracja „Gotzlow”. Bomby spadły także na przemysłową część Skolwina. Ocalała jedynie wioseczka na wzgórzach, która użyczyła nazwy całej dzielnicy.

Po wojnie nadodrzański Szczecin popadł w zapomnienie. Tym smutniejsze, im większe wydawały się plany odbudowy prezentowane przez nowych gospodarzy Szczecina. Najpierw obie dzielnice okupowali Sowieci, którzy część wyposażenia fabryk wywieźli na wschód. Później Skolwin i Gocław przekazano Polakom. Jednak nikt nie kwapił się, aby zamieszkać w dzikich i zrujnowanych wojną dzielnicach. Wśród nielicznych Polaków krążyły plotki o kilometrach podziemnych bunkrów, w których rzekomo miały ukrywać się niedobitki niemieckich dywizji.

Z biegiem czasu wszystko wróciło do normy. Niemcy wyjechali za nową granicę. Do opuszczonych domów zaczęli wprowadzać się polscy osadnicy. W lutym 1946 roku uruchomiono linię kolejową z Polic do Szczecina. Kilka miesięcy później przy miejscowym nabrzeżu dokonano pierwszego po wojnie przeładunku węgla na statek. Niestety, nowe władze postawiły na robotniczy charakter dzielnicy. Zaczęto odbudowywać przemysł i wkrótce niebo znów zasnuły dymy z huty i papierni. Oznaczało to śmierć dla wypoczynkowego charakteru dzielnicy. Wkrótce chwasty porosły ruiny dawnych restauracji, a cegłę z zawalonych kamienic wywieziono do Warszawy. I północny Szczecin popadł w zapomnienie.

Dziś tylko stary Skolwin z zabytkowym kościółkiem na owalnym placu i okolice ul. Górskiej na Gocławiu przypominają o przedwojennym charakterze tych dzielnic. Mówią też wiele o tym, czym mógłby być Skolwin i Gocław, gdybyśmy my – nowi właściciele Szczecina – zrobili więcej w tym kierunku.

Łukasz Zieliński, Głos Szczeciński, 26 IX 2007 r.