Opublikowane przez Torney w Publicystyka.

Artykuł prof. Tadeusza Białeckiego, zamieszczony tydzień temu w „Kurierze Szczecińskim”, był już komentowany na forum naszego portalu. Poniżej przedstawiamy zarówno jego tekst, jak i odpowiedź przesłaną do redakcji popularnego dziennika.

Jak to z Sediną bywało

Przeżywamy okres na różnego rodzaju mody. Często wyciąga się z przeszłości np. jakąś postać, przypisując jej godne pamięci zalety, aby po krótkim czasie szybko o niej zapomnieć. Wprowadza się też prawie na siłę obce naszej tradycji historycznej postacie czy wydarzenia, co naraża nas nierzadko na pośmiewisko ze strony cudzoziemców. Swego czasu głośno np. było z pro­jektem odbudowy pomnika zwanego Manzelbrunnen (fontanna Manzela) na pl. Tobruckim, upamiętniającego pomyślność szczecińskiego kupiectwa w dawnych wiekach. Monument ten niektórzy zwali też pomnikiem Sediny.

Nazwę Sedina wymyślili w XIX wieku nacjonalistycznie nastawieni studenci berliń­scy pochodzący ze Szczecina, jako patronce niemieckiego Szczecina. W mitologii niemiec­kiej miała zaś być ona boginią germańskiego plemienia Sidinów, rzekomych założycieli tego miasta. Jak doszło do takiego sposobu wywo­dzenia genezy powstania i nazwy tego miasta? Odpowiedź na to pytanie tkwi w zachodzących w XIX w. kwestiach świadomości narodowej Niemców, szukających wszędzie swojej germań­skiej przeszłości.

Był to bowiem wiek rozkwitu różnych nacjonalizmów i szowinizmów narodowych w państwach europejskich. Niemcy w coraz większym stopniu zaczęli sobie wtedy uświadamiać, że cały ich niemiecki wschód (ziemie na wschód od Łaby i Soławy) we wczesnym średniowieczu był zamieszkany przez Słowian. A więc to Słowia­nie byli założycielami ich najstarszych osiedli miejskich i wiejskich. Należało się temu prze­ciwstawić, szukając niejednokrotnie, wbrew faktom historycznym, ich germańskich korzeni. Ta właśnie zadanie miały wykonywać różnego rodzaju nacjonalistyczne organizacje, instytu­cje, szkoły, osoby. Nic wiec dziwnego, że i Szcze­cin nie mógł pozostawać na uboczu zabiegów. Genezę niemieckości Szczecina należało tylko podbudować jakąś prawdopodobną faktografią. I tutaj z pomocą przyszedł im XVI-wieczny kro­nikarz pomorski Th. Kantzow (notabene sam pochodzenia słowiańskiego) Otóż jego kronika Pomerania wtedy właśnie zesłała niejako na nowo „odkryta” z rękopisów, zaczęto się nią zaczy­tywać i odnosić z sympatią szczególnie do tych fragmentów, które gloryfikowały Niemców (nie brak tego w kronice). Kantzow bowiem śledząc siedziby germańskich plemion w okresie wędrówki ludów, natknął się na plemię o nazwie Sidini, Sidinowie (wzmiankowani przez Ptolemeusza), których siedziby miały się rzekomo znajdować wówczas na Pomorzu Zachodnim. Kantzow nie umiejąc sobie w sposób naukowy wytłumaczyć, skąd wzięli się Słowianie u ujścia Odry, doszedł do następującego rozumowania. Połączył mianowicie nazwę owych germańskich Sidinów z podobnie brzmiącą łacińską nazwą Szczecina, a znaną jemu doskonale Stitin (naj­starsze zapisy), stąd Stitini (szczecinianie), co oznacza według niego Sidinów (nastąpiło tutaj tylko dodanie litery „t”). A więc Szczecin założyli germańscy Sidinowie/Sitini. Byt to więc dowód idący w sukurs niemieckim nacjonalistom, aby dorobić jeszcze pogańską boginię Sidinów, rze­komą Sedinę. tak to więc dorobiona mitologia posłużyła za „historyczny dowód”. Zaczęto więc z czasem nazywać odsłoniętą w 1898 r. fontannę Manzela pomnikiem Sediny.

I teraz rodzi się zasadnicze pytanie, czy my, Polacy, mamy powody ku temu, aby nawiązywać do tej mocno naciąganej mitologii germańskiej i niemieckiego nacjonalizmu, niemających nic wspólnego ze Szczecinem, i wprowadzania jej elementów do polskiej tradycji i historii. Sądzę, że nie ma ku temu żadnych logicznych przesła­nek. Tymczasem mamy już czasopismo o nazwie „Sedina”, jest zapowiedź nadania takiej nazwy budowanemu na Warszewie osiedlu miesz­kaniowemu. Z pewnością jeszcze coś nowego wymyślą odpowiedni „czuwacze”. Jeśli zaś chcemy nawiązywać do historii naszego miasta i jego tradycji, to na pierwszym miejscu stawiaj­my tradycję polską (chociaż wiemy, że jest jej mało) oraz pomorską słowiańską. Przykładem może tu być choćby Wyszak i Domaslaw, a jeżeli ma to być coś z pomorskiej mitologii i w dodat­ku ściśle związanej ze Szczecinem. to mamy przecież naszego Trzygława, czyli szczecińskiego Trigława, głównego boga słowiańskiego Szczecina, tak wspaniale opisanego w biografii biskupa Ottona. Jego kult tutaj był właśnie rozpowszechniony, jest autentycznie związany ze Szczecinem, a nie wymyśloną w XIX w. jakąś Sediną. Można nawet nawiązywać do tradycji zachodniosłowiańskich Połabian i do ich Świętowita, czyli polskiego Światowida (też czczo­nego na Pomorzu Zachodnim). Oni właśnie winni być popularyzowani, a nie germańskie symbole. Osobiście mam bardzo wysoką opinię o wydawanym czasopiśmie „Sedina” i jego merytorycznym poziomie Jest pożyteczne, daje mnóstwo rzetelnych informacji i powinno się, ukazywać Natomiast nie zgadzam się. z jego tytułem. Poddaję tę myśl ku rozwadze redakcji pisma.

Sprawa wprowadzania obcych nazw do naszego życia społecznego przybiera, a w nie­których wypadkach przybrała groteskową lub wręcz idiotyczną formę. Szczecińska hurtownia materiałów elektrycznych na Pomorzanach wprowadza w adresie niemiecką nazwę miasta Stettin. Właściciel tej firmy powinien mieć na tyle oleju w głowie, żeby wiedzieć, że w Polsce nie ma żadnego miasta o takiej nazwie (nawia­sem dodam, że istnieje ustawa przewidująca kary za takie przemianowywanie oficjalnych Polskich nazw urzędowych). Są już nawet wydawnictwa drukowane w Szczecinie z nazwą miejsca wydania: Stettin. Inny przykład: na ul. Jagiellońskiej istnieje sklep meblowy „Wiking”. Ku wiadomości właściciela sklepu dodam tylko, że jedna z najbardziej krwawych dywizji SS w II wojnie światowej nosiła nazwę „Wiking”, doko­nując na wschodzie (też w Polsce] krwawych rzezi. Jest już ul. Wikingów w Warszawie. Gra­tuluję samopoczucia. A propos tego, mogę zadać pytanie entuzjastom tych nazw: czy jest np. w Niemczech ul Lisowczyków? Całe szczęście, że dawny Festiwal Wikingów w Wolinie prze­mianowano na Festiwal Słowian i Wikingów. Taka nazwa jest zgodna z prawdą historyczną. O wikingach, znanych rozbójnikach bałtyckich, można różnie mówić, ale też nie ma podstaw do ich popularyzowania w polskiej tradycji narodowej. Jesteśmy świadkami szaleństwa głupoty, bo jak to inaczej nazwać? Cały kraj pokryty jest siecią niemieckich samów o nazwie Kaufland. Czy nie powinno się zastąpić tej popularnej nazwy określeniem polskim? Pomysłów jest wiele. Mam w związku z tym pytanie do na­szych władz różnych szczebli: gdzie my, Polacy, żyjemy? W Polsce czy w Niemczech? Proszę o odpowiedź! Podobnych przykładów można by przytaczać dziesiątkami, ale to kwalifikuje się na osobny artykuł. Dawną doskonale pro­sperującą Spółdzielnię Produkcyjną w Witko­wie przemianowano np. na prawdziwy obco brzmiący dziwoląg językowy „Agrofirma”, tak jakby nie można było wprowadzić ładnej pol­skiej nazwy: Spółdzielnia Rolnicza. Widocznie polskiej nazwy nie wolno po prostu używać, tylko obcą. Taka jest rzeczywistość. Nasze ulice miast zawalone są obcymi nazwami firm, któ­rych znaczenia niejednokrotnie nie rozumieją sami ich właściciele. Unika się nazw polskich. Jest to kuriozum, wręcz głupota. Przynosi to społeczne szkody.

Czy istnieje wiec dostateczna wiedza spo­łeczna na temat takich poczynań i ich sens? Sądzę, że nie. Otóż gdzieś na Mazurach wygrze­bano obalony po wojnie pomnik Bismarcka. Od razu decyzja: odnowić i ustawić. A przecież ten pan z tego pomnika tak swego czasu zachęcał swoich rodaków: „Bijcie Polaków tak, aby przeszła im ochota do życia. Współczuję im. Ale jeżeli mają istnieć Prusy, musi zniknąć Polska, jeżeli powstanie Polska, znikną Prusy”. Mówił proroczo. Polacy oparli się germanizacji i Pru­som. Powstała Polska, zniknęły w 1945 roku Prusy. Dzisiaj, kiedy nie ma już Prus, Polacy sami się wzajemnie zagryzają i skutecznie sami się germanizują. Zmniejsza się zaludnienie naszego kraju. Życzę dobrego samopoczucia bohaterom tych przemian. Zobaczymy, do czego to doprowadzi.

Tadeusz Białecki

***

Sedina w oparach

Pierwszy numer pisma „sedina.pl magazyn. Rocznik Miłośników Dawnego Szczecina” ukazał się w maju 2006 r. jako pomysł osób związanych z portalem sedina.pl. Celem stawianym sobie przez grono redakcyjne jest połączenie jedną klamrą współczesnej historii Szczecina z jego niemiecką (i nie tylko) przeszłością. Autorami tekstów w zdecydowanej większości są pasjonaci dziejów miasta, debiutujący na łamach rocznika.

Tymczasem prof. Tadeusz Białecki, w artykule „Jak to z Sediną bywało” („Kurier Szczeciński” z 24 VIII 2007 r.), nie zgadza się z jego tytułem. Artykuł ten w redakcji rocznika wywołał spore zdziwienie. Równie dobrze można nie zgadzać się z tytułem „Kuriera Szczecińskiego”. Jeszcze większe zdumienie budzi krytyka nazwy sklepu meblowego „Wiking”. Czytając o skojarzeniu nazwy sklepu z dywizją SS można przecierać jedynie oczy ze zdumienia. Czy pierwszym skojarzeniem ze słowem „Galicja” jest SS-Galizien? Owszem, w artykule pojawia się później, jak by się wydawało, najbardziej popularne skojarzenie związane z Wikingami. „O znanych rozbójnikach bałtyckich można różnie mówić, ale też nie ma podstaw do ich popularyzowania w polskiej tradycji narodowej” – pisze prof. Białecki. Może zatem sklep winien nazywać się „Chąśnik”? Profesor zapewne nie będzie rościł żadnych pretensji wobec takiej zmiany, bo choć to też morscy rozbójnicy, to jednak nasi, słowiańscy!

Nie akceptuje także sklepów spożywczych Kaufland, które „pokryły siecią cały kraj”. Raczył jednak nie zauważyć, że kraj pokryła też słowiańsko brzmiąca, dająca odpór germanizmowi, portugalska Biedronka. Może jednak warto przypomnieć, iż żyjemy w kraju, w którym żadne plenum, żaden polityczny komitet, nie ustala już nazw sklepów czy czasopism? Prof. Białecki zdaje się jednak niedowierzać: zwraca się do „władz różnych szczebli”. Wobec zagrożenia całego narodu, które płynie ze sklepu spożywczego, stawia ostre pytanie: „gdzie my, Polacy, żyjemy? W Polsce czy w Niemczech?”. Można to pytanie rozszerzyć: czy wobec istnienia aż trzech sklepów sieci Castorama nie żyjemy przypadkiem we Francji?

Szczecinianom końca XIX w. prof. Białecki zarzuca poszukiwanie korzeni wbrew faktom historycznym. Zdaje się zapominać, że podobny proces obserwowaliśmy tutaj po 1945 r. Inna była jedynie narodowość poszukujących, i inne korzenie, które należało znaleźć. Przez lata zatem opisywano Szczecin jako Schinesghe, mieliśmy Czarnieckiego pod Szczecinem w 1657 r., wreszcie liczącą rzekomo 2 tys. osób szczecińską Polonię. A wszystko, by udowodnić niemieckim nacjonalistom, że „myśmy tu nie przyszli, myśmy tu wrócili”.

„W Polsce nie ma żadnego miasta o takiej nazwie” – pisze autor o Stettinie. Trudno się nie zgodzić. Nie ma również Lwowa na Ukrainie, Wilna na Litwie czy Strzałowa w Niemczech. A jednak nazwy te stosuje się, gdy pojawia się taka potrzeba. Nie podejrzewam, by handlowcy posługujący się nazwą „Stettin” w kontaktach z niemieckimi partnerami, czy wydawcy kierujący ofertę do zachodnich sąsiadów, mieli jakieś rewizjonistyczne dążenia. Swoją drogą Polacy często mają wielki problem z obcojęzycznym nazewnictwem. Jeden z historyków sztuki, pisząc o architekturze przedwojennego Szczecina, nie był w stanie ograniczyć się do obowiązujących do 1945 r. niemieckich nazw ulic i placów oraz użycia obok powojennej polskiej nomenklatury, by dać mniej zorientowanemu odbiorcy pojęcie o jakim miejscu mowa. Postanowił tedy „tłumaczyć” dawne nazwy, i tak np. Lindenstraße nie jest al. 3 Maja, lecz ul. Lipową (inna sprawa, że nie jest w stosowaniu swojej koncepcji konsekwentny). Majstersztykiem jest jednak „tłumaczenie” popularnej nazwy budynku „Graues Schloss” na „Stary Zamek” (w szczecińskiej historiografii równać się zeń może chyba jedynie Mittwochstraße, przełożona po wojnie na ul. Czwartkową).

„Na pierwszym miejscu stawiajmy tradycję polską (chociaż wiemy, że jest jej mało) oraz pomorską słowiańską” – wzywa profesor Białecki. Owszem, moglibyśmy pozbyć się wszystkiego, co sprzeczne z naszą tradycją. Po cóż szczecinianom niemiecka architektura, kolekcja kopii rzeźb antycznych czy afrykańskie lalki? Miast tego zajmijmy się wyłącznie artystycznymi dokonaniami średniowiecznych Słowian i Polaków z kart historii najnowszej. Patrzcie – mówmy – to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo! Następnym będzie niedopuszczenie do powrotu Sediny na pl. Tobrucki, w ostateczności przepasanie jej biało-czerwoną szarfą. Czymże bowiem jest pruska Sedina przy polskich dokonaniach pokroju odlanych z betonu „Bogusława X i Anny Jagiellonki”?

Autor artykułu domaga się też popularyzacji wiedzy z zakresu mitologii pomorskiej. Akurat roszczenie to jest zrozumiałe, i na pewno u tych, którzy otwarci są na każdy aspekt historii Pomorza, bez względu na jego słowiańskie, niemieckie, skandynawskie czy francuskie powiązania, zyska ono poklask. We wszystkim jednak należy zachować umiar. Swoją drogą próba wystawienia Trigławowi pomnika, jako alternatywy dla pruskich monumentów, byłaby niezwykle ciekawym eksperymentem. Weźmy pod uwagę fakt, iż znaczna część społeczeństwa spogląda na kwestię polskich tradycji w sposób dość konserwatywny, zwłaszcza gdy tradycje te dotyczą wiary.

Można na Sedinę patrzeć przez pryzmat niemieckiego nacjonalizmu. Można również spoglądać na dzisiejszy budynek Komendy Wojewódzkiej Policji przez pryzmat działalności Gestapo, a miłośnikom polskich tradycji pozostają jeszcze skojarzenia z Urzędem, i później Służbą, Bezpieczeństwa. Ostatnio władze Szczecina podjęły działania mające na celu wypromowanie Wałów Chrobrego, jako jednego z siedmiu cudów Polski, w konkursie organizowanym przez dziennik „Rzeczpospolita”. Czy i w tym przypadku nie warto zwrócić się do „władz różnych szczebli”, by nie wprowadzać Wałów, jako elementu pruskiego dziedzictwa, do polskiej tradycji? Chyba, że uznamy, iż przez patrona są one wystarczająco piastowskie i możliwe do zaakceptowania (oczywiście po przesłonięciu zachowanych nad fontanną germańskich inskrypcji odpowiednio polskimi, metalowymi tabliczkami). Jak widać skojarzenia zależą wyłącznie od kojarzącego. Nie sposób jednak oczekiwać, by umysły ludzi były niewolone jedynie słusznymi koncepcjami. Nie można oczekiwać, by ludzie nie zachwycali się tym, co piękne, by nie imponowało im to, co imponujące.

Artykuł wyraźnie ostrzega przed niemieckim nacjonalizmem, jednocześnie głosząc kult polskości, słowiańszczyzny, piastowskich bastionów. Odżywa trup „niemieckiego rewizjonizmu”, wykorzystany do cna przez władców Polski Ludowej. Tymczasem w Szczecinie chcą żyć ludzie wolni i świadomi historii swojego miasta, jakakolwiek by ona nie była, nie wybierając między tym, co polskie, a tym, co obce, uznając, że wszystko to jest historia nasza, szczecińska. W takim mieście obawy przed „germańskim” sąsiadem ze sklepu mogą budzić jedynie uśmiech. Niepokoi jednak szowinistyczna nuta płynąca z powszechnego wciąż jeszcze w starszym pokoleniu poczucia tymczasowości pobytu w Szczecinie – mieście o bogatych, wielonarodowych tradycjach, które mogą być tym, co wszystkich łączy i zbliża. Bez kompleksów.

Paweł Knap
Redaktor naczelny
„sedina.pl magazyn. Rocznik Miłośników Dawnego Szczecina”.

PS
Redakcja nie planuje zmiany tytułu. Wychodząc jednak naprzeciw dążeniom prof. Białeckiego, proponuje przygotowanie przezeń tekstu poświęconego postaci Wyszaka bądź Domasława, i opublikowanie go na łamach trzeciego numeru naszego pisma. Premierę planujemy na maj 2008 r.

Korespondencja czwartkowa

Szanowny panie!

W swoim materiale prof. T. Białecki m.in. poświęcił wiele miejsca wyświetleniu „legendy” Sediny, sugerując jedynie, że być może warto zastanowić się nad zmianą tytułu Państwa czasopisma, którego poziom ocenił zarazem wysoko. Odpowiedź na tę skądinąd krótką uwagę jest z całą pewnością zbyt długa. Z tego powodu nie może być opublikowana. Tekst owej obszernej polemiki przekażemy autorowi tekstu.

Z poważaniem Grzegorz Dowlasz, zastępca redaktora naczelnego

***

Szanowny Panie!

Zabierając głos w dyskusji rozpoczętej tekstem prof. Białeckiego, nie zrobiłem tego wyłącznie w odniesieniu do czasopisma, które wydaję z grupą przyjaciół. Zrobiłem to również jako szczecinianin, historyk i człowiek, który po prostu chce wyrazić swoje zdanie, odmienne wszak od poglądów profesora.

Nie sądzę, by ktokolwiek z redakcji „Kuriera Szczecińskiego” zwrócił profesorowi uwagę na fakt, że artykuł miał dotyczyć postaci Sediny, a nie Agrofirmy Witkowo i Wikingów. Jeśli już podejmuje się decyzję o druku, trzeba liczyć się z konsekwencjami – w tym przypadku z możliwością podjęcia polemiki, i to niekoniecznie przez kogoś „wywołanego do tablicy”.

Z wyrazami szacunku.

Paweł Knap
Redaktor naczelny
„sedina.pl magazyn. Rocznik Miłośników Dawnego Szczecina”