Opublikowane przez sedina w Wydarzenia.

Dwadzieścia siedem lat temu, 30 sierpnia, w Szczecinie zostało podpisane historyczne porozumienie między robotnikami a władzą.

Zanim do tego doszło przez kilkanaście dni w Szczecinie trwał strajk. Rozpoczął się 18 sierpnia w stoczni remontowej Parnica, potem zastrajkowali stoczniowcy w Stoczni Szczecińskiej wówczas im. Adolfa Warskiego. W ciągu dnia przerywały pracę kolejne zakłady. Łącznie strajkowało ich około 350.

36 postulatów

W stoczni utworzono Międzyzakładowy Komitet Strajkowy (MKS). Na jego czele stanął Marian Jurczyk, wówczas magazynier w Warskim.

Pierwszego dnia strajku, wieczorem były gotowe postulaty. W sumie było ich 36.

Domagano się m.in. powołania wolnych i niezależnych związków zawodowych, podwyższenia płac, rent i emerytur, poprawy zaopatrzenia w artykuły żywnościowe, zalegalizowania w konstytucji PRL prawa do strajku, zniesienia cenzury, wprowadzenia wolnych sobót, poprawy lecznictwa, transmisji mszy w radiu i telewizji, ufundowania tablicy upamiętniającej ofiary Grudnia 1970 roku i bezpieczeństwa dla załóg uczestniczących w strajkach…

Negocjacje

20 sierpnia przyjechała do stoczni ekipa rządowa z wicepremierem Kazimierzem Barcikowskim. Rozpoczęły się długie i nerwowe negocjacje z wyłonionym 17-osobowym prezydium MKS. Stanisław Wądołowski, pracownik stoczni był w grupie negocjatorów.

– Na niektóre postulaty strona rządowa godziła się szybko, a inne trzeba było niemalże wyszarpywać – wspomina. – Najtrudniej było przy wolnych związkach zawodowych i przy tablicy poświęconej ofiarom Grudnia 1980 roku. Ale my wszyscy byliśmy tak zdeterminowani, że mowy nie było o tym, aby się cofnąć w żądaniach. Negocjacje trwały też w Stoczni Gdańskiej. Barcikowski był inteligentny i cwany. Próbował nas poróżnić. Mówił, że my jesteśmy prawdziwa klasa robotnicza i można z nami rozmawiać, a w Gdańsku są krzykacze i rozrabiacze. Nie wierzyliśmy, powiedziałem, że jedziemy do Gdańska. Pojechaliśmy we czterech. W Gdańsku przekonaliśmy się, że tak jak u nas murem nie do przebicia są wolne związki zawodowe. Ustaliliśmy, że bez tego punktu nie ma mowy o podpisaniu porozumienia.

W cieniu Gdańska

Radości i nadziei, jaka była w Szczecinie w tamtą sierpniową sobotę, z niczym nie da się porównać. Ktoś słusznie zauważył, że był to początek karnawału Solidarności.

Trwał tylko 16 miesięcy. Przerwał go stan wojenny. Na prawdziwe zwycięstwo, czyli upadek systemu komunistycznego, trzeba było czekać kolejnych dziewięć lat. Mimo, że Szczecin też strajkował i pierwszy wynegocjował postulaty oraz podpisał porozumienie, to ciągle pozostaje w cieniu Gdańska.

Tak było wtedy, tak jest dzisiaj. O Gdańsku wiedział cały świat, o Szczecinie było cicho. Nawet teraz Instytut Pamięci Narodowej w specjalnym komunikacie pisze o „27. rocznicy Porozumień Gdańskich i powstania Solidarności”.

– To efekt tego, że w czasie sierpniowego strajku do Stoczni Szczecińskiej nie wpuszczono dziennikarzy, nawet ekipę BBC przegoniono – przypomina Wądołowski.

– Trafnie to ujął Zbigniew Zdanowicz, lekarz, późniejszy przewodniczący Obywatelskiego Komitetu Porozumiewawczego. Powiedział, że Szczecin był jedynie światłem odbitym. „Bo to do Gdańska zjechali nie tylko dziennikarze krajowi i zagraniczni, ale także polscy intelektualiści i tam było centrum myśli politycznej”. Ale czy z tego powodu powinniśmy mieć powody do kompleksów czy frustracji? Nie, bo zbyt ważne rzeczy się dokonały. Zapoczątkowany w Szczecinie Sierpień dał niepodległość, wolność słowa, przekonań. Rozpoczął nową erę w dziejach Polski. Ważne żeby o tym pamiętać.

Krystyna Pohl, Głos Szczeciński, 30 VIII 2007 r.