Opublikowane przez woti w Publicystyka.

Współczesna przynależność Szczecina do Polski ma ponad sześćdziesiąt lat i rosną już prawnuki tych, którzy zasiedlili okaleczone wojną miasto. Szczecinianie-prawnuki jeszcze uczą się w szkołach, natomiast wnuki już zdążyły wyrobić sobie zdanie na najżywotniejsze tematy związane z przeszłością Grodu Gryfa. Uznaliśmy, że jednym z ich reprezentantów jest wnuk pierwszego Prezydenta Miasta Szczecina, profesora Piotra Zaremby – Krzysztof Zaremba.

Nasz 35-letni rozmówca ukończył politologię na Uniwersytecie Szczecińskim, odrestaurował fiata 125p z 1972 r. (zawierającego „szczecińskie” części) i uważa się za patriotę, także lokalnego. Jest posłem do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej.

Z Krzysztofem Zarembą rozmawiają Wojciech Banaszak i Marcin Pabisiak:

WB i MP: Czy uważa Pan, że odrestaurowanie pomnika Sediny ma dla szczecinian sens?

Historia Szczecina jest niezwykle pogmatwana. To miasto pogranicza – nie tylko pogranicza państw, lecz także kultur. Powstało przecież na styku słowiańsko-niemiecko-skandynawskim, a jego książęta, Gryfici, przez wiele stuleci utrzymywali niezależność, umiejętnie lawirując pomiędzy swoimi potężnymi sąsiadami – Niemcami, Polską, Szwecją i Danią. Ostatecznie jednak Gryfici odeszli do historii, ale to wcale nie znaczyło, że słowiańskie Pomorze od razu przejęli Niemcy – najpierw przecież długo gospodarzyli tu Szwedzi.

MP: Z drugiej jednak strony język i kultura w znacznym stopniu były niemieckie – cokolwiek miałoby to znaczyć.

Właśnie kolportują panowie pewien stereotyp, który tylko po części jest prawdziwy. Musimy przecież wiedzieć, że nasze dzisiejsze spojrzenie na narodowość i język słabo przystaje do norm sprzed XIX wieku. Przedtem fakt mówienia w jakimś języku niekoniecznie był wyznacznikiem narodowości. Zarówno językiem niemieckim, jak i na przykład polskim posługiwali się nie tylko ówcześni poddani monarchów, których dzisiaj określamy jako „niemieckich”, „polskich” lub innych. W samej Polsce średniowiecznej obok polskiego i łaciny bardzo często posługiwano się językiem niemieckim. Ciekawostką ilustrującą ten brak korelacji język – narodowość niech będzie choćby to, że w Anglii po najeździe Wilhelma Zdobywcy przez pewien czas językiem dworu był francuski. A sam angielski to ciekawa składanka, jak wszystkie zresztą języki.
Jest jeszcze jeden aspekt tej skomplikowanej rzeczywistości – przecież Słowianie połabscy, których we wczesnym średniowieczu podbijali rycerze niemieckiego wschodniego pogranicza, nie zostali doszczętnie zmieceni z powierzchni ziemi, więc ich kultura musiała przetrwać i wpłynąć na kulturę niemiecką. Tym samym to, co tak nazywamy, jest swoistym melanżem kultury germańskiej oraz ludów słowiańskich, które zamieszkiwały pomiędzy Odrą i Łabą, od Czech przez Magdeburg po Lubekę. Poza tym „urządzenia” prawno-polityczne Słowian i Germanów nie różniły się od siebie aż tak bardzo, jak nam się może dzisiaj wydawać…
Dzisiaj często powtarza się tezy o przemożnym wpływie kultury niemieckiej na kulturę Słowian, w tym, oczywiście, Polski, ale zapomina się, że także Słowianie musieli mieć wpływ na to, co nazywamy kulturą niemiecką. Mówię to po to, aby zwrócić uwagę na fakt, że kupcy i rzemieślnicy napływający na Pomorze, choćby ci z Lubeki, nazywani „niemieckimi”, niekoniecznie byli tak bardzo Niemcami z krwi i zwyczajów. Być może ułatwiało im to asymilację na Pomorzu. Przyznaję jednak od razu, że te sprawy na pewno wymagają głębszych badań. Dotychczas zarówno nauka niemiecka, jak i polska zdają się pomijać te kwestie. Cóż, dotychczasowa propaganda państwowa nie była tym zainteresowana…

MP: Owszem, to ciekawe spostrzeżenia, ale proszę nam jednak odpowiedzieć wprost, co Pan sądzi o projekcie odbudowania pomnika Sediny, patronki naszego miasta.

Moim zdaniem obecny SZCZECINIANIN jednoznacznie kojarzy się z Polakiem, natomiast przedwojenni STETTINianie to Niemcy. PRL-owskie hasło „Powrót na Ziemie Piastowskie” jest po części prawdziwe, ponieważ koleje losu tych ziem – Ziem Zachodnich i Północnych obecnej Polski – są pogmatwane, ale polskie wątki są w nich obecne. Moim zdaniem dzisiejszym symbolem Szczecina są przede wszystkim Trzy Orły – Pomnik Czynu Polaków.
Ma nasz gród również poniemieckie symbole, jak na przykład Sedinę uosabiającą sławne, portowe, hanzeatyckie miasto. Tymczasem na miejscu Sediny, rozebranej przecież przez samych Niemców, stoi obecnie kotwica – symbol miasta portowego. To można by zmienić, ale pamiętajmy, że nadmierne eksponowanie niemieckiej przeszłości Szczecina to samobójcze strzelanie do własnej bramki. Nie wolno nam zapomnieć, że dużo jeszcze wody w Odrze upłynie, nim Niemcy mentalnie pogodzą się z tym, że pewne kwestie muszą zostać zamknięte. Przecież artykuł 11 Konstytucji Niemieckiej nadal mówi, że „Państwo Niemieckie istnieje w granicach z 1937 roku”! Ten fakt, fakt niezaakceptowania wyroków historii, niestety, trzeba akcentować bardzo wyraźnie. Polacy nie powinni pomagać Niemcom w próbach rugowania Polaków z ich własności.
Z drugiej jednak strony należy współpracować z Niemcami, wspólnie badać historię. Zachowywanie i odtwarzanie „elementów historycznych”, jak np. pomnik Sediny – oczywiście że tak. To zawsze będzie symbol „morskości i portowości” naszego miasta. A więc odpowiadając wprost na wasze pytanie: Tak, jestem za odbudową pomnika Sediny, należy jednak w tej sprawie zachować właściwe proporcje. Mam na myśli nieprzecenianie znaczenia tej zabytkowej rzeźby dla historii Szczecina.

WB: Cieszy nas Pana poparcie dla idei odbudowy Sediny, ale przewrotnie zapytamy: może jednak znajdą się inne, lepsze symbole dla naszego grodu, czyli nie tyle symbole polityczno-patriotyczne, ile po prostu znak wyróżniający naszego miasta?

Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Całkiem świeżo odzyskaliśmy pomnik kondotiera Bartolomeo Colleoniego – ale to przecież Włoch, żołnierz, najemnik. Niewiele ma wspólnego z morzem i portem – jego odzyskanie oceniam jednak jako ważny dla naszego miasta element przywracania mu świadomości historii, odzyskiwania jego najcenniejszych zabytków. To może mieć znaczenie także dla naszej przyszłości, nie tylko i wyłącznie poprzez zwiększenie turystycznej atrakcyjności naszego miasta. Dowiedziałem się na przykład ostatnio, że muzeum w Bielsku-Białej eksponuje rzeźbę Herosa, która ma tabliczkę znamionową „Stettin Stadtmuzeum”. Bielscy muzealnicy absolutnie nie chcą słyszeć o oddaniu nam tego zabytku. Uważam, że my, szczecinianie, zdecydowanie powinniśmy walczyć o przywrócenie tego obiektu Szczecinowi. Nie tylko tego obiektu – bardzo potrzebne są akcje prowadzące do przywrócenia Szczecinowi wszystkich wywiezionych stąd dzieł sztuki, pomników, woluminów itd. Będąc szczecinianinem, chce się mieć u siebie wszystko to, co historycznie należało do tego miasta.
Marzy mi się też, aby w Szczecinie znalazł się egzemplarz polskiego fiata 508, jakim Prezydent Piotr Zaremba wjechał do miasta w 1945 roku.

WB: Czy Pana zdanie na temat tych rewindykacji dotyczy wyłącznie „pamiątek” wywiezionych stąd do innych miast Polski, czy obejmuje także obiekty wywiezione przez uciekających Niemców lub zrabowane przez Rosjan?

Ależ oczywiste jest, że dotyczy to wszystkich pamiątek, z tym zastrzeżeniem, że trzeba sobie zdawać sprawę z ogromnych trudności. Myślę tu przede wszystkim o tym, co z Polski wywieźli po drugiej wojnie Rosjanie. Notabene ciekawostką niech będzie informacja, że kiedy po wojnie polsko-bolszewickiej negocjowano warunki pokojowe, Sowieci zwrócili Polsce około jednej trzeciej dóbr kultury zrabowanych we wcześniejszych okresach historycznych. Potem już się to nie powtórzyło i na razie słabe są na podobny gest widoki.
Zwracam jednak uwagę na to, że główny ciężar w sprawach związanych z rewindykacją pamiątek szczecińskiej kultury oraz ich właściwym zabezpieczeniem i eksponowaniem powinny, moim zdaniem, wziąć na swoje barki nowo wybrane władze miejskie, a potem ich następcy. Nasi gospodarze powinni poświęcić tym problemom znacznie więcej uwagi, niż miało to miejsce dotychczas. A wszyscy inni, wszyscy, którym na tym zależy – powinni naszemu prezydentowi i naszej radzie miejskiej o tym należycie często przypominać.

WB: Przywrócenie naszemu miastu pamiątek jego świetności, szczególnie tej XIX-wiecznej, to jednak przywracanie tu obiektów stworzonych lub zgromadzonych przez STETTINian, a więc przedwojennych Niemców. Wydaje mi się, że to nieco kłóci się z Pana dążnością do podkreślaniu polskości i słowiańskości tych ziem.

Pozostając z całym szacunkiem dla zabytków przeszłości i obecności niemieckiej w Szczecinie, to jednak, mając do wyboru wsparcie renowacji pozostałości poniemieckich czy choćby okruchów przeszłości polskiej lub słowiańskiej tutaj – oczywiście pierwszeństwo będę zawsze dawał temu drugiemu. Podkreślam jednak, że i to pierwsze będzie mogło liczyć na moje wsparcie. W tym przypadku po prostu jasno określam priorytety.

MP: Czy może Pan imiennie wskazać w Szczecinie polskie i słowiańskie obiekty warte wsparcia finansowego z zewnątrz?

Na pierwszym planie stawiam dobrze przemyślaną odbudowę Podzamcza, z poprzedzającymi to kompleksowymi badaniami osady starosłowiańskiej, tej sprzed XIV wieku. Wiem, że istnieją na takie badania środki unijne, a Ministerstwo Kultury deklaruje wzrost środków budżetowych na ochronę zabytków i prace badawcze. Szczęśliwie udało się zachować unikalny układ urbanistyczny tej dzielnicy Szczecina i w przyszłości może to być naszym wielkim atutem. Warto skorzystać z tej szansy.
Osobiście deklaruję wolę złożenia interpelacji poselskiej w tej sprawie, jednak musiałbym otrzymać wsparcie w postaci podpowiedzi, wskazówek, informacji na ten temat. Mogą i powinny one pochodzić od naszych władz miejskich i tutejszych instytucji kulturalno-badawczych, ale liczę też na informacje pochodzące od pasjonatów, choćby tych, którzy zebrani są wokół portalu Sedina. Nawiasem mówiąc, o ile mi wiadomo, to jedyny taki portal internetowy w Polsce…

WB: Moim zdaniem daleka przeszłość Pomorza i Szczecina to słowiańszczyzna, natomiast polskość to głównie to, co zaistniało po 1945 roku. Czy warto zachowywać powojenne „zabytki”, czyli obiekty wybudowane po wojnie, a które niejednemu wydają się po prostu straszydłami? Obecnie jest wielu takich, których drażni budynek hotelu Arkona na Podzamczu, irytuje mozaika nad wejściem do kina Kosmos…

Po kolei – najpierw chciałbym wyjaśnić, że ciężkie zarzuty, które wytacza się mojemu dziadkowi nie tylko w „sprawie Arkony”, ale w ogóle Podzamcza, nie są zasadne. Trzeba pamiętać, że w owych czasach nie tylko w Szczecinie dominowała „wizja szerokości przestrzeni”. Wszak pomysły na wyburzenie staromiejskiego pasa nad Odrą mieli już Niemcy i zapewne gdyby nie wynik wywołanej przez nich drugiej wojny światowej – zrobiliby to.
W realiach PRL-u całe planowanie urbanistyczne cechowało się rozrzutnością w zagospodarowywaniu terenu. Piotr Zaremba nie był architektem – projektantem pojedynczych domów, lecz urbanistą planującym możliwie wygodne życie organizmu miejskiego. Na dodatek, w przypadku Szczecina nie planował szczegółów, lecz założenia. Nosząca jego imię Trasa Zamkowa nie została wykonana zgodnie z jego pomysłami, bo na przykład inaczej wykonano zjazdy do portu. Jej wylot miał znaleźć się w zupełnie innym miejscu!
Wracając do Arkony – dziadek w początkach lat pięćdziesiątych nie miał już wpływu na zarządzanie w mieście, a w latach sześćdziesiątych słuchano go jeszcze mniej… A to właśnie wtedy zaczęły się tu pojawiać pierwsze poważne inwestycje. Dziadkowi ponad rok zajęła walka z Orbisem, żeby Arkona nie miała 9 pięter! Chodziło przecież między innymi o to, aby nie zasłonić najcenniejszej pamiątki tych ziem, siedziby suwerennych, słowiańskich władców Pomorza.
Jeśli zaś chodzi o Kosmos – dzisiaj to już przecież zabytek, niezależnie od tego, czy komuś podoba się ten styl, czy nie. To przecież cała polska architektura powojenna, trend bardzo charakterystyczny, począwszy od słynnego Supersamu w Warszawie, poprzez nasz WDS (Wojewódzki Dom Sportu, obecnie SDS – Szczeciński Dom Sportu) czy właśnie kino Kosmos.
Uważam, że Kosmos zasługuje na to, aby zachować jego zewnętrzną bryłę, bo wnętrze można przecież podzielić, zrobić z tego choćby multiplex. Należy zachować jego mozaikę, bo ona ten budynek tak bardzo wyróżnia! Natomiast na pewno należy zlikwidować to, co tak nieszczęśliwie znalazło się przed kinem. Trzeba zadać pytanie – co w tym miejscu robi tak bardzo niepasujący do otoczenia pub? Dlaczego wciąż brakuje stosownej decyzji miejskiego plastyka?

MP: Nasze szczecińskie tradycje to nie tylko budynki. Szczecin to przecież także przemysł, choćby słynny w całym świecie Stoewer. Co Pan, posiadacz starego polskiego fiata, może powiedzieć na ten temat?

Niemcy na pewno mają swój wkład w technikę, choćby w wybitne konstrukcje lotnicze i inne maszyny wojskowe powstałe w czasie II wojny światowej. Trzeba jednak wyraźnie rozgraniczyć fascynację techniką czy dziełami sztuki od fascynacją tymi, którzy je tworzyli. Nie wolno nam zapomnieć, że taki messerschmitt 262 – pierwszy udany myśliwiec odrzutowy i jedyny wprowadzony w tej wojnie na szeroką skalę – został wybudowany przez państwo nazistowskie po to, by bronić jego reżymu. Na dodatek produkowano to wszystko w oparciu o zbrodnicze wykorzystanie niewolniczej siły roboczej. Pamiętajmy, że świetne statki ze szczecińskich stoczni także budowano po to, aby walczyły dla imperium – najpierw cesarzy niemieckich, a potem dla Tysiącletniej Rzeszy.
Z drugiej jednak strony jest także Stoewer, z ciekawą, pouczającą historią tej rodziny. Szczecin na pewno powinien o tym pamiętać i dobrze ją eksponować. Szczecińska motoryzacja to nie tylko niemiecki Stoewer – są przecież polskie, niemal kultowe produkty: junak, smyk…
Powstała na gruzach Stoewera szczecińska fabryka Polmo wyprodukowała między innymi wał napędowy i przekładnie kierowniczą do mojego fiata. Warto w tym miejscu podkreślić, że w trakcie produkcji licencyjnej fiata 125 Włosi najwyżej oceniali części produkowane właśnie w naszym mieście! My, szczecinianie, możemy też pochwalić się tym, że pierwszy polski „maluch” miał być produkowany w Szczecinie – chodzi o projekt smyk (podobny, ale wcale nie skopiowany z samochodziku BMW iseta), z otwieranym przodem. Wyprodukowano 18 prototypów, z czego 3 są zachowane. Jeden z nich, w pełni sprawny, jest w… Krakowie. Pewien pan odnalazł go na złomie i odbudował.
Niestety, w Szczecinie nie ma też innych polskich „cudów motoryzacji” – nie mamy tu choćby w muzeum kultowego junaka, aczkolwiek w Polmo jest izba pamięci z eksponatami i władze miasta poważnie powinny rozważyć możliwość jej przejęcia.

WB: Pana dziadek, jak całe ówczesne pokolenie, miał „kłopoty z Niemcami”. Czyżby odziedziczył Pan po nim niechęć do nich? Nie boi się pan posądzenia o antyniemieckość?

Mam wielu niemieckich przyjaciół i trudno mi zarzucić szowinizm. Podobnie jak mój dziadek nie widzę żadnej sprzeczności w szanowaniu innych nacji i jednoczesnym szanowaniu samego siebie. Podobnie myślą wszyscy światli Europejczycy.
Kiedy zwycięscy Rosjanie po raz wtóry zadecydowali o przynależności państwowej Szczecina, wcale nie zrobili tego z przyjaźni do narodu polskiego. Jednym z takich przykładów, acz wielce przykrym dla Pierwszego Prezydenta Szczecina, był fakt pozostawienia tu Niemców i zezwolenie na powstanie niemieckiego zarządu miasta. Czym innym jednak było dla mojego dziadka ustanowienie tu władz polskich i polskości, a czym innym nienawiść do Niemców.
Wielkopolanie dobrze znali Niemców, zarówno z tej dobrej, jak i z tych gorszych stron. Każdy Wielkopolanin pamięta, że Niemcy swoich zbrodniczych skłonności nie ujawnili dopiero w czasach hitleryzmu. Wystarczy przypomnieć spalenie Kalisza podczas I wojny światowej i to, że mordowali jeńców w czasie powstania wielkopolskiego. W czasie II wojny robili takie rzeczy po prostu na większą skalę…
Mój dziadek jednak nie czuł do nich nienawiści. Dziadek po prostu był polskim patriotą i starał się budować Polskę tam, gdzie mógł. Robił to w Szczecinie i uważam, że z powodzeniem. Nie był jedynym budowniczym Polski. Jak wielu innych, częstokroć kolegów i przyjaciół, na przykład słynny budowniczy Gdyni, inżynier Eugeniusz Kwiatkowski (to on „ściągnął dziadka na prezydenta Szczecina”) – „robił swoje”. Oczywiście, oni wtedy, w 1945 roku, nie wiedzieli, co będzie za pięć, dziesięć, pięćdziesiąt lat, i oczywiście, tak jak każdy, liczyli na to, że „duch Stalina” zostanie z „Polski sowieckiej” zdjęty, a „żelazna kurtyna” nie zapadnie na tak długo… Wzorem między innymi Piłsudskiego – „tworzyli fakty dokonane”, po prostu zagospodarowywali to, co zostało Polsce dane. To było i jest bardzo ważne, bo wcale nie jest tak, że dzisiaj „wszyscy Niemcy” pokochali Polskę i jej obecność tutaj.
Dzisiaj Niemcy twierdzą, że „Szczecin jest rekompensatą za wszystkie straty Polski w II wojnie światowej”. Osobiście mówię temu: NIE! Bo czy w ten właśnie sposób można uczciwie rozliczyć to wszystko, co spowodowała napaść Niemców na Polskę w 1939 roku? Czy można tak właśnie skwitować IV rozbiór Polski, dokonany wspólnie z Sowietami? Czy Szczecin może Polakom zrekompensować śmierć bliskich, zniszczenia materialne, czystki etniczne, pół wieku utraty suwerenności?
Opowiem takie zdarzenie: pięć lat temu ogłoszono plebiscyt „Gazety Wyborczej” i „Głosu Szczecińskiego” na najpopularniejszego szczecinianina. W tym czasie Konsul Niemiecki, pan Claus Reiner, opuszczał Szczecin i podczas swojego pożegnalnego wystąpienia w Radzie Miasta Szczecina pozwolił sobie na stwierdzenie, że:

Oczywiście bardzo się cieszę, że taki wynik plebiscytu, że właśnie Friedrich Ackerman i Herman Haken zajęli takie wysokie miejsca. Natomiast ja, niestety, siłą rzeczy, jako Niemiec, nie mogę być zadowolony z werdyktu, jeśli chodzi o pierwsze miejsce. No, bo postać Piotra Zaremby nie może się Niemcom dobrze kojarzyć.

Wtedy się nie odezwałem i bardzo tego żałuję. Dzisiaj inaczej bym zareagował. Powiedziałbym tak: „Nie zależy mi na tym, żeby się Niemcom mój dziadek dobrze kojarzył. Jest mi to kompletnie obojętne. Dla mnie najważniejsze jest to, że bez jego polityki faktów dokonanych, kiedy Rosjanie tolerowali przez półtora roku dwa zarządy miasta (polski i niemiecki) i przyglądali się, kto kogo pokona… A więc gdyby nie ta „Zarembowa polityka faktów dokonanych”, to dzisiaj Szczecin byłby niemiecki!”.
Uważam, że nie można być „bardziej papieskim od papieża”, w sensie „robienia niemieckim sentymentom dobrze” – absolutnie nie ma takiej potrzeby.
Jako radny Szczecina byłem (w kadencji 1994–1998) członkiem Rady Euroregionu Pomerania. Chcieliśmy, aby Szczecin, biorąc pod uwagę jego położenie i przeszłość historyczną, jako stolica Pomorza, od Rugii po Pomorze Gdańskie – był główną metropolią regionu. Szwedzi przyjęli to chętnie, natomiast strona niemiecka, mówiąc eufemistycznie: chłodno. Jako Polakowi i szczecinianinowi trudno mi o tym zapomnieć.

WB: Wróćmy jeszcze do powojennej historii. Interesuje mnie, czy wie Pan, jak i dlaczego Piotr Zaremba „wybrał się” po wojnie akurat do Szczecina?

Kiedyś o tym niewiele się mówiło, z powodów oczywistych. O ile mi wiadomo, dziadek nie mówił o tym nawet mojemu ojcu i wujowi. Ja miałem z nim bardzo dobre, bardzo bliskie kontakty. Być może traktował mnie, jako swego wnuka, o wiele serdeczniej niż własnych synów. Bardzo interesował się tym, czym ja się w swojej młodości interesowałem… Mogę nawet sądzić, że specjalnie dla mnie zainteresował się motoryzacją i jej historią. Wypytywał mnie o modele samolotów i samochodów, które wykonywałem, a później interesował się szczegółami renowacji starych samochodów, które podejmowałem. Opowiedział mi (choć i tak nie wyjaśnił wszystkich szczegółów), że jego szwagrem był Włodzimierz Karwatka, który miał brata… W czasie wojny wszyscy mieszkali w Poznaniu, który został wtedy wcielony do Reichu. Trzeba podkreślić, że działalność podziemna na terenie Rzeszy niosła ze sobą szczególne zagrożenia i zasadniczo wiązała się z działalnością o charakterze wywiadowczym, a mniej z akcjami zbrojnymi. Pomimo to obaj Karwatkowie zostali członkami Armii Krajowej – i do działalności tej wciągnęli też mojego dziadka… Komórka AK, do której należeli Karwatkowie, została zinfiltrowana lub rozpracowana w inny sposób. To dość tajemnicza i nie do końca wyjaśniona historia… W 1940 roku obaj Karwatkowie zostali aresztowani przez Niemców i wylądowali w berlińskim więzieniu. Wiadomo, że Goebbels planował, aby ich proces stał się pierwszym publicznym procesem polskiego podziemia na „niemieckich” terenach. Nie wiadomo, dlaczego z tego pomysłu zrezygnowano. W efekcie starszy Karwatka został przez Niemców zamordowany, natomiast młodszy przeżył i nawet wyszedł z więzienia. Prawdopodobnie został wykupiony, po prostu za łapówkę.
Nim jednak do wsypy doszło, Włodzimierz Karwatka wciągnął dziadka do działalności tzw. Biura Studiów i Analiz ZWZ-AK. Była to działalność o charakterze wywiadowczym – chodziło o przygotowanie tez i koncepcji dla polskiej dyplomacji na przewidywaną po wojnie konferencję pokojową. Zakładano, że po wygranej przez aliantów wojnie polskie granice wschodnie nie ulegną zmianie, natomiast w ramach reparacji i odszkodowań za zniszczenia dokonane przez Niemców – granice nasze zostaną przesunięte na zachód, mniej więcej na linię Odry, z Wrocławiem i Szczecinem. Do tego potrzebne były dyplomatom dobre argumenty historyczno-polityczno-gospodarcze, a także dobry plan sprawnego przejęcia i zagospodarowania zdobyczy. Zadaniem dziadka było rozpracowanie problematyki ujścia Odry, ze szczególnym uwzględnieniem Szczecina i Świnoujścia. Służyć temu miało także zaprenumerowanie „Pommersche Zeitung” – m.in. odziedziczyłem po dziadku egzemplarze pochodzące już z 1941 roku. W tym samym celu Piotr Zaremba wizytował Szczecin w 1942 roku.
Prenumerata niemieckiej, szczecińskiej gazety nie pozostała bez wpływu na późniejsze dziadkowe działania. Między innymi w „Pommersche Zeitung” znalazł plany mówiące o konieczności drastycznych zmian w planie przestrzennym Szczecina (już wtedy Niemcy przewidywali ogromny przyrost liczby samochodów, które będzie trzeba „zmieścić” w mieście). Ponadto opisywano tam fatalny stan budynków i infrastruktury sanitarnej.

WB: Mówi Pan o braku wody i kanalizacji na Starym Mieście i na Łasztowni?

Tak, o tym także. Wiadomo było, że wiele budynków ładnych jest wyłącznie od strony ulicy – takie „potiomkinowskie” fasady. Dla nich po zwycięskiej, oczywiście przez Niemców, wojnie – nie miało być litości!

WB: Zatem istotne zmiany nastąpiłyby niezależnie od skutków bombardowań?

To chyba jedyny prawidłowy wniosek. Zresztą tarasy Hakena, czyli po szczecińsku Wały Chrobrego, zostały wybudowane na gruzach historycznie cennego fortu. I jakoś nikt nie rwie sobie z tego powodu włosów z głowy…

WB: Pierwszy Polski Prezydent Szczecina jest już postacią historyczną, a Pan może mieć istotny wpływ na to, co się będzie działo tu i teraz. Czy czuje się Pan kontynuatorem dziadkowego „kursu na Szczecin”?

Nie ma możliwości postawić szczelnego muru pomiędzy przeszłością a przyszłością, bo historia zawsze wpływa na to, „co dziś i co jutro”.
Kiedy mój dziadek, Piotr Zaremba, umierał, przechodził bardzo ciężkie chwile – był bardzo słaby i zaniemówił. Gdy odwiedziłem go w ostatnich chwilach życia, gestem poprosił mnie o zbliżenie się i zrozumiałem, że chce mi coś powiedzieć – ale jak? Udało mu się utrzymać w palcach długopis i wtedy na podstawionej kartce papieru kilkoma szybkimi pociągnięciami naszkicował ujście Odry, od Szczecina po Świnoujście. Jestem przekonany, że ten rysunek jest dla mnie wyraźnym przykazaniem, najważniejszym życzeniem, jakie każe mi realizować. Tym samym dziedziczę po Piotrze Zarembie miłość do polskiego Szczecina nad Odrą i Bałtykiem.

WB i MP: To niemal jak herb i rodowe zawołanie. Czy my także możemy przyłączyć się do nich?

Każdy szczecinianin może, i chyba powinien. Precedensy są, jak choćby „heraldyczna adopcja” szlachty litewskiej do znaków polskich. Zapraszam.

Wojciech Banaszak (woti) i Marcin Pabisiak (marpa)

Drukowane wydanie powyższego wywiadu można przeczytać w aktualnym numerze szczecińskiego dwumiesięcznika „Pogranicza” 2007, nr 3 – do nabycia m.in. w Empikach.