Opublikowane przez sedina w Szczecinianie.

Kiedy w 1964 r. z reżyserowanej przezeń „Moralności pani Dulskiej” uczyniono jubileusz jego półwiecza pracy w teatrze, program do spektaklu okraszono depeszami, które otrzymywał przez wiele lat z różnych okazji. Bo przecież kiedyś telegrafowali: Juliusz Osterwa, Karol Adwentowicz i Mieczysława Ćwiklińska; wybitnemu artyście i organizatorowi gratulowali: Bogdan Korzeniowski, Wanda Siemaszkowa, Edward Wierciński i Edwin Axer; oddawał cześć (…) krzewicielowi polskiej sztuki teatralnej Leon Schiller, a Ludwik Solski nadesłał kiedyś wierszyk: życzę, byś dla dobra sceny nie schodził z areny a doczekał złotych godów bez troski zawodów.

Jubileusz był jednak jego pożegnaniem z teatrem. Bo chociaż żył jeszcze kilkanaście lat, ze sceny zszedł niebawem, nie dokonując już na niej niczego istotnego.

Na scenę wkraczali młodsi, on już za życia odchodził w przeszłość, stawał się legendą. Godne to odejście, ale dla ludzi tak czynnych całe życie jak Rodziewicz, nasycone jakimś niespełnieniem.

O jego wiecznej potrzebie działania pisał, z niejaką emfazą, Adam Grzymała-Siedlecki: Warto śledzić z bliska tą jego fenomenalną potrzebą nieustannej aktywności, zanurzenia się w nowe projekty, nowe plany, nowe realizacje (…) kipi w tym człowieku i aż do wrzątku dochodzi wszystko: pomysły, emocje, wizje reżyserskie, chwyt roli, zagadnienia administracyjne (…).

Aleksander Rodziewicz objął dyrekcję szczecińskich teatrów w 1957 r., dobiegając sześćdziesiątki. Trudno się dziwić, że nie był już takim gejzerem aktywności jak przed laty.

Zaczął przecież w czasach… I wojny światowej. Wtedy to bowiem po ukończeniu Studium Dramatycznego zaangażowany został do Kijowskiego Teatru im. Sołowcowa, sceny ówcześnie – a był to 1916 r. – bardzo w Rosji cenionej, ustępującej ponoć tylko piotrogrodzkim i moskiewskim. Rodziewicz występował też sporadycznie w Teatrze Polskim, prowadzonym przez znakomitą artystkę, cieszącą się sławą „tyrana reżyserii”, Stanisławę Wysocką.

W 1923 r. zaangażował go Teofil Trzciński i Rodziewicz zjawił się w Polsce, by – ciesząc się już sławą utalentowanego aktora o emploi amanta – występować na krakowskiej scenie Teatru im. J. Słowackiego.

Późniejsze lata to teatralna wędrówka – nie tułaczka Wszakże – bo wszędzie grał dużo i spore zdobył sobie uznanie. Po wileńskiej „Reducie” był Teatr Polski w Poznaniu (grał tu m. in. Konrada w „Dziadach” i tytułową rolę w „Mazepie”), a po nim Teatr :Narodowy w Warszawie.

Potem nastąpiło siedem lat najbarwniejszej chyba w jego życiu przygody artystycznej. Mianowany w 1931 r. dyrektorem Teatru Wołyńskiego w Łucku, zorganizował niezwykle aktywny zespół, który w ustawicznym objeździe po ubogim, nie tylko komunikacyjnie, regionie, zdobył sobie wielką popularność wśród jego mieszkańców i ogromne uznanie świata polskiej kultury.

Za ten – jak napisze po latach A. Grzymała-Siedlecki – czyn cywilizacyjny, który tak trwale zrósł się z imieniem Rodziewicza, że nie będą mogli o tym zapomnieć badacze w przyszłości – otrzymał najmłodszy wówczas z teatralnych dyrektorów, Złoty Krzyż Zasługi i Srebrny Wawrzyn Polskiej Akademii Literatury.

Czyn cywilizacyjny Rodziewicza w chaosie nadchodzących lat został zapomniany, ale późniejsi „badacze” byli zgodni co do jednego: pasje, talenty, doświadczenia aktora, ba, cały jego styl późniejszej pracy w teatrze zrodził się w tymże Wołyniu, w okresie montowania maszyny teatralno-objazdowej, we zmaganiu się z trudnościami terenowymi, technicznymi i personalnymi.

W 1939 r. jako dyrektor Teatru Polskiego w Bydgoszczy (wygrał wówczas konkurs na to stanowisko), reżyserował „Przeprowadzkę” H. Rostworowskiego, którą rozpocząć miał nowy sezon. Życie nadaje czasem drobiazgom rangę symbolu: do premiery nie doszło, wybuchła wojna, przymusowa przeprowadzka rzuciła Rodziewicza do Lwowa. Tam też nie rozstał się ze sceną, pracował najpierw w teatrze zorganizowanym przez Kolektyw Artystów Scen Polskich, później w funkcjonującym już za zgodą władz radzieckich Teatrze Dramatycznym.

Wkrótce dramatyczne stały się również jego pozateatralne przeżycia. Tylko dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności uniknął śmierci w tragiczną noc z trzeciego na czwartego listopada, kiedy to faszyści wymordowali elitę lwowskiej inteligencji.

Ścigany przez gestapo i tzw. grupę „Nachtigall”, prześladowany przez nacjonalistów ukraińskich, musiał uchodzić ze Lwowa. Z gorzką ironią wspominał po wojnie tę swoją okupacyjną rolę, w której grał o życie ucharakteryzowany w autentyczną (…) siwą brodę. Gdy zaczęła się ofensywa, razem z żoną, Jadwigą Okońską, podążał za kolumnami wojsk radzieckich. W lutym 1945 r. wjechał do Krakowa siedząc… na jeźdźca na cysternie z paliwem.

Nie mniej dramatyczna była jego eskapada do Bydgoszczy. Uparł się wrócić do tamtejszego teatru. Urzeczywistniony, dzięki rozlicznym zabiegom, powrót stał się dla niego jednym z najradośniejszych momentów w (…) karierze artystycznej. Pełen energii zorganizował zespół i w trzaskający mróz, zimą 1945 r., transportem towarowym, przez Częstochowę, Inowrocław, dotarł wiosną do Bydgoszczy.

24 marca dał swoją pierwszą w powojennej Polsce premierę – „Zemstę” Fredry oglądali ranni żołnierze z miejscowego szpitala.

Nim trafił do Szczecina minęło dwanaście lat, w czasie których dyrektorował, reżyserował i, coraz sporadyczniej, grywał na scenach Bydgoszczy, Torunia, Jeleniej Góry, Olsztyna i Gdańska.

W Szczecinie zjawił się w najstosowniejszym, jakby stworzonym dla siebie, momencie. Oto po dwóch sezonach dyrekcji Ludwika Benoit, teatr szczeciński przeżywał trudne chwile. Mimo pewnych osiągnięć artystycznych tego okresu cieniem (…) kładła się na nim zwłaszcza – jak pisał w książce „Teatry dramatyczne Ziem Zachodnich” M. Misiorny – nieudolność administracyjna.

Była to więc dla Rodziewicza ważna próba jego talentów i doświadczeń organizacyjnych, którą prędko uznano za udaną.

F. Jordan pisał: Rodziewicz przejął kierownictwo naszych teatrów (…) w stanie najfatalniejszego zaniedbania. Wyglądało więc na to, ciągnął krytyk, że sporo musi minąć, nim szczecińska scena stanie na nogi, okrzepnie artystycznie. Tymczasem niespodzianka (…) oto jednym mocnym machnięciem – wyrażając poetycko – skrzydeł teatr nasz uwolnił się z więzów prowincjonalizmu.

Sąd ten podzielał Emanuel Messer: Rodziewicz (…) który zastał teatr szczeciński w nieładzie, po krótkim czasie może już zaprezentować nam zespół normalnie grający, a nawet poszczycić się kilkoma dobrymi przedstawieniami.

Patrząc z dystansu na tamten okres nie należy popadać w przesadę: Rodziewicz nie był wcale tym, który – trawestując przysłowie dotyczące czasów Kazimierza Wielkiego – zastał teatr drewniany a zostawił murowany. Jego „ojcowska” ręka w kierowaniu zespołem zjednywała mu szacunek; znalazło się także wielu przeciwników jego metod. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że przejął teatr w momencie naprawdę kryzysowym, i że kierował nim w czasach trudnych, uzależniony od wielu krzyżujących się wówczas pozaartystycznych czynników, stwierdzić trzeba, iż w pełni wywiązał się ze swego zadania.

Teatr szczeciński zyskał w nim bowiem gospodarza, jakiego dotąd nie miał. Rodziewicz, będący typowym dyrektorem „w starym stylu”, potrafił uporządkować organizacyjny chaos, narzucić zespołowi swój autorytet i przekazać tyle, by teatr mógł wreszcie trwałej zaistnieć na ogólnopolskiej mapie kulturalnej.

Czy znaczy to, że z punktu widzenia artystycznego, był to teatr w pełni świadom swego kształtu i linii repertuarowej? Na pewno nie. Kronikarze, trochę eufemistycznie, zwykli tę rzecz ujmować zwrotem, iż okres ten nie dostarcza, niestety, jednolitego materiału obserwacyjnego. Otóż właśnie! Dyrekcja Rodziewicza, próbując realizować zasadę wszechstronności stylistyczno – repertuarowej, w praktyce realizowała program eklektyczny, wypełniony w sporej mierze scenicznymi błahostkami.

Pamiętając swoje doświadczenia z Teatru Wołyńskiego, sporo energii zużytkował Rodziewicz na tzw. objazd. Niektóre spektakle były nawet specjalnie przygotowane z myślą o terenie. Walory popularyzatorskie takiej działalności rzadko jednak szły w parze z twórczymi.

A przecież – mimo to – teatr Rodziewicza nie tylko okrzepł organizacyjnie, nie tylko uaktywnił się społecznie ale, co przecież po latach zawsze jest najważniejsze, zrealizował wiele dobrych i bardzo dobrych spektakli, wysoko ocenionych tak przez miejscowych, jak i pozaszczecińskich krytyków, którzy wreszcie zaczęli tutejszą scenę dostrzegać.

Były wśród tych przedstawień tak znakomite, jak: „Sen nocy letniej” w reżyserii Z. Kopalki (1959 r.), „Pamiętnik Anny Frank”, zrealizowany przez J. Maciejowskiego (1959 r.), „Kordian”, którym debiutował R. Sobolewski (1960 r.), no i spektakle J. Grudy: „Widok z mostu” (1969 r.), „Zemsta” (1960 r.), „Wesele” (1963 r.).

Po toruńskim sukcesie „Widoku z mostu” J. P. Gawlik napisał, iż była to wielka niespodzianka Festiwalu Teatrów Polski Północnej. I to nie tylko dla własnych wartości artystycznych spektaklu, ale i dla ogromnej drogi, jaką teatr ten przebył pod mądrym kierownictwem Rodziewicza.

Sam Rodziewicz też miał swój wkład reżyserski w budowanie rangi teatru. Za najlepsze ze zrealizowanych przez niego spektakli uznano ówcześnie trzy inscenizacje wielkich dramatów kostiumowych – „Cyda” w 1957 r., „Beatrix Cenci” i „Marię Stuart” w 1959 r.

Był w tych inscenizacjach niewątpliwie tradycjonalistą. Był to jednak tradycjonalizm w najlepszym tego słowa znaczeniu. Recenzenci chwalili go za mądrą, wytrawną reżyserię (…) rzetelną robotę (…) sumienność w opracowaniu każdej sceny i głębokie zrozumienie wielkiej poezji (tak pisał o „Cydzie” F. Jordan), kulturę i konsekwencję w odcinaniu się od przerysowań melodramatu, umiejętność: łączenia bogactwa wystawy z precyzją (…) akcji („Maria Stuart” – recenzja M. Misiornego); trudną sztuką formułowania „pytań moralnych” („Beatrix Cenci” w ocenie A. Wróblewskiego).

Jako aktor pozostawał wierny dawnej szkole gry. Potrafił wszakże okiełznać ją na tyle, że role jego, najczęściej „dyrektorskie”, zwykł bowiem odtwarzać władców (kardynał Orsini, książę Herkules III w „Sułkowskim” w Teatrze Wybrzeże, papież w „Kordianie”) – dalekie były od taniej ekspresji. A Wróblewski określił jego aktorstwo, jako „stonowane, skupione”. Rodziewicz zdawał się zresztą nie przykładać zbyt wielkiego znaczenia do swych ról na scenie.

Do końca pracy w szczecińskim teatrze grał przede wszystkim swoją – już bez cudzysłowu – dyrektorską rolę. A wywiązywał się z niej z talentem i wyczuciem: pamiętać przecież trzeba, że to właśnie za jego dyrekcji młodzi reżyserzy spod znaku tzw. nowej fali, a więc prezentujący zupełnie odmienne środki artystyczne niż Rodziewicz – myślę tu zwłaszcza o Maciejowskim i Grudzie – osiągnęli swe pierwsze sukcesy.

Nie chcę przesładzać i przeceniać dyrektorskiego wkładu w te sukcesy, ale w końcu fakt, że wydarzyły się w jego teatrze, świadczy o dużej otwartości Rodziewicza.

On sam odnosił sukcesy coraz rzadziej, prawdę mówiąc, kończą się one w latach sześćdziesiątych. Realizował przedstawienia poprawne, podobające się jeszcze publiczności, lecz już pozbawione dawnej klasy.
Kończący sezon 1963/64 „Zawisza Czarny” w reż. A. Witkowskiego zawierał w programie do spektaklu zdanie: Wystawienie dramatu J. Słowackiego zbiega się z datą zakończenia mojej sześcioletniej pracy na stanowisku dyrektora i kierownika artystycznego Państwowych Teatrów Dramatycznych w Szczecinie.

Ta rezygnacja ze stanowiska dyrektora – jak napisano później w programie jego jubileuszowej „Moralności pani Dulskiej” – była dlań przeżyciem trudnym. Mimo czynionych potem prób powrotu na scenę w roli reżysera, zakończyła, praktycznie biorąc, jego teatralną karierę.

Z jakim bilansem? Z pewnością dodatnim. Świadczy o tym chociażby szacunek i uznanie, jakim darzyli go najwybitniejsi przedstawiciele polskiej sceny, którzy uważali za stosowne uczcić go w dniu jubileuszu serdecznymi gratulacjami.

Entuzjasta Rodziewicza, A. Grzymała-Siedlecki, nazwał go jedną z najbardziej intensywnych osobowości w teatrze polskim.

Dla patrzących wyłącznie przez pryzmat szczeciński, opinia ta może się wydać przesadna, nie wolno jednak zapominać, że Szczecin był tylko ostatnim etapem teatralnej wędrówki Aleksandra Rodziewicza, artysty, który gdy się tu zjawił, najlepsze twórcze lata miał już za sobą.

Jego udział w rozwoju szczecińskiej sceny, z którą w okresie powojennym związany był najdłużej, jest niepodważalny. A jego osobowość, przechodząc do artystycznej legendy miasta, wzbogaciła ją o postać, na swój sposób, wyjątkową.

Umarł w 1981 r. Na marmurowej płycie jego grobu, wykuto napis: „Zasłużony działacz w życiu kulturalnym”.

Napis z pewnością uzasadniony, zważywszy na społeczną aktywność Rodziewicza, trochę jednak smutny Brak w nim bowiem skromnej choćby wzmianki, jednego chociaż słowa o tym, co w jego życiu było najważniejsze. O teatrze.

Artur D. Liskowacki, Aleksander Rodziewicz 1898-1981. Osobowość w teatrze polskim, [w:] Ku Słońcu 125. Księga z miasta umarłych, pod red. M. Czarnieckiego, Szczecin 1987.