Opublikowane przez sedina w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

W powszechnej świadomości szczeciński Marzec ’68 nie istnieje. Najgłośniejszy epizod to spalenie przez studentów „Głosu Szczecińskiego” pod pomnikiem Adama Mickiewicza.

Symbolicznego spalenia gazety – organu PZPR szczecińscy studenci dokonali podczas wiecu, który odbył się dokładnie 39 lat temu, 14 marca 1968 r. Manifestacja została brutalnie rozpędzona przez milicję. To najbardziej znane wydarzenie zapomnianego przez historię szczecińskiego Marca ’68, który – jak twierdzi historyk szczecińskiego IPN dr Eryk Krasucki – był tylko prowincjonalnym echem burzliwych wydarzeń w Warszawie. Te zaś częścią rewolty, która – choć w Warszawie, Pradze czy Paryżu miała zupełnie inne tło – wiosną 1968 r. ogarnęła całą Europę. Oto marcowe wspomnienia trzech szczecinian.


Profesor Marek Ostrowski (dziś chirurg, a w Marcu ’68 – licealista)

W Marcu ’68 byłem uczniem V LO. To była charakterystyczna szkoła: wysoki poziom, w ławkach więcej dzieci dyrektorów czy oficerów milicji niż gdzie indziej, w klasie była np. córka szefa kontrwywiadu. Do piątki chodziło też sporo Żydów.

Mieliśmy nowego dyrektora, Zdzisława Zacharę, który chciał się politycznie wykazać. Zwołał więc w szkole apel popierający władzę. Sęk w tym, że wiec – za sprawą mojego kolegi z ławki, Witka Ziemińskiego – dyrekcji nie wyszedł. Witek wykazał się odwagą, bo na apelu zabrał głos, mówiąc, że to wszystko propaganda, a on wie z Wolnej Europy, że w Warszawie było inaczej, niż tu mówią. Dyrektora zatkało, powiedział, aby podnieśli ręce ci, którzy popierają władzę. Nikt nie podniósł ręki. Była z tego afera. Dyrektor chodził wyjaśniać całą sytuację do Komitetu Wojewódzkiego i na bezpiekę. Następnego dnia po apelu Witkowi odebrano legitymację szkolną, w końcu go wyrzucono. Jego ojciec stracił pracę.

Po wakacjach Żydów z mojej klasy już nie było. Wyjechali do Szwecji i Danii, wraz z innymi. Do matury nie przetrwał w naszej szkole żaden z nich. Bezpowrotnie zniknęły też z krajobrazu żydowskie sklepiki przy Bramie Portowej.

Marian Grunwalt (dziś emeryt, w Marcu ’68 był prokuratorem)

Jako „prokurator z łapanki” dostałem w Marcu ’68 sprawę młodego chłopaka, ucznia liceum, który wziął udział w manifestacji na pl. Żołnierza. „Mój” oskarżony pod redakcją „Kuriera” krzyknął „Prasa kłamie!”. I to była jego cała wina. Mam go przed oczyma: taki niepozorny, ubrany w płaszcz w jodełkę. Pamiętam, że jego ojciec był kierowcą pogotowia. Żal mi się go zrobiło w sądzie i odstąpiłem od oskarżenia. Kiedy to ogłosiłem, lekko zadrżały mi nogi. Uniewinnili go. Ale prokurator powiatowy wywiódł rewizję i chłopaka skazali w drugiej instancji. Dostał jakiś wyrok w zawieszeniu. A ja miałem w pracy kłopoty, w końcu odszedłem z prokuratury. W tym samym mniej więcej czasie z tą instytucją rozstali się moi koledzy z pracy – Jerzy Zimowski i Andrzej Milczanowski (późniejsi działacze opozycji, a w III RP – szefowie MSW).

Jerzy Undro (fotoreporter, w Marcu ’68 student Politechniki Szczecińskiej)

Przypadek sprawił, że w czasie tych wydarzeń mieliśmy Dni Kultury Studentów Politechniki Szczecińskiej. Na murach osiedla zawisła moja wystawa fotograficzna pt. „Głowa”. Piętnaście zdjęć różnych elementów ludzkiej głowy w olbrzymim formacie 1 m na 60 cm: powiększone oczy, nozdrza, uszy. Na osiedlu odbywał się wówczas burzliwy wiec z udziałem rektora. Najważniejsze hasło wiecu – „Prasa kłamie”. Tę moją wystawę połączono później z wiecem… Padały pytania: Dlaczego te uszy takie duże? Może to aluzja do cenzury? Do podsłuchów? Wystawa nagle zniknęła. A kiedy 19 marca pojechałem do Międzyrzecza, już pod dworcem czekał na mnie radiowóz – syrenka. Zwinęli mnie – oficjalnie za rzucenie peta na ziemię. Pytali, po co tu przyjechałem. Nosiłem wtedy czapkę studencką, a to był pewien sznyt. Manifestowałeś w ten sposób: jestem studentem, jestem przeciwko ciemniakom, mam gdzieś milicję.

19 marca w klubie Alter Ego odbędzie się spotkanie poświęcone Marcowi ’68 w Szczecinie. Będzie można obejrzeć m.in. dwudziestominutowy film z wiecu poparcia dla władz, który zorganizowano w szczecińskiej stoczni. Swoje przybycie zapowiedzieli uczestnicy tamtych wydarzeń.

Adam Zadworny, Gazeta Wyborcza, 13 III 2007 r.