Opublikowane przez woti w Pamiętać Szczecin.

Długo zastanawiałam się nad tym, o jakiej szkole napisać. Wydawało mi się, że będzie ciekawiej, jeśli opowiem o szkole mojej babci Heleny, która dziś ma około 65 lat i obecnie mieszka w pobliżu Kielc. Ja z rodzicami mieszkam od urodzenia w Szczecinie, bowiem to tutaj na studiach medycznych poznali się, tutaj się pobrali i zamieszkali. Jestem więc rodowitą szczecinianką. Chodzę do szkoły, która wydaje mi się taka zwyczajna, banalna, taka jak wiele innych.

Podczas chwil spędzonych wraz z rodziną można usłyszeć wiele starych, nikomu nieznanych lub zapomnianych opowieści i wspomnień. Przyjemnie jest słuchać życiowych rozterek, wydarzeń z przeszłości i wciąż poznawać swoich najbliższych, ponieważ często ci, których uważamy za bliskich swojemu sercu – okazują się najbardziej obcy. Mnie zainteresowała historia o szkole mojej babci Heleny, którą opowiedziała mi, gdy szłam do I klasy szkoły podstawowej w Wielgowie.
Babcia rozpoczęła naukę w 1948 r. czyli w trzy lata po zakończeniu II wojny światowej. Jej szkoła mnie szczególnie zainteresowała, gdyż różniła się od dzisiejszych współczesnych. Wydała mi się taka egzotyczna… Nie było kaloryferów, komputerów, telewizji, nie było tyle przemocy, wyzywania. Wszystko, co o niej opowiada babcia, jest takie inne od tego, co sama widzę i przeżywam dzisiaj jako uczennica klasy szóstej współczesnej szkoły XXI wieku.
Nasz kraj w 1948 r. był bardzo zniszczony, wiele budynków legło w gruzach, a wszystko za sprawą hitlerowskich najeźdźców. Wiele szkół w tamtych czasach było biednych, szczególnie te wybudowane w okolicach wsi. Nie obowiązywały w nich mundurki, ponieważ każdy ubierał się w to, co posiadał. Często dzieci w rodzinie posiadały jedną parę butów, toteż do szkoły „chodziły na zmianę”.
Szkoła, do której chodziła babcia Helena, mieściła się w piętrowym budynku. Zbudowali ją rodzice uczniów, którzy mieli się w niej uczyć. We wnętrzu podłogi zostały wykonane z równo ułożonych drewnianych desek. Były one nasączone ropą naftową, najprawdopodobniej w celach konserwacji drewna, bowiem wiadomo, że o podłogę zrobioną z tego surowca trzeba dbać. Na korytarzu zamontowano jeden głośnik. Cała szkoła była ogrzewana za pomocą pieców kaflowych, w których każdego ranka woźna rozpalała ogień. W tej czynności posługiwała się materiałami opałowymi takimi jak: drewno lub węgiel.
Klasy były prostokątnymi pomieszczeniami, w których stały trzy rzędy ławek. W ostatnim rzędzie zostały umieszczone dwie tak zwane „ośle ławki”, gdzie sadzano najmniej grzecznych uczniów. Blaty miały wycięte okrągłe dziury, w które wsadzano kałamarz i spodnią półkę na podręczniki. Na przeciwległej ścianie wisiała tablica, wykonana z desek zamalowanych na zielono. Wtedy pisało się po nich kredą i potem „pisanie” zmazywało się szmatką, a po każdej lekcji dyżurny musiał ją wyczyścić.
Z powodu wielu zniszczeń w kraju obowiązkowe były czyny społeczne. W ich ramach na lekcjach gimnastyki uczniowie, w tym moja babcia, zbierali stonkę ziemniaczaną z pobliskich pól lub chodzili do lasu i sadzili nowe drzewa. Trwała wtedy odbudowa boiska szkolnego, które było zawalone gruzami. Również w tej pracy uczniowie brali czynny udział.
W tamtych czasach stosowane były kary cielesne, takie jak: bicie linijką lub drewnianym piórnikiem po palcach. Kary takie otrzymywano np. za spóźnienie na lekcje, brak zadań domowych, złe zachowanie. I nie pomogło smarowanie rąk cebulą. Trzeba było ponieść konsekwencje swojego zachowania.

Czas leci nieubłaganie i za nic w świecie nie zwolni biegu, ale wszystko kiedyś się kończy.
Ta szkoła już nie istnieje, została przekształcona w zakład krawiecki i przetrwała jedynie pamięć
o niej w sercach jej uczniów, w tym mojej babci Heleny. Czasem tylko myślę sobie, że w tej babcinej szkole pomimo kar było lepiej, bo uczniowie poważniej traktowali swoje obowiązki i mieli większy szacunek dla nauczycieli.

Katarzyna Mikulska, kl. VIa SP nr 13
Opiekun: Wiktoria Oleszczuk