Opublikowane przez gozal w Historia.

24 grudnia 1846 r. Johanna von Puttkamer odebrała w majątku Barnowiec w powiecie miasteckim (Reinfeld Kr. Rummelsburg) list adresowany do jej ojca, Heinricha von Puttkamera. Ten po jego przeczytaniu stwierdził, że czuje się „jakby został uderzony siekierą w głowę”.

List wysłano trzy dni wcześniej, ze Szczecina. Powstał w Hotelu de Prusse.


Szanowny Panie!

Pragnę rozpocząć niniejszą korespondencję od wskazania jej przesłania już w pierwszym zdaniu: jest to prośba o coś najcenniejszego na świecie, czym człowiek może dysponować – o rękę Pańskiej córki. Nie zwodzę sam siebie i zdaję sobie sprawę, iż moja prośba o największy dowód zaufania, jakim musi Pan obdarzyć jakiegokolwiek mężczyznę w podobnej sytuacji, wydaje się bardzo śmiała, zwłaszcza że tego mężczyznę poznał Pan całkiem niedawno podczas nie tak licznych spotkań. Ale pominąwszy przeszkody w czasie i przestrzeni, które mogą wzmagać Pańskie trudności w wyrobieniu sobie opinii o mojej osobie, zdaję sobie sprawę, iż pomimo moich usilnych starań może nigdy nie dojść do sytuacji, gdy będę mógł dać Panu gwarancję, która, z Pańskiego punktu widzenia, byłaby podstawą do powierzenia mi tak cennego dobra, chyba że uzupełni Pan zaufaniem do Boga to, czego zaufanie do człowieka zapewnić nie może. Wszystko, co w tej sytuacji mogę uczynić, to przekazać Panu całkowicie szczere informacje o sobie, na ile oczywiście potrafiłem do tej pory sam siebie zrozumieć. Łatwą rzeczą będzie Panu wysłuchać doniesień dotyczących mojego publicznego zachowania i zewnętrznych oznak. Ja natomiast zadowolę się wyłącznie opisem tego, co leży u podstaw tego zachowania – opisem mojego wewnętrznego życia, a w szczególności mojego stosunku do chrześcijaństwa. Aby to uczynić, powinienem cofnąć się w czasie.

We wczesnym dzieciństwie nie zamieszkiwałem w domu moich rodziców i nigdy odtąd nie miałem poczuć się tam jak w prawdziwym domu. Moje kształcenie było od samego początku oparte o założenie, iż wszystko podlega na rozwijaniu inteligencji oraz wczesnym opanowaniu nauk konkretnych.

Po odbyciu nauk religijnych, na które nie uczęszczałem regularnie i których nie pojmowałem w całości, w czasie mojej konfirmacji dokonanej przez Schleiermachera w dniu moich szesnastych urodzin nie żywiłem żadnych przekonań oprócz czystego deizmu, który niedawno pozbył się elementów panteizmu. I to właśnie mniej więcej wtedy przestałem się modlić każdego wieczoru, jak to miałem w zwyczaju czynić od swojego wczesnego dzieciństwa – nie w wyniku obojętności, ale po głębokim przemyśleniu sprawy. A wszystko to dlatego, że modlitwa nie była zgodna z moim pojmowaniem natury Boga. Powtarzałem sobie, że albo Bóg, będąc wszechobecnym, jest przyczyną wszystkiego – nawet każdej mojej myśli i aktu woli – i w pewnym sensie przeze mnie kieruje modlitwy do siebie samego, albo – jeśli moja wola jest niezależna od Jego – oznacza to arogancję, wątpliwość co do braku elastyczności oraz doskonałość boskiej determinacji, aby ludzkie apele mogły nań wpływać. Nie mając jeszcze siedemnastu lat, dostałem się na Uniwersytet w Getyndze. Podczas następnych ośmiu lat rzadko odwiedzałem dom rodzinny. Mój ojciec pobłażliwie powstrzymywał się od wszelkiej ingerencji, matka kontrolowała z daleka, gdy zaniedbywałem swoje studia i pracę zawodową, mniemając zapewne, iż musi zostawić resztę w rękach opatrzności. Byłem odcięty od wszelkiego kierownictwa i nauczania innych, z wyjątkiem matki. W tymże okresie, gdy ambitne studia czasami prowadziły do zagorzałego zwalczania jałowości i przesytu, nieuniknionych towarzyszy mojego stylu bycia, coś przybliżyło mnie do prawdziwego znaczenia życia i wieczności. To w starej filozofii, niezrozumiałych dziełach Hegla, a szczególnie w pozornej matematycznej przejrzystości Spinozy, poszukiwałem spokoju umysłu w tym, co wykracza poza ludzką zdolność do zrozumienia. Ale to moja samotność po śmierci mojej matki, gdy pięć czy sześć lat temu pojechałem do Kniephof, skłoniła mnie do ciągłych rozmyślań na te tematy. Choć zrazu moje poglądy nie zmieniły się znacznie w Kniephof, to jednak sumienie stało się bardziej słyszalne w samotności i dawało mi do zrozumienia, że wiele rzeczy, które kiedyś uważałem za dopuszczalne, było jednak złych. Wciąż jednak moje usilne dążenie do zrozumienia było ograniczone moimi zdolnościami pojmowania i prowadziło mnie dalej w ślepą uliczkę wątpliwości, rodzących się w miarę czytania dzieł Straussa, Feuerbacha czy Bruno Bauera.

Byłem święcie przekonany, że Bóg nie dopuścił człowieka do prawdziwego poznania; że czelnością jest twierdzić, iż się rozumie plany i wolę Pana Wszechświata; że każdy musi ulegle oczekiwać na sąd, jaki Stwórca odbędzie nad nim w dniu śmierci; że wreszcie wola boska objawia się na ziemi wyłącznie przez sumienie, które dostaliśmy od Niego w darze jako osobny organ do przeczuwania, którędy iść w mroku tego świata. Nie musze dodawać, że nie zaznałem spokoju w obraniu tych poglądów. Niepocieszony, oddawałem się swojemu smutkowi przez wiele godzin, sądząc, iż moja egzystencja wespół z istnieniem innych jest bezcelowa i nie przynosi żadnych korzyści, będąc tylko przypadkowym owocem powołanym do życia, pojawiający się i znikający jak kurz spod toczących się kół.

Około cztery lata temu zacząłem blisko się zadawać (po raz pierwszy od moich szkolnych lat) z Moritz Blankenburg, w którym odnalazłem przyjaciela, co w całym moim dotychczasowym życiu mi się nie udało. Ale ciepła żarliwość jego miłości na próżno usiłowała a to przekonywaniem, a to w rozmowie, nakłonić do tego, czego mi brakowało – do wiary. Ale przez Moritza poznałem rodzinę Triglafów i skupiające się wokół niej kręgi towarzyskie. Przy nich zawstydziłem się, że przy tak małym moim zrozumieniu, przyjąłem na siebie wcześniej wyzwanie zgłębiania zagadnień, w które te wybitne intelekty wierzyły z godnym dziecka zaufaniem, uważając za prawdziwe i święte. Zauważyłem, że ludzie z tego środowiska byli doskonałym wzorem dla mnie w swoim życiu widzianym z zewnątrz. Nie dziwiłem się pewności i spokojowi zamieszkującym ich niejako, bo nie wątpiłem, iż były nieodłącznymi atrybutami wiary. Ale nie wchodzi się w posiadanie wiary poprzez proszenie o nią, więc byłem przekonany, że muszę ulegle oczekiwać, aby sprawdzić, czy stanie się kiedyś ona moim udziałem. Wkrótce dobrze się czułem w tym towarzystwie i byłem świadom zaspokojenia, jakiego nigdy wcześniej nie odczuwałem – tam toczyło się życie rodzinne z moim udziałem, prawie jak w prawdziwym domu.

W tym czasie zostałem wprowadzony w pewne wydarzenia, których nie mogę Panu ujawnić, jako że stanowią one cudzą tajemnicę. Nie uczestniczyłem w nich aktywnie, ale poruszyły mną głęboko. W ich wyniku zyskałem stałem się bardziej niż kiedykolwiek dotąd świadom pustki i braku wartości moich celów życiowych. Idąc za radą innych oraz podążając za impulsem, zacząłem po kolei czytać Pismo Święte, stanowczo ograniczając moje własne osądy. To, co się wewnątrz mnie działo, ożyło, gdy wiadomość o śmiertelnej chorobie naszego zmarłego przyjaciela Cardemina wydarła pierwszą żarliwą modlitwę z mojego serca, bez cienia wątpliwości co do jej sensu. Bóg nie spełnił mojej modlitwy, ale i jej całkowicie nie odrzucił, a ja czuję wewnątrz, jeśli nie pokój, to przynajmniej ufność i odwagę, jakiej nie znałem nigdy wcześniej.

Nie wiem, jak Pan oceni wartość moich emocji, odczuwanych w głębi mojego serca dopiero od dwóch miesięcy. Mam jedynie nadzieję, że nie utracę ufności – jakąkolwiek decyzję co do mnie Pan podejmie. Nie mogę dać lepszego dowodu tej nadziei niż poprzez moją prostą szczerość i lojalność, którą niniejszym Panu i tylko Panu ujawniłem, będąc w przekonaniu, iż Bóg otacza swą łaską szczerych.

Powstrzymam się od wszelkich zapewnień dotyczących moich uczuć oraz zamierzeń w stosunku do Pańskiej córki, jako że krok, jaki podjąłem, świadczy o nich głośniej i bardziej elokwentnie niżby to uczyniły słowa. Nie przydadzą się Panu również żadne obietnice na przyszłość, ponieważ zna Pan marność serca ludzkiego bardziej ode mnie. Jedyne zapewnienie bezpieczeństwa, jakie mogę dać na rzecz Pana córki, dźwięczy w słowach mojej modlitwy do Boga – modlitwy z prośbą o Jego błogosławieństwo. Jeśli chodzi o przeszłość, zauważę jedynie, że po wielokrotnym spotkaniu panny Johanny w Cardemin, po naszej wspólnej wyprawie tego lata, niestety wątpię, czy zrealizowanie moich pragnień dałoby się pogodzić z zapewnieniem Pana córce szczęścia oraz pokoju i czy moja pewność siebie nie przewyższała moich możliwości, gdy uwierzyłem, iż mogłaby ona odnaleźć we mnie to, czego ma prawo szukać w swoim mężu. Jednakże całkiem niedawno moje postanowienie, które niniejszym wypełniam, utwierdziło się we mnie na równi z poleganiem na Bogu. Nie odzywałem się, gdy zobaczyłem Pana w Zimmerhausen wyłącznie dlatego, że miałem więcej do powiedzenia niż mógłbym to wyrazić w rozmowie. Biorąc pod uwagę doniosłość sprawy oraz ogromne poświęcenie, jakiego będzie ona wymagała od Pana oraz Pańskiej żony, a mianowicie rozłąki z córką, ledwo tli we mnie nadzieja, iż od razu podejmie Pan pomyślną dla mnie decyzję. Błagam jedynie, aby zanim Pan wypowie jednoznaczną odmowę, nie odrzucał Pan możliwości wyjaśnienia przeze mnie wszelkich okoliczności, które mogłyby skłonić Pana do odrzucenia mnie.

Niewątpliwie istnieje jeszcze ogrom rzeczy, o których nie napisałem lub nie opowiedziałem wystarczająco dużo w swoim liście, ale oczywiście jestem gotów przekazać Panu dokładne i ścisłe informacje o wszystkim, co zapragnie Pan wiedzieć. Myślę, że powiedziałem to, co najważniejsze.

Upraszam łaskawie o przekazanie moich uniżonych ukłonów Pańskiej małżonce.

Bismarck


Tłumaczenie: gozal.
Słowo wstępne: Bartosz.