Opublikowane przez sedina w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

A więc stało się! Nie ma już odwrotu!

Potwornie się boję. Nie wolno mi nigdzie wychodzić. Jeszcze ktoś by zobaczył.

Siedzę w altance i mam dużo czasu do myślenia. O wiele za dużo. Jest tu wygodny tapczan. Mam nawet bieliznę pościelową oraz kran z bieżącą wodą. Zdrowie na razie dopisuje.

Jedzenie przynosi mi każdego prawie popołudnia Monika. Jest tego mało zjadłbym dużo więcej ale jej tego nigdy nie powiem, bo skąd ona ma brać?

Prawie ze sobą nie rozmawiamy. Ona też się boi.


Nawet w nocy nie wolno mi zapalić świecy. Za większą potrzebą i żeby zaczerpnąć świeżego powietrza wychodzę, ukradkiem po całkowitym zapadnięciu zmroku. Upewniam się jednak najpierw, czy nikogo nie ma na horyzoncie. Na razie jest jeszcze ciepłe lato, jednak dni zaczynają być coraz krótsze. Owoców sobie nie żałuję, jest tego pod dostatkiem, ale jak długo można żyć prawie samymi owocami? Całą altankę, zawiesiłem sznurkami, na których suszą się plasterki jabłek i jeszcze nie w pełni dojrzałych gruszek.

Z każdej „sznytki” otrzymanego chleba odkładam kawałek do suszenia. Wszystko na czarną godzinę. Jestem przezorny, może nawet za bardzo.

Codziennie z niecierpliwością czekam na Monikę. Ona nie zawsze jednak przychodzi. Umowa jest taka: kiedy Monika chrobocze kluczem w drzwiach altanki, mam się natychmiast schować pod tapczan i w czasie całego jej pobytu drzwi mają być szeroko otwarte.

Monika pracuje, a w altance nikogo nie ma; to alibi dla sąsiadów. Czasami przychodzi z nią wuj Eda, odpoczywa wtedy na tapczanie, a ja spod tapczanu prowadzę, z nim ciche rozmowy. Wuj zostawia zawsze „Die Pommersche Zeitung” i „Völkischer Beobachter”. Jestem więc we wszystkim zorientowany. Czytam je „od dechy do dechy”.

Wielokrotnie przeczytałem w „Pommersche Zeitung” dwie wiadomości:

1) komunikat Oberkommando der Wehrmacht: jednym zdaniem skwitowano skutki wielkiego nalotu na Szczecin: w nocy z 17 na 18 sierpnia 1944 roku nastąpił kolejny anglo-amerykański atak terrorystyczny w obszarze powietrznym wielkiego Szczecina, są ranni i zabici wśród ludności cywilnej.

2) swój nekrolog: że zostałem zabity odłamkiem bomby w wyniku bestialskiego bombardowania w nocy z 17 na 18 sierpnia br. przy Neumarkt, w czasie kiedy przebywałem na zasłużonym urlopie w ojczyźnie. Podpisano: Z wyrazami współczucia dla rodziny, dowództwo II Okręgu Wojskowego Szczecin.

W sobotę Monika została na noc. Mimo prymitywnych warunków i strachu było cudownie.

30 sierpnia znowu duży nalot.

Minął wrzesień, noce są już znacznie chłodniejsze. Wuj Eda przyniósł od mamy ciepły koc, gruby sweter, ojca płaszcz i stary namiot, żeby zasłonić okna, bo wieje. Również gazety.

Październik jeszcze zimniejszy, ale nadal pogodny. Coraz mniej ludzi przychodzi na działki. Z czasem prace w ogródkach zupełnie ustały. Liście z drzew i krzewów opadły. Widoczność jest teraz na większą odległość.

Pod koniec listopada zaczyna być naprawdę zimno nawet w dzień. Marznę i mam rozstrojone nerwy.

Często prześladuje mnie ten sam sen: siłą zabiera mnie żandarmeria. Budzę się wystraszony.

Ostatnio wstaję z łóżka, robię porządki. Golę się tylko w soboty. Przez pozostałe dni tygodnia leżę opatulony na tapczanie. Wychudłem i sczerniałem. Wieści z miasta też nie są dobre.

Od grudnia na działkach nie ma wody. Musi wystarczyć ta, która jest w beczce z deszczówką. W końcu i ona zamarzła. Przestałem się zupełnie myć i golić. Święta Bożego Narodzenia, Sylwester i Nowy Rok są najzimniejsze i najgorsze w moim życiu.

W styczniu Monika powiedziała mi, że mój ojciec załatwił całej czwórce zaświadczenia o przynależności do zakładowej straży pożarnej w Landesversicherungsanstalt i na razie nikt ich nie rusza.

Wuj Eda przyszedł w pierwszych dniach lutego z wiadomością, że kto może opuszcza Szczecin. Dzieje się tak mimo apelu władz o zachowanie rozwagi. W gazetach trzeba czytać teraz między wierszami.

Codziennie całe procesje uciekinierów przepływają przez miasto. Żal na to patrzeć.

Mimo mrozu, kto czym ma, samochodami, traktorami, rowerami, furmankami, wózkami różnego typu, nawet niemowlęcymi, rzeka uchodźców płynie nieustannie.

Mniejsze naloty powiększają niepokój.

Monika przychodziła ostatnio co trzeci dzień i oprócz jedzenia przynosiła coraz bardziej niepokojące wieści. Mam jednak nadzieję, że przetrwam. Marzec. Od strony Altdamm i Podejuch słychać „echa wojny” z każdym dniem głośniejsze. Nareszcie dochodzi do regularnego ostrzału miasta.

Na działkach nadal cicho i spokojnie. Na marzec nie wydano mamie, ojcu, wujowi i Monice zwykłych kartek żywnościowych. Dostali bony na trzy posiłki dziennie w stołówce Regierungsamt.

21 marca na szczęście już trochę cieplej. Monika przybiegła zupełnie rozdygotana. Wczoraj bolszewicy wzięli Altdamm. W mieście nadal pełno uciekinierów, wszyscy chcą przedostać się na zachód. Po drodze, na jednej z latarń ulicznych, widziała powieszonego żołnierza niemieckiego z tablicą na piersiach: „Ich wollte nicht mehr für Grossdeutschland kämpfen”.

Patrole wojskowe legitymują wszystkich mężczyzn. Szczecin jest twierdzą. Obie z mamą – i jeszcze wiele kobiet – kopią teraz rowy, więc Monika może chodzić po mieście, ale się boi.

Pod koniec marca wpadł wuj Eda. Jestem już mocno osłabiony. Relacja wuja mniej więcej taka: Mama i Monika chodzą nadal do kopania rowów. Popołudniami siedzą w domu. Trwa ostrzał miasta. Władze nie panują nad sytuacją. Strach chodzić po mieście. Nawet jak się jest w porządku wcielają do Volkssturmu.

Wuj dostał przepustkę wojskową, bo ma tu w warsztatach kolejowych załatwić podnośnik. Jedzą nadal w stołówce. Ciężko coś zdobyć, a mimo to wuj przyniósł trochę sucharów wojskowych, dwa duże chleby, słoik „Cebionu” (wit. C), kostkę margaryny „Amada”, paczkę kawy zbożowej „Bohma”, trochę mąki żytniej i jedno wstrętne mydełko „RIF”, no i skarb, jakiego się nie spodziewałem: garczek i małą maszynkę spirytusową ze sporą ilością paliwa w kostkach. Na odchodnym powiedział: Bądź oszczędny, bo nie wiadomo, kiedy kto do ciebie przyjdzie.

Długi czas nie było nikogo. Mam więc wyjątkową sposobność, żeby rozmyślać nad udręką samotności i głodu.

Dwa razy w dużych odstępach czasu przychodziła mama. Mój Boże, jak ona się postarzała. Płakaliśmy razem.

Mama i Monika nadal kopią rowy. Poprzednio Monika nie przychodziła, bo bala się, że może mnie zdradzić. Przyniosła sporo skibek chleba i jakąś wędlinę, także trochę cukru. Teraz od tygodnia nie ma nikogo.

26 kwietnia przed południem na działkach ożywiło się nagle. Zauważyłem dużo żołnierzy ubranych w zielone waciaki i jakieś śmieszne czapki. Więc „Iwan” już jest.

Myszkowali tu i tam, nawet rozbili kolbami karabinów drzwi w kilku bogatszych altankach i coś wynosili śmiejąc się.

Schowałem się natychmiast do swojej kryjówki pod tapczanem. Za chwilę rozległ się jakiś ostry krzyk i po paru minutach było znowu tak spokojnie jak zawsze.

Zazdrościłem im. Mnie nic wpadło by na myśl, zęby wedrzeć się do jakiegoś domku i szukać czegoś do zjedzenia.

Z oddali słychać jakąś strzelaninę.

Zjadłem wszystkie swoje żelazne zapasy. Nie mam już nic.

Nowy dzień. Starannie się ogoliłem, potem twarz wysmarowałem błotem. Rzeczy mamy też odpowiednio przybrudziłem. Ruszam w stronę zniszczonego miasta.

Na starą, brudną i pochyloną wiekiem kobietę nikt nie zwróci uwagi…

Był to ostatni zapis w znalezionym notesie.