Opublikowane przez woti w Pamiętać Szczecin.

Naukę w szkole podstawowej rozpoczęłam w 1977 r. Podstawówka trwała wtedy 8 lat. Do szkoły miałam dość daleko, ok. 3 km. Jeździłam autobusem, który odjeżdżał co godzinę albo chodziłam pieszo.
W szkołach nie było rewii mody. Wszystkich uczniów obowiązywały stilonowe, granatowe fartuszki szkolne, z odczepianymi kołnierzykami. Obowiązkowym identyfikatorem była tarcza szkolna, doszywana do rękawa i do kurtki. Nie można jej było nosić na agrafce ani szpilce. Na nogach obuwie zmienne, koniecznie w worku na kapcie. Zmiana obuwia była surowo przestrzegana przez dyżurujących w szatni nauczycieli. Królowały wówczas granatowe tenisówki lub trampki, za którymi godzinami trzeba było wystawać w sklepowych kolejkach.

Nie było plecaków, tylko tornistry – ciemne, z odblaskowym znaczkiem. Hitem w tych czasach były chińskie piórniki i gumki, które w porównaniu z naszą rodzimą produkcją, były bajecznie kolorowe.
Obiady w szkołach jedli prawie wszyscy uczniowie, a dodatkowo na jednej z przerw piliśmy ciepłe mleko ze szklanej butelki z foliowym kapslem.
Nauka trwała 6 dni w tygodniu. Z czasem wprowadzono wolne soboty – początkowo jedną w miesiącu. Skala ocen od 2 do 5, przy czym z jedną oceną niedostateczną nie przechodziło się do następnej klasy. Przedmioty prawie takie same jak teraz. Jedna różnica: nikt nie uczył się języka niemieckiego i angielskiego. Panował język rosyjski i wszystko, co z nim związane. Przez szkoły prenumerowana była rosyjska gazeta „Murziłka”. Organizowane były olimpiady języka rosyjskiego.

Popularne w czasach podstawówki były apele. Różny był ich cel. Zazwyczaj organizowane były z okazji świąt szkolnych i państwowych, rozpoczęcia i zakończenia roku szkolnego, Dnia Dziecka, Dnia Zwycięstwa, Dnia Wojska Polskiego, Dnia Górnika. Recytowano na nich wiersze i śpiewano piosenki. Zaprezentować mógł wtedy swe możliwości chór szkolny (prowadzony przez panią od muzyki).
Jeśli chodzi o imprezy organizowane przez szkołę, to najpopularniejsze były Mikołajki, zabawa noworoczna (na której zawsze grała wojskowa orkiestra), dzień sportu szkolnego, liczne wyjścia do teatrów, muzeum i filharmonii, wycieczki po zakładach pracy i pływanie statkiem po szczecińskim porcie. W szkole średniej doszło jeszcze uczestnictwo w pochodach pierwszomajowych i obowiązkowe wyjazdy na wykopki.

Wróćmy jednak do szkoły podstawowej, bo to ona była najciekawsza.
SKO – to szkolny bank. Każdy chciał tam zbierać swoje oszczędności. Trwały klasowe rywalizacje, które kończyły się wyróżnieniem na szkolnym apelu.
Kary szkolne to cały wachlarz możliwości nauczycieli. Najpopularniejsze, za przeszkadzanie na lekcji: stanie w kącie albo sadzanie w oślej ławce. Wyrzucenie z sali lekcyjnej na korytarz było mniej wstydliwe, a nawet ciekawsze, bo na korytarzu można było dodatkowo rozrabiać. Upomnienie na apelu lub wezwanie rodziców do szkoły też dawało jakieś skutki. Wpisywanie przez nauczycieli uwag do dzienniczka kończyło się często podrabianiem podpisów rodziców. Za lżejsze przewinienia trzeba było przynieść kwiatek w doniczce. Najbardziej dotkliwe było targanie za uszy (największych łobuzów). Można też było dostać po głowie dziennikiem za brak skupienia na lekcji albo linijką w wyciągniętą dłoń.

Były kary, ale była też i zabawy:
w „chowanego”: „kryjący” za pomocą specjalnej „odliczanki” odmierzał czas potrzebny na ukrycie się pozostałych graczy;
w „klasy” grały dziewczyny – skakały po kratkach wyrysowanych na płytach chodnika lub asfalcie;
dziewczęca była też gra „w gumę”.
na szkolnym holu tworzono okrąg i królował „Stary niedźwiedź mocno śpi” albo „mam chusteczkę haftowaną”;
na zastępstwach grało się w „państwa, miasta” albo „okręty”.
Z czasem nauczyciele wpadli na lepsze pomysły. Na przerwach kazali nam spacerować po korytarzu, po okręgu. Kto nie chciał, musiał robić „krzesełko” przy ścianie, tzn. w przysiadzie udawać, że siedzi (oczywiście – bez krzesła).
Teraz szkoła wygląda inaczej.

Marcin Dobrzański, kl. VI SP 74 w Szczecinie
Opiekun: Anna Witkowska