Opublikowane przez woti w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Na powtarzane niemal codziennie apele jakichś władz – PURu, kolei, miasta czy wojewody – o osiedlanie się w Szczecinie niewielu repatriantów zareagowało pozytywnie; każdy prawie miał jakieś swoje indywidualne plany, któremu osiedlenie się w zrujnowanym mieście mogło nie odpowiadać. Naszej Mamie też nie odpowiadało, ale nie byłem przekonany dlaczego – pomyślałem, iż ewentualny trud poszukania jakiegoś locum dla nas był dla Mamy jedyną tego przyczyną. Po paru dniach, może 2-go czerwca, wybraliśmy się z Kazikiem poza torowiska stacyjne, w stronę przeciwną niż stacja, czyli w kierunku dzisiejszego Osiedla Książąt Pomorskich; nie przyświecał nam, bodajże, żaden chwalebny cel, a tylko ciekawość: co tam jest, bo po tej stronie jeszcze dotąd nie byliśmy.

III. Gdzie jest mój dom?

1. Nieudana próba osiedleńcza

Sforsowaliśmy jakieś ogrodzenie, przeszliśmy kawałek jakąś zaniedbaną ulicą i znaleźliśmy się w dzielnicy willowej; wille były opuszczone przez właścicieli, przeważnie uszkodzone artyleryjskimi pociskami, a niektóre – te nieuszkodzone – już zajęte przez Polaków, bo powiewały na nich biało-czerwone flagi. Łaziliśmy pomiędzy nimi bez celu, zaglądali do wnętrza, ale niczego godnego uwagi nie dostrzegliśmy. Wille były kompletnie wyczyszczone przez szabrowników – w niektórych spotykaliśmy czasem jakiś mniej lub więcej połamany mebel, a we wszystkich kupy śmieci na podłogach: porozrzucane papiery, potłuczoną ceramikę, kawałki osypanego tynku. Penetrowane przez nas wille przedstawiały żałosny widok z dzisiejszego punktu widzenia, ale wówczas – z kazachstańskiej naszej perspektywy – były to niemal zamki, w których życie zamarło wraz ze Śpiącą Królewną z baśni; byliśmy jednak świadomi, iż to nie baśniowy był sen.

Jedna willa, z liczby takich wypatroszonych przez szabrowników, z urwanym przez pocisk górnym narożnikiem, którego szczątki częściowo leżały na podwórzu, a częściowo w pokoju, z którego było widać niebo, urzekła mnie swoim wyglądem i swoim położeniem w przyległym ogrodzie. Była obszerna, parę pomieszczeń na parterze i tyleż na piętrze, jakiś balkon, do piwnicy nie schodziliśmy – chyba ze strachu; pod parkanem na długiej rabatce kwitły jakieś kwiaty – wszak był już początek czerwca. Zapragnąłem być tu na dłużej i zaraz zwierzyłem się Kazikowi ze swojej chęci, kojarząc to jakoś z powtarzanymi nawoływaniami do osiedlenia się w Szczecinie. W ciągu kwadransa obejrzeliśmy dokładnie całą willę, za wyjątkiem piwnicy i strychu, i postanowiliśmy objąć ją w posiadanie; nawet już uzgodniliśmy, kto zajmie parter, a kto górę, i od razu poczuliśmy się gospodarzami. Przez jakieś pół godziny próbowaliśmy robić jakieś porządki, ale gołymi rękoma, bez łopaty i miotły, niewiele udało się dokonać. Lepiej poszło na rabatce – kawałek jej uporządkowałem, rękoma wyrywając trawę i poprawiając ceglano-kamienne obrzeże; Kazik jakoś nie przejawiał zainteresowania rabatkami, a ja to z przyjemnością robiłem.

Wracaliśmy do transportu zadowoleni i pełni optymizmu: znaleźliśmy miejsce dla siebie i możemy się osiedlać. Przekonany o użyteczności swojej działalności na rzecz osiedlenia się w Szczecinie od razu zwierzyłem się Mamie i liczyłem, że Mama zaraz pójdzie ze mną i z Jaśkiem obejrzeć naszą nową posiadłość; miałem absolutną pewność, że zawieszenie jakiejś biało-czerwonej szmaty na bramie bądź drzwiach wejściowych załatwi nam wszelkie prawa do użytkowania „odzyskanej” posesji. Tymczasem Mama nawet słyszeć nie chciała o osiedlaniu się w Szczecinie i absolutnie nie interesowały jej moje osiedleńcze starania; nie poszła też zobaczyć, jakim to „nabytkiem” chciałem ją uszczęśliwić. Absolutnie nie pamiętam reakcji matki Kazika – może była innego zdania niż nasza Mama. I być może Kazik bądź jego rodzina nadal mieszka w tej szczecińskiej willi, która mnie tak urzekła wiosną 1946 roku.

Po dwóch dniach wyładowaliśmy się z transportu i 5 czerwca 1946 roku wyjechali ze Szczecina do Biskupic, do Cioci Jańci. Nowe warunki życia, inne obowiązki, wykuwanie swojego Losu w nowej rzeczywistości były tak bardzo na czasie, że odsunęły na bok wszystkie inne sprawy. W natłoku spraw codziennych i ważnych, może nawet najważniejszych w tym czasie, tygodniowy epizod szczeciński rozmazywał mi się w pamięci. Rzecz jasna, miałem świadomość, gdzie leży Szczecin i jaką pełni rolę w ówczesnej Ludowej Rzeczywistości, ale przez wiele lat nie odczuwałem żadnych ciągotek, by chociaż odwiedzić to miasto; było ono dla mnie tak samo wyblakłe w moich planach jak Pcim bądź Pacyków, gdzie kozy kują.

2. Epilog: A jednak szczecin

Po bez mała 40 latach znalazłem się znowu w Szczecinie – zupełnie przypadkowo, ale tym razem z zamiarem osiedlenia się w nim na stałe. W 1983 roku już od 16 lat byłem adiunktem w Instytucie Matematycznym Uniwersytetu Wrocławskiego, w jakimś stopniu szanowanym i rokującym naukowe nadzieje doktorem nauk matematycznych, ale z różnych przyczyn człowiekiem w jakimś sensie „bezdomnym”. Miejsca dla siebie szukałem wówczas w różnych ośrodkach akademickich w Polsce, nawet przez rok pracowałem w olsztyńskiej WSP, gdzie obiecywano mi docenturę i samodzielne mieszkanie, ale na służbowym tylko się skończyło. Zmęczony poszukiwaniem miejsca dla siebie i zniechęcony nie urzeczywistnianymi obietnicami zdecydowałem się pozostać na Uniwersytecie Wrocławskim i przyjąć przyjaźnie ofiarowywany mi kąt, zupełnie przypadkowo w Dziale Nauki UWr dowiedziałem się, że w Szczecinie powstaje uniwersytet, trwają poszukiwania kadrowego uzupełnienia do niego, a miasto gwarantuje mieszkania dla nowych naukowych osiedleńców. Było to jak najbardziej po mojej myśli – mieszkanie i praca na uniwersytecie. Dostałem numer telefonu i na drugi dzień zadzwoniłem do pani Zofii Mielcarek, pełnomocniczki wojewody szczecińskiego do sprawy organizowania uniwersytetu Szczecińskiego; trzy dni później przyjechałem na Rycerską 3 na rozmowę wstępną.
Rozmowę prowadziliśmy we trójkę, bo oprócz nas dwojga uczestniczył w niej docent Kazimierz Jaskot, ówczesny rektor WSP, która miała stanowić trzon powstającego uniwersytetu. Pokazałem rektorowi listę swoich publikacji naukowych i dydaktycznych, przedstawiłem swoje rodzinno-mieszkaniowe warunki, wyraźnie powiedziałem, że w Szczecinie nie szukam pracy, lecz mieszkania, a gdy mieszkanie otrzymam, będę lojalnie pracował tak jak we Wrocławiu… Rektor Jaskot pooglądał to wszystko i wysłuchał, po czym zaproponował napisanie podania o pracę, dodając niedbale:
– Miasto obiecało mi mieszkania dla przyszłych pracowników za pół roku, ale znając poślizgi budowlanych przyrzekam, że za rok będzie miał pan samodzielne mieszkanie!

Zaufałem tym słowom i nie zawiodłem się – napisałem podanie, od października 1984 podjąłem pracę na WSP, po roku zostałem wicedyrektorem Instytutu Matematyki Uniwersytetu Szczecińskiego, a miesiąc później – klucze do mieszkania na osiedlu Bukowym. Mieszkam tam do dzisiaj, a na uniwersytecie od 1999 roku już nie pracuję – z powodu udaru mózgu.
Mój 15-letni okres pracy na Uniwersytecie Szczecińskim, dla mnie bardzo ciekawy i ważny, a dla uniwersytetu na pewno znacznie mniej, stanowi już odrębną historię, którą opisałem w swoich wspomnieniach: „Szczecin – miasto przez los mi wyznaczone”.

Stanisław Fudali

Uzupełnienie: „Szczecin – miasto przez los mi wyznaczone” (Szczecin 2004) – praca nagro­dzona w roku 2005, w 3.5 edycji konkursu pamiętnikarskiego „Dzieje szczecińskich rodzin” który od 1969 r., corocznie organizowany jest przez Szczecińskie Towarzystwo Kultury. Książka obecnie m.in w zasobach Książnicy Pomorskiej w Szczecinie.