Opublikowane przez sedina w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Połowa sierpnia szóstego roku wojny była upalna i słoneczna. W pozornie tylko zapuszczonym parku, od strony Grabowerstraße przez gęstą zieleń widoczny był zarys budynku restauracyjnego. Po chwili byłem już blisko restauracji.

Przy wejściu wisiało duża mosiężna tablica z napisem: „Parkhaus”, In den Anlagen 1. Po drugiej stronie zabudowania widoczne były kolorowe parasole ogródka restauracyjnego. Była to prawdziwa oaza w morzu zniszczeń i gruzów. Chociaż właściwie nic, albo prawic nic, nie można było dostać bez kartek, restauracja oferowała proste potrawy za bony tłuszczowe, napoje chłodzące, namiastkę kawy lub herbaty i piwo. Cieszyła się przeto dużym powodzeniem i czynna była od jedenastej do zmroku. Teraz jednak koło południa, większość stolików była jeszcze wolna.

Monika nadeszło z przeciwnej strony. Spotkanie nastąpiło przy samym wejściu. Byliśmy szczęśliwi. Ona objęła mnie i całowała. Nie pozostawałem dłużny.

Nie zdążyliśmy zamienić ze sobą ani jednego słowa, gdy zjawił się szczupły, mocno starszawy mężczyzna w białej kurtce kelnera. Po zachowaniu poznać było starego fachowca. Do Moniki nie było mu spieszno, ale żołnierz, ten powinien dać napiwek albo poczęstować papierosem, tym bardziej, że ma paczkę Führera.

Jednak wbrew jego spekulacjom, inicjatywę przejęta Monika. Wyjmując z torebki i podając kelnerowi kartkę żywnościowej, poprosiła o dwie podwójne porcje smażonych ziemniaków i dwa duże piwa. Kelner, przyjmując zamówienie, jak gdyby z usprawiedliwiającym stan rzeczy uśmiechem, starannie wyciął nożyczkami odcinki opiewające na 120 gram tłuszczu.

Po jego odejściu Monika powiedziała: – Do ojca możemy pójść dopiero o trzeciej, teraz śpi. Jest jeszcze do jutra na nocnej zmianie.

– W twoim towarzystwie – powiedziałem – nigdzie mi się nie spieszy, a do domu pójdę dopiero jak wyjdę od was.

Kelner był szybki, stawiał już przed nami talerze pełne smażonych pachnących ziemniaków i tylko słaba piana w szklanicach z piwem zdawała się wskazywać na to, że i w tej branży „coś się psuje w państwie duńskim”.

Przymocowana na ścianie wielka, zielonkawa, emaliowana blacha, z której spoglądał uśmiechnięty patrycjusz berliński w charakterystycznym nakryciu głowy, dzierżący kufel piwa pełen pieniącego się złocistego płynu. Sugestywna reklama cenionego wśród znawców browaru ,,Schultheiss-Bier”. To już tylko wspomnienie.

Zabraliśmy się z apetytem do jedzenia. Po dwukrotnym zamówieniu czarnej kawy z sacharyną, zwanej w karcie bezczelnie „Mokką” Monika odpowiedziała wszystko co mogło mnie zaciekawić, a czego z ostrożności nie pisała w listach. Moi koledzy byli już albo w wojsku, albo w Arbeitsdienst, a najmłodsi pełnili służbę, jako Luftwaffenhelfer.

– Z konieczności wiec musisz się mną zajmować – zakończyła śmiejąc się. Z entuzjazmem dałem na to swoje słowo.

Zacząłem opowiadać o sobie, pomijając jedynie rzeczy makabryczne. Nawet nie zauważyliśmy, kiedy minęły trzy godziny.

Poszliśmy spacerkiem przez częściowo już zburzone Stare Miasto i byliśmy na Breitestraße przed 16:00.

Po wylewnym przywitaniu się z wujem Edą, zebrałem się w sobie i oficjalnym tonem poprosiłem o rękę Moniki. Wuj, nic nie mówiąc, podszedł do kredensu, wyjął napoczętą butelką kminkówki z etykietką dobrej szczecińskiej wytwórni likierów „SELLIN und KASTEN”, Grüne Schanze 18, nalał po kieliszku mówiąc:

– Kurt, mam ją tylko jedną, ale do ciebie mam zaufanie. Przekonałem się też, że jesteś porządny chłop. Monika mówiła mi już, że nie jest ci przeciwna i że jej się podobasz. Zgadzam się. Zapraszam twoich rodziców i ciebie siedemnastego na piątą, na uroczystość zaręczynową. Mimo wojny i ślubu wojennego, który macie zawrzeć, w naszym życiu rodzinnym wszystko powinno iść po kolei.

– Dziękuję – odpowiedziałem. – Przyjdziemy punktualnie, ale pod warunkiem, że moja paczka zostanie u was. I tak ją przecież wszyscy razem zjemy.

– Dobra synu, a teraz nie wyganiam cię, ale idź już do domu. Czekają tam na ciebie.

Monika szepnęła mi na odchodnym, że postara się o kilka dni urlopu i zaraz po załatwieniu formalności przybiegnie na Hakenterrasse.

Przywitanie w domu było serdeczne. Mama całowała mnie jak za dawnych lat, kiedy byłem jeszcze dzieckiem. Ściskała mnie i śmiała się przez Izy. Ojciec objął mnie mocno, mówiąc: „Witaj w domu”.

Opowiadaniom o ciężkich czasach i osobistych problemach nie było końca. Do kolacji mama podała całą butelkę, 38-procentowej, ziołowej wódki o nazwie „Hammer”. Nawet ojciec wyraził zdziwienie, skąd ona coś tak mocnego jeszcze dostała. Spać położyłem się późno.

Nazajutrz ojciec poszedł do swego warsztatu w podwórzu. Mama po zakupy.

Wróciły razem z Moniką, którą zadowoloną z otrzymania siedmiodniowego urlopu mama spotkała przy Augustastraße. Wszyscy razem zjedliśmy śniadanie. Zaraz potem poszedłem z Moniką do „jedynki” i pojechaliśmy Falkenwalderstraße w kierunku Glambecksee.

Wieczorem oświadczyłem, że teraz nie mogę z nią chodzić na żadną plażę… – Domyślam się o co chodzi – powiedziała Monika przy pożegnaniu. – Wytrzymaj jednak do jutra.

17 sierpnia, dzień zaręczyn, wstał również słoneczny. Rano poszedłem na Breitestraße, by pomóc przy przyjęciu zaręczynowym. Wuj Eda był w pracy.

Nareszcie mogliśmy się sobą nacieszyć! Byliśmy w siódmym niebie! Nastawiłem na 15:00 budzik pamiętając, że przyjęcie wymaga jednak pewnych przygotowań. Kitka minut po 17:00 wszyscy byli na miejscu. Mama, wuj Eda, ojciec, Monika i ja. Stół nie wyglądał źle. Wuj Eda i ojciec wygłosili toasty. Czas przy rozmowach rodzinnych szybko mijał. Baliśmy się przyszłości.

Około godziny 23:00 głośno zawyły syreny. Ogłaszano alarm lotniczy. Ojciec, jako komendant budynku, w czasie nalotu musiał być w gmachu ubezpieczeń. Mama i ja pobiegliśmy więc razem z nim. Wuj Eda i Monika mieli najbliższy schron pod placem przy Manzelbrunnen. Tym sposobem w wielkim pośpiechu rozstaliśmy się.

Zanim dobiegliśmy na Hakenterrasse, pierwsze bomby spadały już na Stare Miasto. Światła ogromnych reflektorów omiatały niebo. Kanonada licznych baterii przeciwlotniczych, groźny pomruk samolotów bombardujących i potwornie głośne wybuchy powodujące liczne pożary, stanowiły apogeum grozy.

Przebywaliśmy w nie oświetlonym biurze na l piętrze (tam był najbliższy telefon). Większość okien, mimo zaklejenia ich paskami papieru na krzyż, wypadła. Mama, płacząc, mówiła coś o jeźdźcach apokalipsy. Jak długo trwał nalot trudno teraz ustalić. Może pół, a może całą godzinę. W pewnym momencie syreny alarm odwołały. I wtedy ojciec wpadł na nie pozbawiony szans powodzenia makabryczny pomysł:

– Teraz albo nigdy, Kurt. Od tego momentu nie żyjesz – powiedział.

W pierwszej chwili nie mogłem się zorientować i coś jakby dreszcz przebiegł mi po plecach. Ojciec mówił już dalej:

– Póki trwa ta straszliwa noc, oblekę jakiegoś zmasakrowanego biedaka w twój mundur i zaopatrzę w twój Soldbuch. Przed siódmą rano ci z SS i policji i tak tego potwornego chaosu nie będą w stanie opanować. Wszystko jak widzisz, powoli się kończy. Na front już więcej nie wrócisz. Starczy jednego Egona. Musisz przebrać się za kobietę. Załóż jakieś stare rzeczy matki i idź na działkę wuja Eda. Schowaj się w altance i czekaj. Dam ci znać przez wuja albo Monikę.

Jeszcze nigdy nie słyszałem tak długiej mowy ojca i wzmianki o bracie. Tym bardziej wszystko utkwiło mi dobrze w pomięci.

Mama tuliła mnie szlochając. Ojciec zabrał mundur i Soldbuch i wyszedł.

Zaprowadziłem mamę do mieszkania, dałem lekarstwo no uspokojenie, zabrałem co było pod ręka. do jedzenia. W przebraniu dotarłem na działkę parę minut po czwartej. Było jeszcze ciemnawo. Po przeskoczeniu przez płot i szarpnięciu drzwi altanki byłem w środku.