Opublikowane przez woti w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Udało się nam dowiedzieć, że nasz transport odjechał 15 minut przed naszym przyjściem, i że był skierowany do stacji Szczecin-Niebuszewo, do którego było stąd około 20 km, i że dotrzeć tam nie ma czym. Dopiero za dwie godziny będzie pociąg pasażerski do Szczecina Głównego, ale jest wątpliwe, czy uda się do niego wsiąść z powodu przepełnienia. Nie mieliśmy jednak żadnych innych możliwości dogonienia transportu – czekaliśmy na ten najbliższy, a raczej najwcześniejszy. Gdy pociąg ten zatrzymał się na stacji, wejść do niego było nie sposób – wagony były zapchane do wszelkich granic, stopnie u wagonów 3 klasy były całkowicie zapełnione i zderzaki też; drabinki na dach również były zajęte i na dachu także jechało wielu ludzi. Jedyna możliwość, jaka nam została, to dach, gdzie stosunkowo było luźno, acz wcale nie wygodnie; z tego tylko mogliśmy skorzystać.

II. Tydzień w polskim Szczecinie

1. Pierwsze godziny

Po ludziach, dosłownie, uczepionych schodków na dach udało się wleźć na górę, ale perspektywa podróżowania w taki sposób budziła niepokój. Siedzieć na dachu można było, ale tylko w pobliżu kominków wentylacyjnych; z dala od nich można było z dachu zsunąć się zupełnie łatwo. Jakąś nadzieję na utrzymanie się z dala od kominka dawała pozycja leżąca na lekko spłaszczonym wierzchołku, z szeroko rozrzuconymi rękoma i nogami. Taką też pozycję, szalenie niewygodną, zająłem i ja, bo do żadnego kominka dostać się nie byłem w stanie. Na szczęście nie miałem bagażu, więc obiema rękami i nogami obejmowałem dach – bałem się ewentualnych skutków takiej jazdy, ale innego wyboru nie miałem.
Gdy pociąg ruszył, odezwały się głosy – nie tyle, aby innym dać przestrogę, ile dla dodania sobie ducha, iż po drodze jest kilka mostów na Odrze, przy których trzeba się mocno pochylić, aby nie być strąconym przez górne wiązania mostu. Ta przestroga mnie nie dotyczyła – leżałem okrakiem na dachu i drżałem, aby nie zsunąć się w jakąkolwiek stronę; głowy od dachu nie odrywałem. Bałem się, że jakoweś dygotania wagonu na boki mogą mnie przemieścić na lewą bądź prawą stronę, a wtedy niechybnie nie utrzymam się na swoim miejscu. Do tego jednak nie doszło, a po pół godzinie takiej niepewności komunikacyjnej znaleźliśmy się na stacji Szczecin Główny. Pociąg zatrzymał się, parowóz został wyprzęgnięty, a my w mig zeskoczyliśmy, bo SOKiści zgarniali podróżujących na dachach; gdy minęło to zagrożenie, zaczęliśmy się dopytywać o sposób dotarcia na stację Szczecin-Niebuszewo. Okazało się, iż w najbliższym czasie żaden pociąg nie pojedzie w tym kierunku, a najlepiej dojechać tam tramwajem. Tak zrobiliśmy – wtłoczyliśmy się do nabitego tramwaju i pojechali zasypanymi gruzem ulicami zrujnowanego miasta. Z konduktorem tramwajowym (byli wtedy tacy!) toczyliśmy jałową dyskusję na temat braku pieniędzy na bilet i potrzebie dotarcia do celu; nie daliśmy się z tramwaju wyrzucić. Dzisiaj, po 58 latach, nie kojarzę w Szczecinie tych zastygłych mi we wspomnieniach miejsc z dzisiejszym ich wyglądem.


Moje własne zdjęcie, wykonane 25 marca 1946 r. w Presnogorowce; przywiozłem je ze sobą do Polski i tak wyglądałem, gdy chodziłem po szczecińskim rumowisku




Bez specjalnych trudności dotarliśmy do „naszego” transportu, odstawionego na boczny tor ale w pobliżu stacji; podobnych transportów było tam wtedy kilkanaście. Gdy się zjawiłem przy naszym wagonie, Mama odetchnęła z ulgą i nawet mi nie wyśpiewała Pater noster, zwykłego w takich okolicznościach; może zaczęła wierzyć, że jestem już trochę dorosły. Przed wieczorem na chybcika zorganizowano na peronie zebranie wszystkich nowoprzybyłych, powtórzono któryś tam raz z rzędu, że obiecane paczki UNRRA-wskie na pewno dostaniemy, po pół paczki na jedną osobę. Głównym celem zebrania był skierowany do nas apel, aby wyładowywać się z wagonów i szukać sobie jakiegoś locum w opuszczonych domach, bo kolej potrzebuje wagonów dla pozostałej jeszcze w Brześciu rzeszy repatriantów; po upatrzeniu sobie odpowiedniego mieszkania sprawy formalne zostaną załatwione od ręki. Poinformowano też, iż PUR będzie dostarczał dla nas jedzenie w postaci zupy i kawy (zbożowej), że może wydać bilety na przejazd koleją do innej miejscowości w celu połączenia się z rodziną itp.; apelowano jednak gorąco, aby osiedlać się w Szczecinie.

2. Łazęgowanie po ruinach

Na bocznicy na Niebuszewie było zupełnie inaczej niż w Brześciu – o wiele mniej wolnej przestrzeni, żadnej możliwości gotowania czegokolwiek na dworze między torami i zastraszające zagęszczenie: na każdym bocznym torze stał co najmniej jeden transport z repatriantami, a na niektórych po dwa. Za to do stacji było niedaleko – parędziesiąt lub co najwyżej paręset kroków, zaraz przed stacją obszerne rumowisko, żadną nie urozmaicone ruiną, i luksus tamtego czasu: trzykrotne w ciągu dnia odwiedziny półciężarówki na peronie, załadowanej jakimś jadłem. Korzystaliśmy z tej bliskości do miasta i chcąc nie chcąc oswajaliśmy się z nową rzeczywistością. Sam, albo z Kazikiem (był to nieco ode mnie młodszy towarzysz z tego samego wagonu, z którym zaprzyjaźniliśmy się w czasie podróży; nazwiska jego nie jestem w stanie sobie przypomnieć), deptałem zawalone gruzem chodniki i jezdnie – niektóre ulice były już w miarę uprzątnięte z nadmiaru gruzu, zwłaszcza te, po których jeździły tramwaje i stały częściowo ocalałe budynki użyteczności publicznej, ale niektóre boczne uliczki były zasypane całkowicie; przeważnie nie było przy nich resztek budynków nadających się do jakiegokolwiek bądź użytkowania.
Pewnego dnia po południu pałętając się po pustyni gruzu, zabrnąłem w pobliże jakichś zabudowań, trochę mniej zrujnowanych i z ciekawości chciałem zobaczyć, co tam jest. Po kilkunastu krokach natknąłem się na młodego wartownika – w hełmie z zapiętym paskiem pod brodą, z karabinem w ręku i, oczywiście, w mundurze radzieckim. Ja miałem na sobie watowane spodnie kupione jeszcze w Presnogorkowce lub Kustanaju, koszulę bez kołnierzyka, niegdyś białą a obecnie, wskutek nieprzerwanego używania przez miesiąc, intensywnie szarą, i nieco wyblakłą furażerkę wojskową na głowie. Przyjaźnie wykrzyknąłem:
– Zdorow! – i podszedłem bliżej. Wartownik wydawał się nawet być uradowany takim spotkaniem, bo w tej okolicy, przywiązany do posterunku, nudził się. Zaczęliśmy rozmowę już nie pamiętam o czym, aż zeszło na jego zwierzenia: jak długo wojuje i skąd pochodzi – okazało się, że już od czterech lat był obrońcą ojczyzny i od tego czasu nie był w Ufie, swoim rodzinnym mieście, a mieszkał tam, w Ufie, na dole, w pobliżu stacji kolejowej. Zacząłem opowiadać mu jak teraz ta część miasta wygląda, bo niedawno przecież byłem tam w pobliżu i ciekawie zerkałem na wszystkie strony, zauważyłem dość dużo i bardzo wiele świeżych obrazów miałem w swojej pamięci.
Na pewno nie opowiedziałem mu o jego ulicy, ale chłopak jak gdyby trochę rozrzewnił się. W pewnym momencie, zapewne w przypływie serdeczności zapytał z zaciekawieniem:
– A ty, kogda na Rodinu?
– Wot kak raz prijechał! – odpowiedziałem z uśmiechem, ale on nie zaskoczył. Przez chwilę ciężko głową pracował, a potem odkrywczo zapytał z niedowierzaniem:
– Ty czto, pol’ak?
Potwierdziłem, a wtedy momentalnie z twarzy jego znikł wyraz rozmarzonego zadowolenia, uniósł karabin wyżej, szczęknął zamkiem i wymierzył w moją stronę:
– Sejczas uchodi, job twoju mat’! Sejczas! – zapienił się.
Rad nie rad zrobiłem w tył zwrot i bez ociągania wycofałem się pospiesznie, bo nastraszyłem się takiej jego reakcji, nawet nie powiedziałem żadnego słowa pożegnania; widocznie nie wyczuł w mojej ruszczyźnie żadnego obcego akcentu, albo był mu nieobcy akcent miejscowych Baszkirów. W taki oto sposób zakończyła się moja ostatnia w tym okresie konwersacja po rosyjsku. Przez najbliższych 40 lat potem nie przyszło mi po przyjacielsku rozmawiać w tym języku.

3. Wizyta matki chrzestnej

Mama też chodziła do miasta – chciała zapewne zorientować się w obecnej rzeczywistości, przy okazji zapoznać się z nowymi dla nas możliwościami, w sądzie próbowała spotkać znajomych lub zasięgnąć wiadomości o nich; czuła się należąca do rodziny sędziowskiej. W sądzie, grodzkim lub okręgowym, przy ulicy Kaszubskiej dowiedziała się, iż pracuje tam sędzia Bielecki, znajomy jeszcze z Nadwórny, którego żona była moją matką chrzestną; po parogodzinnych poszukiwaniach i oczekiwaniach udało się Mamie dotrzeć do niego. Przebiegu spotkania nie pamiętam, mimo iż Mama dość dokładnie je relacjonowała – było niedługie, bo sędzia był mocno zajęty; efektem jego było umówienie się na spotkanie obu rodzin następnego dnia na peronie dworca w Niebuszewie.
Spotkania tego z pewnymi nadziejami oczekiwała Mama a także ja; liczyłem na jakieś drobne podarki od chrzestnej matki, choćby jakąś czystą koszulę na zmianę, bo takiej nie miałem, a Mama miała nadzieję, że pan sędzia w tym nieuporządkowanym po wojnie kraju pomoże nam znaleźć miejsce dla siebie – do zamieszkania, do bytowania i do kontynuowania nauki przeze mnie i Jaśka. Ładnych kilkanaście minut czatowaliśmy u wejścia na peron zanim Mama dała znać, że „chyba już są” i wskazała kierunek. Poznała tylko sędziego, bo rozmawiała z nim dzień wcześniej, a w towarzyszącej mu kobiecie domyślała się pani Bieleckiej; ja nawet przez mgłę nie przypominałem sobie czegokolwiek – Bieleccy nie byli częstymi gośćmi u nas w Stanisławowie, a z Nadwórny pamiętać nie byłem w stanie.
Podeszliśmy i przywitali. Gdy Mama przedstawiła mnie i Jaśka, moja chrzestna matka w zdumieniu, ale z zachwytem wyrzekła tylko: – Ale ty wyrosłeś, Stasiu!, bo okazałem się nie lada dryblasem, którego już trudno było pogłaskać po główce; pogłaskała za to Jaśka – pan sędzia może podał mi rękę, ale większej uwagi nie przejawił. Żadnego, bodajże, drobiazgu żaden z nas – sybiraków – nie dostał, a na pewno niczego takiego, co można byłoby zapamiętać na jakiś czas; czasy były trudne, więc zuchwałością byłoby spodziewać się czegoś wartościowego. Mama w głębi ducha, i ja też, liczyła, że państwo Bieleccy przyniosą nam jakieś poniemieckie ciuchy, którymi częściowo uda się okryć naszą radziecką bidę. Słyszało się bowiem pantoflową pocztą, że uciekający w popłochu niemieccy cywile zostawiali w zasadzie cały swój dobytek; obejmujący poniemieckie mieszkania Polacy wchodzili w jego posiadanie. Złudzenia co do ewentualnego wsparcia mieliśmy tylko do chwili spotkania matki chrzestnej, a potem opadła nas gorycz zawodu – od obcych nie spodziewaliśmy się niczego, ale trudno było pogodzić się z tym, iż dobrzy znajomi stali się tak obcy; wszak nędzarzami uczynił nas Los, a nie nasza opieszałość, lenistwo czy zła wola.
Przeszliśmy razem kawałek po peronie, potem zawrócili z powrotem; Mama była zajęta rozmową z Bieleckimi, Jaśkiem i mną nikt się nie interesował, więc cichaczem daliśmy dyla i zalegli w pobliżu „swojego” wagonu. Mama jeszcze przeszła z Bieleckimi parę razy wzdłuż peronu i po niecałej godzinie dołączyła do nas; była zadowolona, iż spotkała znajomych, przed którymi mogła się wyżalić na okrutny los, ale nadziei na jakieś jego ulżenie nie usłyszała. Pan sędzia był wstrzemięźliwy w obietnicach jakiejkolwiek pomocy, a pani sędzina dość często uświadamiała Mamę, że oni wszystko stracili, niczego nie mają i ledwo z życiem uszli; nie miała Mama wątpliwości, iż tak istotnie było, tyle że my na pewno nie byliśmy w porównywalnej sytuacji. Rozczarowanie Mamy tym spotkaniem było raczej dość duże – nazajutrz jeszcze raz poszła do sądu, by spotkać się z sędzią Bieleckim, ale już więcej nie próbowała; powtarzała nie jeden raz później, i to przez wiele, wiele lat, że gdy Los się do człowieka uśmiecha, to ma wielu przyjaciół i wielu chętnych do pomocy, a gdy Los się odwróci, to … – była to inna wersja przypowieści z wiersza Mickiewicza o Mieszku i Leszku, co w litewskim borze spotkali niedźwiedzia.

4. „Królowa Korony Polskiej”

Zgodnie z zapowiedzią na niebuszewski peron trzy razy dziennie zajeżdżała półciężarówka a na niej dwóch-trzech młodych ludzi z długimi włosami i kilkoma ocynkowanymi 20-litrowymi bańkami, wypełnionymi jakimś jadłem. Młodzieńcy nie wyglądali na sympatycznych i przez nas, nie wiem dlaczego, byli nazywani „warszawiakami” bądź „poznaniakami”, co w ówczesnym naszym odczuciu miało pejoratywne znaczenie. Jadło było dość różnorodne: rano była to czarna kawa zbożowa, lekko osłodzona, i pajda chleba, w obiad była pożywna zupa, nieporównywalna do kołchozowej bołtuszki sprzed roku, i często – ale nie każdego dnia – bezmięsne drugie danie: kartofle z jakimś sosem lub makaron; na kolację tylko zupa, bardziej lekka niż w obiad. Takie zaopatrzenie repatriantów miało nie tylko materialne, ale i psychologiczne znaczenie. Zdobycie pożywienia w owych czasach na Ziemiach Odzyskanych nie należało do spraw banalnych, a poza tym u przygodnych handlarzy było dość drogie, więc nasze zasoby finansowe topniały w bardzo szybkim tempie. Psychologicznie natomiast oddziaływały w ten sposób, że kształtowały w nas przekonanie aktywnego otoczenia nas opieką.
Młodzieńcy konwojujący bańki z jedzeniem byli równocześnie rozdzielaczami tych dóbr – uzbrojeni w odpowiedniej wielkości chochle nalewali do każdego podstawionego garnuszka lub miski część zawartości zaczerpniętej z bańki. Po jedzenie każdy przychodził w zasadzie sam ze swoją miseczką, a po nalaniu do niej strawy odchodził na bok i na stojąco zjadał, bo przysiąść nie było gdzie; gdy rodzina nie dysponowała miską czy garnuszkiem na każdego członka, to wtedy z jedną miską przychodziło do ciężarówki dwóch członków i gdy jeden zjadł, drugi z tą samą miską wędrował po swoją porcję. Bywało, raczej z reguły, że gdy komuś było mało jego porcji, podchodził do samochodu i prosił o dolewkę; dopóki bańki nie były puste, dolewki nikomu nie odmawiano.
Jednego dnia w taki właśnie sposób spożywaliśmy obiad i jakaś kobieta, już nie młoda, po zjedzeniu swojej porcji podeszła i poprosiła o dolewkę. Nie wiem z jakiego powodu, bo od pierwszej chwili nie obserwowałem tego zdarzenia, dyżurujący przy bańkach „warszawiak” – o okrągłej pełnej twarzy i równo do kołnierzyka podciętych jasnych włosach – nie chciał jej dać dolewki. Uwagę moją zwróciły podniesione głosy dolatujące od ciężarówki – grzmiący głos młodzieńca przy bańkach i proszący niski głos kobiety podnoszącej do góry swoją miseczkę; ona natarczywie prosiła o dolewkę, on stanowczo odmawiał – argumentacja jednej i drugiej strony rozmazała mi się już w pamięci. W pewnym momencie „warszawiak” kopnął bańkę stojącą na pace, ta przechyliła się i upadła na dno paki a po chwili zaczęła się z niej wylewać zupa, resztki zupy; wylewała się na podłogę paki i powoli skapywała na ziemię.
Na jadło marnujące się w taki sposób nie mogli patrzeć ci, co długie miesiące nie dojadali i przez wiele tygodni cierpieli głód; wszyscy znajdujący się w pobliżu i dojadający swoje porcje patrzyli na to ze zdumieniem i przerażeniem:
– Wylewać zupę na ziemię – to było nie do pojęcia!
Prosząca o dolewkę kobieta, ciągle ze wzniesioną do góry miseczką, zaniemówiła spoglądając na ściekającą w dół zupę i pochyliła głowę, jakby chciała wzrokiem swym zatrzymać to, co wydało się jej nieprawdopodobne. Po chwili na ten widok doznała chyba szoku – zaczęła z krzykiem wyrzucać z siebie oderwane wyrazy, skierowane do otaczających ją współtowarzyszy i do „warszawiaka” na pace. Błędnym wzrokiem wodziła po wszystkich, zaczęła podrygiwać, ciągle w górze trzymając swoją miseczkę w proszącym geście, w końcu zaczęła coś niedorzecznie wykrzykiwać i obracać się w podrygach. Z tych okrzyków udało mi się na długo zapamiętać powtórzone kilkakrotnie zdanie: »Jestem Królową Korony Polskiej«, »Jestem Królową …«, a później »Pod Twą obronę Panno na niebie …«, co podchwycili zebrani ludzie.

Ten obrazek ściekającej na ziemię zupy i podskakującej obok kobiety, wykrzykującej w szoku bzdurną sentencję: »Jestem Królową Korony Polskiej«, pozostał mi ostry w pamięci na całe lata do dziś, jako unaocznienie całej naszej narodowej ohydy. „Warszawiak” na pace na widok podrygującej kobiety w pierwszej chwili osłupiał, potem postawił bańkę na swoje miejsce, zamknął tylną klapę i zastukał w tylne okienko szoferki; po chwili samochód odjechał – na peronie została rozlana zupa, niewiele jej, tyle co na jedną dolewkę. Kilkunastu oniemiałych ludzi, przybyłych hen z innego świata, patrzyło na te resztki jadła, mieszające się z brudem peronu, i zapewne w duchu prognozowało swoją przyszłość między „swoimi”.

Stanisław Fudali

W 3. odcinku – o wyjazdach i powrotach Autora.