Opublikowane przez sedina w Pamiętniki, Wspomnienia, Reportaże.

Po ostatnim nieudanym zamachu na Hitlera w dniu 20 lipca 1944 roku żołnierze frontowi nie odczuli właściwie żadnych zmian w służbie. Oficerowie do spraw narodowo-socjalistycznych w trakcie pogadanek wyjaśniali, że opatrzność znowu uchroniła Hitlera, ponieważ nie odniósł on prawie żadnych obrażeń.

Winni zostaną surowo ukarani!

Nowa Wunderwaffe jest już na ukończeniu i wszystko będzie ponownie po wielkoniemieckiej myśli.

Dyscyplina nie zelżała, tylko zamiast salutowania wprowadzono w wojsku partyjne pozdrowienie „Heil Hitler”.

Poprawiło się wyżywienie. W kantynie, po zluzowaniu z pierwszej linii, można teraz było dostać praktycznie wszystko. Była nawet czekolada szwajcarska „Suchard”, francuski koniak „Dubonnet”, dobre słowackie piwo „Bratislava”, a nawet tureckie rodzynki. Ponadto cygara i wiele dobrych gatunków papierosów jak: „Juno”, „Sturm”, „Optima”, „Ernte 23″, „Attika”, „R-6” czy „Overstolz”. Był jednak w tym wszystkim jeden mankament: dodatku frontowego nie podwyższono.

Ziemia podnosiła się po każdym błysku. Zabudowania rozpadały się. Wybuchy były częste i obsypywały wszystko dookoła ziemią i kamieniami. Śmierć zdawała się zbierać obfite żniwo. Słyszało się też przeraźliwe jęki rannych. Właściwie nie było już chyba żadnej linii frontu. Wbrew wyraźnemu rozkazowi Führera: „Ani kroku wstecz”, każdy, kto tylko czuł się na siłach, uciekał. Pojazdy mechaniczne, zaprzęgi konne, tych na szczęście nie było dużo, motocykliści, rowerzyści, piechociarze, wszystko się przemieszczało. Exodus trwał całą noc. „Iwan” atakował ostro, na dużym odcinku frontu. Nikt nie chciał wpaść w okrążenie. Kanonada już dawno ustała, ale bezładny odwrót, co prawda bez pierwotnego impetu, trwał nadał.

Rosjanie głęboko wdarli się w nasze pozycje. Nie obowiązywało w tej chwili znane wszystkim hasło: „Ordnung muss sein”. Ogromna ilość ludzi i sprzętu była w rozsypce. Dopiero w południe obsadzano z grubsza, prowizorycznie jak na razie, nową linię frontu. „Iwan” na szczęście siedział teraz cicho.

Odnalazłem swoją kompanię, brakowało dwunastu ludzi. Mój kolega szczeciniak, podoficer Karl Wenzel, pisarz kompanijny, szepnął, że przyszedł telefonogram z dywizji wstrzymujący wszystkie urlopy. Powiedział: – Ty chłopie nie musisz o niczym wiedzieć. Powiem każdemu, kogo to zainteresuje, że kartę urlopową odebrałeś już wczoraj, a stary cię nie zatrzyma. Bierz prowiant i wyrywaj, póki trwa jeszcze ten cholerny bałagan.

Nie miałem dużo rzeczy, wszystko swobodnie mieściło się w tornistrze. Etapami dotarłem do Królewca. Tutaj panował ład i porządek. Bez problemu przeszedłem obowiązkowe zabiegi higieniczne, czyli odwszanie, łaźnię, fryzjera i lekarza. W magazynie mundurowym za dwie paczki frontowych „R-6″, które tu były rarytasem, wymieniłem swój mundur na lepszy i względnie dopasowany. W dworcowym urzędzie pocztowym, nadałem telegram do Moniki:

Będę jutro w południe w „Parkhausie”, zapraszam, Kurt.

Do odjazdu pociągu pozostało jeszcze dwie godziny. Wszedłem do „Mitropy”, zająłem puste miejsce przy stole i czekałem na kelnera. Sąsiedzi gadali o jakimś powstaniu ludności w Warszawie. Mało mnie to wszystko obchodziło. Nie brałem udziału w rozmowie. Otrzymałem 14 dni urlopu z frontu, gdzie teraz tylko z małymi przerwami całe piekło waliło się na głowy, a dowództwo ciągle „planowo skracało linię frontu”.

Nikt dokładnie nie potrafił obliczyć, ile ludzi szło do piachu nawet w te dni, kiedy codzienny komunikat Oberkommando der Wehrmacht nic wspominał o specjalnie härte kampfe na wschodzie.

Stanowczo miałem dosyć wojny i zaczynałem się jej bać. Za nic też nie chciałem umierać „Für Führer, Volk und Vaterland”.

Pociąg wyraźnie zwalniając, wjeżdżał na II peron. Powietrze drgało od gorąca. Żeński głos, donośnie informował przez megafony o przybyciu wojskowego pociągu pośpiesznego z Królewca i dalej do Berlina z urlopowiczami.

Zegary wskazywały godz. 10:50. Był 15 dzień sierpnia 1944 roku. Wysiadłem z wagonu, ze względu na skwar miałem rozpięty kołnierz bluzy mundurowej. Zaraz na peronie zostałem zatrzymany przez dwóch żandarmów z blachami Feldgendarmerie na piersiach.

Przerastali oni przeciętnych żołnierzy o głowę, a ich czerwone, dobrze odżywione gęby stanowiły wyraźny kontrast z resztą otoczenia. Byli pozornie grzeczni, ponieważ mój Soldbuch* i karta urlopowa były w porządku. Polecili mi jedynie dopiąć mundur.

Jakiś starszy wiekiem podoficer lotnictwa, który próbował z niewiadomych przyczyn mieć inne zdanie niż żandarmi, został bezceremonialnie ujęty pod pachy i odprowadzony na odwach.

Przeszedłem do hallu dworca i skierowałem się w stronę sprawnie przesuwającej się kolejki żołnierzy różnych formacji, pilnowanej również przez żandarma. Po kilku minutach byłem już w pomieszczeniu obsługiwanym przez siostry Czerwonego Krzyża. Wielki napis nad wejściem „Führerpackete”** w widoczny sposób poprawiał humor wszystkim zainteresowanym.

Z paczką pod pachą i tornistrem na plecach wyszedłem na ulicę. Idąc w zamyśleniu pod górę Grüne Schanze i pozostawiając po lewej stronie czerwony ratusz, a po prawej pocztę główną oraz symbol miasta Szczecina „Manzelbrunnen”, w bliskiej perspektywie zobaczyłem gmach biblioteki i sporo miejsca po spalonej w czasie Kristallnacht wielkiej synagodze.

Niebawem stanąłem u szczytu ulicy. Wypalony budynek, który zobaczyłem po drugiej stronie jezdni, sprawił mi szczególnie wielką przykrość. Do 6 stycznia 1944 roku, jak się później dowiedziałem w domu, stał tu jeszcze cały UFA Palast. Duże, reprezentacyjne kino, w którym często kiedyś bywałem. Ostatnio chyba na „Wir machen Musik” z Maricą Rökk i Victorem de Kowa, a może na „Reitet für Deutschland” z Willi Birgelem. Właściwie kolejność już mi się pomieszała, bo może był to dramat „Das Mädel meine Träume” z Maricą Rökk, albo ten fascynujący film… „Das grosse Liebes” z bożyszczem mężczyzn. Zarah Leander. A może wreszcie „Hab mich Lieb”, zaraz, zaraz… kto tam grał główną role?

Albo obraz z Heinzem Rühmannem w roli głównej, na którym byłem dwa razy, „Alle Tage ich kein Sonntag”. Teraz były to tylko czarne, wypalone i niekompletne ściany z resztką dużego neonu na szczycie.

Kino budowano kiedyś, jak mówiła mama, chyba dwa lata. Bomby zamieniły je w gruzy zapewne w ciągu kilku sekund.

Mijałem Berliner Tor. Tutaj, jak zawsze, na posterunku stał policjant. Niczym nie różnił się od przedwojennego, był tak samo starannie ubrany i w służbowym czako na głowie.

Dokładnie pamiętam, że przed laty, kiedy byłem jeszcze małym chłopcem, nie wiadomo właściwie dlaczego, zawsze balem się policjantów.

Szedłem dalej wzdłuż Paradeplatz: Dyrekcja Poczty, po lewej stronie, stała jak dawniej, ale cała prawie prawa strona leżała w gruzach.

Ogarniało mnie coraz większe przygnębienie. Teraz już nie miałem wątpliwości, moje ukochane rodzinne miasto Szczecin, na skutek „dalekowzrocznych” decyzji Führera o podboju świata obracało się w gigantyczne usypisko gruzów.

Po kilku minutach skręciłem w Königsplatz, tu także wyzierało dużo ruin. Wreszcie, koło Königstor, z daleka zobaczyłem soczystą zieleń Grabower Parklande.

Dawniej w ojczyźnie, żołnierz z baretką żelaznego krzyża w drugiej górnej dziurce od guzika bluzy mundurowej i Verwundetenmabzeuchen*** obdarzany był przyjaznymi spojrzeniami. Obecnie napotykani przechodnie albo udawali, że mnie nie widzą, albo patrzyli z zupełną obojętnością zaabsorbowani swoimi sprawami. Zainteresowanie mogła wzbudzić jedynie niesiona paczka; zdarzało się bowiem, że żołnierz taką paczkę sprzedawał, albo zamieniał na alkohole. Stanowiło to jednak ryzyko dla obu stron. Było zakazane.

* Książeczka wojskowa
** Paczki od wodza
*** Właściwie: Verwundetenabzeichen – odznaka za rany